– Wiesz, że naprawdę nam się udało? zapytałem Sławka, stojąc pośrodku pustego pokoju z kluczami w ręku. Metal był zimny i ciężki, ścisnąłem go tak mocno, że ząbki odcisnęły się na mojej dłoni.
– Wiem odpowiedział, obejmując mnie od tyłu i przytulając brodę do mojej głowy. Nasze.
Nasze. Słowo brzmiało dziwnie i nieswojo, więc powiedziałem je głośno, chcąc sprawdzić, jak brzmi w tych jeszcze pachnących świeżą farbą ścianach. Przez pięć lat my i Sławek tułaliśmy się po wynajmowanych mieszkaniach. Najpierw mikroskopiczna kawalerka u znajomej Kamili w Tarchominie, potem dwa pokoje w starej kamienicy na Grochowie, potem jeszcze jedna kawalerka już normalna, ale z właścicielką, która zawsze wpadała bez uprzedzenia sprawdzić, czy jej garnki są na miejscu. Pięć lat. Mam czterdzieści dwa lata, Sławek czterdzieści sześć. Dorośli ludzie, a aż tyle musiało upłynąć oszczędzania, rezygnacji z wakacji, dorabiania i jeden prezent od mamy na okrągłe urodziny, żeby w końcu stanąć na podłodze, która naprawdę do nas należy.
Mieszkanie było niewielkie. Dwa pokoje w bloku na Bródnie, trzecie piętro, okna na podwórko. Sławek powtarzał, że to najlepsza opcja z tych, które oglądaliśmy, i zgadzałem się z nim mimo że pierwszy raz, gdy weszliśmy tu z agentem, przeraziła mnie ciasnota przedpokoju. Szafa zmieści się tylko jedna, i to trzeba będzie wybrać, która. Ale potem spojrzałem na kuchnię. Była na wschód i rano wpadało tu słońce. Od razu wyobraziłem sobie, że będę siedział z kawą, obserwował jak wróble budzą się na podwórzu. I już. Sprawa była przesądzona.
Wprowadziliśmy się w połowie września, gdy remont właśnie się skończył i ściany jeszcze pachniały farbą. Sławek dźwigał kartony, ja rozstawiałem naczynia, spieraliśmy się, gdzie postawić kanapę obaj chcieliśmy ją pod okno, choć okno było jedno. Ostatecznie stanęła na środku i okazało się, że tak jest nawet lepiej. Sąsiadka z dołu, pani Stanisława, starsza pani, zapukała z plackiem drożdżowym. Powiedziała, że cieszy się, że ma normalnych sąsiadów. Pomyślałem: to jest właśnie to. To znaczy mieć coś swojego.
A jednak już tego pierwszego wieczoru, gdy siedzieliśmy na podłodze i jedliśmy placek prosto z blachy, bo stół był jeszcze rozłożony w częściach, Sławek nagle spoważniał.
– Muszę zadzwonić do mamy, powiedział. Obrazi się, jeśli jej nie zaprosimy na parapetówkę.
Odłożyłem kawałek placka.
– Sławku…
– No co, Janku? To przecież mama.
– Wiem, że mama. Ale proszę cię o jeden dzień. Jeden dzień tylko dla nas.
– Dobrze, powiedział. Jeden dzień. W sobotę zaprosimy.
Pokiwałem głową. Jeden dzień był nasz. To już było coś.
O teściowej, pani Marii Kamińskiej, mógłbym opowiadać długo i nadal nie oddałbym istoty. Bo nie chodziło o to, co robiła, ale jak. Nigdy nie krzyczała. Nigdy nie podnosiła głosu. Wchodziła do pokoju, rozglądała się wolno, jakby czegoś szukała i zawsze znajdowała. I potem mówiła o tym tak, jakby czyniła komuś przysługę. Janku, chciałam ci tylko powiedzieć, że ta półeczka trochę krzywo wisi, pewnie nie zauważyłeś. Zauważyłem. Powiesiłem ją tak, bo ściana była krzywa i nie dało się inaczej. Ale tłumaczyć to pani Marii było jak tłumaczyć wiatr, dlaczego wieje nie tam, gdzie trzeba.
Ma siedemdziesiąt jeden lat. Przez całe życie pracowała jako główna księgowa w zakładach Ursus, wszystko musiało być po jej myśli ostatnie słowo należało zawsze do niej. Ze swoim mężem, panem Władysławem, cichym, dobrym człowiekiem, który kocha wędkowanie i dawne polskie filmy, rozmawia tak samo, jak z podwładnymi. Nie ostro. Po prostu decyzyjnie. Pan Władysław już dawno nauczył się nie odzywać. Sławek też, wychowany w tym domu.
Zrozumiałem to już w trzecim miesiącu naszej znajomości. Pojechaliśmy wtedy razem do nich, pani Maria zastawiła stół. Było pięknie i smacznie. Zapytała mnie, czym się zajmuję. Odpowiedziałem, że pracuję jako grafik w agencji reklamowej. Pokiwała głową i powiedziała: No, to chyba proste. Bez złośliwości, jak fakt. Zamilkłem i zjadłem kotleta. Od tej pory zawsze milczałem i coś podjadałem.
Robiłem tak przez osiem lat. Osiem od naszego ślubu, w tym pięć, gdy mieszkaliśmy po wynajmowanych mieszkaniach, a pani Maria regularnie przypominała mi, że porządni ludzie do czterdziestki mają już coś swojego. Nigdy nie mówiła wprost. Opowiadała o sąsiadce Elżbietce, która to była zaradna, kredyt wzięła przed trzydziestką. Albo o kuzynie, co mieszkanie kupił, chociaż zarabiał mniej od was, Janku, wiem to. Zawsze wszystko wiedziała. O wszystkich.
W końcu, po latach, mieliśmy swoje. W sobotę zaprosiliśmy rodzinę. Siostra Sławka, Monika z mężem, moja koleżanka Asia, dwóch kolegów Sławka z pracy. No i, rzecz jasna, państwo Kamińscy.
Przyjechali pierwsi. Usłyszałem dzwonek i coś mi się ścisnęło w środku. Nie mocno, po prostu znajome napięcie, jak tuż przed maturą, gdzie raczej zdasz, ale cykasz się i tak.
Sławek otworzył drzwi. Pani Maria weszła, niosąc słoik ogórków kiszonych i tort w pudełku. Za nią pan Władysław z butelką szampana, z miną, jakby już czuł, że wieczór będzie długi.
– No to jesteśmy powiedziała pani Maria i spojrzała po przedpokoju.
Chwila ciszy trwała krótko, ze trzy sekundy, ale już się nauczyłem ją czytać. Patrzyła na przedpokój. Jedna szafa, lustro, półka na klucze, wieszak, który kupiliśmy w Domarze, małym sklepie z meblami koło bazarku.
– Mały przedpokój skwitowała. Nie z wyrzutem. Po prostu stwierdziła.
– Ale przytulny powiedział Sławek.
– No tak, no tak już szła dalej.
Podążyłem za nią i patrzyłem na nasze mieszkanie jej oczami. Kanapa nie pod oknem. Regał lekko się chwieje, bo podłogi w blokach nigdy nie są idealne. Zasłony kupiłem w beżowe paski miałem nadzieję, że będzie modnie i jasno. Teraz czekałem na komentarz do zasłon.
– Jasne, będą się brudzić powiedziała.
– Można prać odparłem.
Popatrzyła na mnie. Nie z irytacją, po prostu tak, jak patrzy się na kogoś, kto mówi oczywistości i jeszcze do tego nie na temat.
– Oczywiście, wszystko się prać da, Janku. Ja tylko mówię.
Pan Władysław po cichu przeszedł do kuchni i patrzył przez okno na podwórko. Byłem mu wdzięczny.
Goście zjechali się na siódmą. Zrobiło się gwarno i miło. Asia przyniosła wielki bukiet pomarańczowych chryzantem, które stanęły w wazonie i dodały kuchni uroczystości. Monika mnie mocno uściskała wreszcie swoje, Jasiu, cieszę się za was!. Koledzy Sławka, Tomek i Paweł, od razu dogadali się z panem Władysławem o wędkowaniu, chwilami musieliśmy ich dwa razy wołać na kolację.
Pani Maria usiadła na czele stołu. Nie dlatego, że ją tam posadziliśmy. Po prostu zajęła miejsce, które uważała za właściwe. Piła trochę, jadła powoli, czasem wtrącała coś o sąsiadach z Mokotowa, czasem pytała o ceny remontu, kiwała głową jak ktoś, kto wszystko już widział.
W pewnym momencie Asia opowiedziała, jak w jej pierwszym wynajmie piecyk gazowy działał tylko, jeśli porządnie puknęło się w obudowę. Śmiali się wszyscy. Pani Maria także uśmiechnęła się, potem powiedziała:
– Bo młodzi wynajmują byle co. Trzeba było uważniej szukać.
Asia przestała się śmiać. Dolałem jej wina.
Po deserze Monika z mężem wyszli wcześniej do swoich dzieci. Potem Tomek z Pawłem. Potem pożegnała się Asia, gdy przytuliła mnie przy drzwiach szepnęła: Trzymaj się w taki sposób, że zrozumiałem: widziała więcej, niż myślałem.
Zostaliśmy we czwórkę. Sławek sprzątał ze stołu, ja myłem naczynia. Pan Władysław przysnął na kanapie z pilotem w ręku. Pani Maria weszła do kuchni.
– Pomogę ci powiedziała.
– Nie trzeba, dam radę.
– Jak nie trzeba, to nie przystanęła przy oknie. Spojrzała na podwórko. Mieszkanie niezłe. Trochę ciasne, ale da się przeżyć.
Wytarłem talerz.
– Mnie się podoba powiedziałem.
– Tobie to zawsze się podoba, co jest. Dobre masz podejście, Janku, serio. Sławkowi z tobą łatwiej.
Nie wiedziałem, czy to komplement, czy nie. Sam chyba też nie był pewien.
– Janku, chciałam zapytać… odwróciła się od okna i spojrzała mi prosto w oczy. Głos zmienił się, nie był miękki ani ostry, tylko trochę inny. Dacie mi klucze?
Odstawiłem talerz.
– Słucham?
– Duplikat kluczy. Chciałabym czasem przychodzić. Pomóc wam. Sławek pracuje do późna, ty też. Mogłabym wpaść w dzień, zobaczyć, czy wszystko w porządku. Kwiaty podlać, kurz wytrzeć. Mam czas, jestem na emeryturze.
Milczałem przez chwilę.
– Pani Mario, to bardzo życzliwe z pani strony, ale damy sobie radę.
– Jak to? zmarszczyła lekko brwi, ale spokojnie. Nie mówię, że nie dajecie rady. Mówię, że mogę pomóc. To różnica.
– Dajemy radę.
– Janku, nie bądź uparty. Klucz to tylko klucz. Nie jestem obca, jestem matką Sławka.
Sławek wszedł do kuchni z ostatnim talerzem w rękach. Spojrzał na mnie, potem na matkę. Coś wyczuł, bo odłożył talerz i nie wyszedł.
– Co się dzieje?
– Nic się nie dzieje powiedziała pani Maria. Proszę o duplikat kluczy, żebym czasem mogła przyjść pomóc. To normalne. Kiedy twój wujek Marian miał mieszkanie na Gocławiu, ciocia Hania mogła zawsze wejść, nikt nie narzekał.
Sławek spojrzał na mnie pytająco.
– Jasiu?
To był ten moment. Czułem to gdzieś głęboko: osiem lat milczałem i przełykałem. Myślałem: no i co, nie warto się kłócić. A za każdym razem, gdy tak myślałem, coś we mnie trochę się odkładało. POWOLI. Ale osiem lat to dużo takich małych kawałków.
– Nie powiedziałem.
Pani Maria uniosła brwi.
– Co nie?
Powoli wytarłem ręce. Nie żeby przeciągać, ale żeby poczuć, że naprawdę stoję na swoich nogach. Że podłoga pod stopami jest moja. To nasza kuchnia.
– Nie damy kluczy. To nasze mieszkanie i chcemy, żeby wszyscy umawiali się przed wizytą. Zadzwońcie, ustalimy. To dotyczy wszystkich.
– Janku powiedziała moje imię tonem, jakim mówi się do dziecka, które się zatrzymuje. Robisz z tego za dużą sprawę. Mówię o pomocy.
– Wierzę, chcę w to wierzyć. Ale kluczy nie damy.
– Sławku zwróciła się do syna. Powiedz coś.
Pamiętam to dokładnie. Sławek stał przy lodówce i patrzył raz na matkę, raz na mnie. Widziałem, jak w nim coś się ściera. Przyzwyczajenie, by się zgadzać było u niego jak odruch, od dzieciństwa. Ale wiedziałem, że pamiętał te lata oszczędzania, odmów, moje dorabianie po nocach,
radość z podpisania aktu notarialnego w urzędzie. Jak klucz był zimny i ciężki w mojej dłoni.
– Mamo powiedział. Janek ma rację. Kluczy nie damy.
Cisza była gęsta jak śmietana.
– Serio powiedziała pani Maria. Nie pytająco. Po prostu.
– Serio. Jeśli chcesz przyjść, zadzwoń. Zawsze jesteś mile widziana. Ale bez uprzedzenia, nawet z kluczem, tego nie chcemy.
Popatrzyła długo na syna. Potem na mnie. Wytrzymałem ten wzrok. Nie było łatwo. Czułem drżenie w brzuchu i tylko chciałem, by nie było tego po mnie widać.
– Rozumiem powiedziała w końcu. Tak ma być.
Wyszła z kuchni. Słychać było, jak budzi pana Władysława. Mówi coś szybko i cicho. Po minucie byli już w przedpokoju. Pan Władysław patrzył na buty z takim zdziwieniem, jakby je widział pierwszy raz.
– Dziękujemy za wieczór powiedziała pani Maria. Uprzejmie, chłodno. Gratulacje z okazji własnego kąta.
– Mamo… zaczął Sławek.
– Wszystko dobrze, Sławku. Już późno. Musimy jechać.
Wyszli. Zamknąłem drzwi i oparłem się o nie plecami. Sławek stał obok. Oboje milczeliśmy.
– Jak się czujesz? zapytał.
– Jeszcze nie wiem powiedziałem szczerze. A ty?
– Też nie wiem.
Wróciliśmy do kuchni. Zaparzyłem herbatę. Sławek usiadł, patrzył jak nalewam wodę do kubków. Potem powiedział:
– Dawno powinienem to zrobić. Nie dziś. Dawno.
– Zrobiłeś dziś. Wystarczy.
– Będzie obrażona.
– Wiem.
– Długo.
– Wiem, Sławku.
Wziął kubek. Ogrzał go w dłoniach. Za oknem był ciemny, cichy wieczór. Z oddali przejechał pociąg.
– Odważny jesteś powiedział. Ty pierwszy powiedziałeś.
Nie odpowiedziałem. Po prostu siedziałem i czułem, jak to drżenie pod żebrami powoli cichnie. Nie znika zupełnie. Po prostu staje się słabsze.
Kolejne dni były dziwne. Nie złe, po prostu dziwne. Pani Maria nie dzwoniła. Do tej pory dzwoniła do Sławka co dwa, trzy dni, zawsze w sprawach błahych: zapytać, co słychać, poinformować o czymś u sąsiadów, przypomnieć o czyichś imieninach. Teraz telefon milczał. Sławek przez pierwszy tydzień zaglądał do niego częściej niż zwykle. Widziałem, jak bierze go do ręki, sprawdza ekran i odkłada z powrotem.
– Sam zadzwoń powiedziałem pewnego razu.
– Nie odparł. Niech najpierw ona.
To jego sprawa, pomyślałem, i nie wtrącałem się.
Zadzwoniła za to Monika. Trzeciego dnia po przeprowadzce.
– Janku, mama dzwoniła? spytała.
– Nie.
– Do nas też nie. Tata napisał, że przeżywa. Janku, co się stało?
Opowiedziałem bez owijania w bawełnę. Monika słuchała w milczeniu.
– Rozumiem powiedziała w końcu. Dobrze zrobiłeś.
– Naprawdę?
– Naprawdę, Janek. Mi też kiedyś tak zrobiła, gdy z Piotrkiem wprowadzaliśmy się na swoje. Dałam klucze. Przychodziła. Nie codziennie, ale trzy razy w tygodniu, Piotrek miał dość. Potem zgubiłam swój duplikat. Obraziła się na cztery miesiące. Ale potem było lepiej.
– Czyli obrazi się na długo?
– Może i długo. Ale potem…
Słowo potem nosiłem w głowie jak małą latarkę w ciemnym korytarzu.
Mieszkanie tymczasem powoli stawało się naprawdę nasze. Na bazarku kupiłem ogromnego kaktusa w terakotowej donicy i postawiłem na oknie w kuchni. Obok kaktusa dobrze prezentował się ceramiczny kubek z jeżami, który dostałem od Asi i przez pięć lat wynajmowania trzymałem w pudle, bo w cudzych mieszkaniach dobre rzeczy się chowa. Teraz kubek był na wierzchu. Nawet się nie spodziewałem, jakie to miłe uczucie.
Sławek w końcu zawiesił półkę w łazience z lampką nad lustrem tak, jak chciał. Kupiliśmy w Świetlnym Zakątku niewielką lampę stojącą do salonu, z abażurem o kolorze bursztynu. Wieczorami, gdy ją zapalaliśmy, pokój wydawał się miły, miękki, trochę nierealny w dobrym sensie.
Pracowałem z domu trzy dni w tygodniu i wtedy całe mieszkanie było tylko moje. Gotowałem kawę, słuchałem ulubionej muzyki i po raz pierwszy nie myślałem, że ktoś może zaraz wpaść. To było nowe uczucie. Nie od razu zrozumiałem, co oznacza. Potem pojawiło się słowo bezpieczeństwo. Czułem się bezpieczny u siebie. To brzmi banalnie, ale przez wiele lat oczywiste nie było.
Pani Maria milczała.
Minął tydzień, potem drugi. Sławek raz pojechał do rodziców sam, ukradkiem, w niedzielę, powiedział mi po powrocie. Mama chłodna, zamknięta, tata opowiadał o nowym łowisku na zimowe wędkowanie i był wyraźnie zadowolony, że rozmowy nie dotyczą nas.
– Jak ona? zapytałem.
– Obrażona. Ale trzyma fason. Znasz ją, nie będzie się żalić, nie będzie krzyczeć. Po prostu twarz robi.
– Jaką twarz?
– Taką. Pokazał. Podbródek w górze, wzrok minimalnie w bok, kąciki ust w dół, nie przesadnie.
Zaśmiałem się, ale zaraz przestałem, bo było mi jakoś niezręcznie.
– Sławku, trudno ci?
– Trudno przyznał. Ale nie żałuję. Gdybym wtedy powiedział mamo, jasne, bierz klucze, nie szanowałbym siebie później.
Powiedział to prosto, bez patosu, dlatego mu uwierzyłem.
Minął miesiąc w ciszy. Potem kolejny. Pani Maria dzwoniła do Sławka raz w tygodniu, niedziela wieczulem, krótko, rzeczowo. Pytała, czy nie jest chory, mówiła, że panu Władysławowi coś z kolanem, pewnie trzeba do lekarza. O mieszkaniu nie wspominała. O kluczach też nie. Sławek mówił równie krótko, po czym wyraźnie odetchnął z ulgą podczas odkładania telefonu.
Myślałem o teściowej częściej, niż chciałem. Nie z urazą. Raczej z nowym zrozumieniem, jakby człowiek zobaczył kogoś nie tylko przez pryzmat tej roli, jaką pełni wobec niego. Pani Maria całe życie była główną w pracy i w domu. Organizowała, decydowała, wychowywała Sławka i Monikę praktycznie sama, bo pan Władysław był dobrym, lecz uległym człowiekiem. Wywalczyła mieszkanie na Mokotowie w czasach, gdy to było niemal niewykonalne. Kontrola była jej sposobem na okazywanie troski. Inaczej nie umiała.
Nie usprawiedliwiałem jej. Rozumienie to coś innego niż wybaczanie.
Asia pytała o nią przy każdej kawie, kiedy się spotykaliśmy zwykle raz na dwa tygodnie, w maleńkiej kawiarni Miedziany imbryczek koło metra na Pradze. Nie dlatego, że ta kawiarnia była porywająca raczej dlatego, że było tam cicho i nie trzeba było przekrzykiwać muzyki. Asia zawsze brała cappuccino i rogalika, ja americano i czasem coś z dynią, jeśli był sezon. W listopadzie zamawiałem zupę dyniową. Było zimno i zupa była idealna.
– Nadal się boczy? pytała Asia, podgrzewając dłonie o kubek.
– Ciągle.
– Długo.
– Monika mówiła, że może nawet cztery miesiące.
– Jak się z tym czujesz?
Musiałem zastanowić się szczerze.
– Jest mi nieprzyjemnie. Nie że żałuję. Po prostu ta cisza przygniata. Cały czas myślę, że może mogłem to powiedzieć bardziej delikatnie. Innymi słowami.
– Inaczej nie dotarłoby do niej.
– Może.
– Janku, nie zrobiłeś nic złego. Powiedziałeś po prostu nie.
– Wiem. Ale czasem nie znaczy bardzo dużo.
Asia zamilkła.
– Pamiętasz, jak opowiadałeś, że poprzednia właścicielka mieszkania przychodziła bez zapowiedzi?
– Pamiętam.
– Jak się wtedy czułeś?
Przypomniałem sobie. Starsza pani Halina, zawsze w tym samym płaszczu, wpadała w środy albo nawet częściej. Stukała, zaglądała do kuchni, do łazienki, mówiła, że tylko sprawdzić. Raz stałem w korytarzu w szlafroku, prosto spod prysznica, ona patrzyła na mnie, jakby była tu właścicielką. Bo była. Ja byłem nikim.
– Czułem się fatalnie odpowiedziałem.
– No właśnie. Teraz jesteś u siebie. Naprawdę jesteś.
To była prawda. Byłem w domu.
Grudzień przyszedł z mrozem i wczesnym zmrokiem. Ubraliśmy z Sławkiem małą choinkę z giełdy, żywą, pachnącą żywicą. Zawiesiliśmy ozdoby większość woziliśmy w jednym pudle przez kolejne mieszkania, na pudle napis Boże Narodzenie czerwonym markerem. Wśród nich był szklany Mikołaj z obtłuczonym nosem, którego kupiłem za pierwszą własną wypłatę, jeszcze zanim poznałem Sławka. Zawsze wieszałem go pierwszy.
Na Nowy Rok nie zaprosiliśmy nikogo. Siedzieliśmy tylko we dwóch, oglądaliśmy stare komedie, obieraliśmy mandarynki, śmialiśmy się z potraw, które na szybko przygotowałem rano. O północy stuknęliśmy się kieliszkami przy otwartym oknie. Było minus osiem. Szybko zamknęliśmy okno i wybuchnęliśmy śmiechem z zimna.
– Dobry rok powiedział Sławek.
– Mimo wszystko?
– Przede wszystkim mimo.
Wiedziałem, o co mu chodzi. Rok był dobry właśnie przez to, co trudne. Bo przeszliśmy to razem i się nie poddaliśmy.
Pani Maria zadzwoniła ósmego stycznia. Nie do Sławka. Do mnie.
Zobaczyłem jej imię na wyświetlaczu i przez chwilę tylko się przyglądałem. Potem odebrałem.
– Janek powiedziała. Zawsze używała pełnego imienia, gdy chciała powiedzieć coś ważnego.
– Pani Mario.
– Chciałam wam życzyć szczęśliwego nowego roku. Trochę z opóźnieniem.
– Dziękuję. Nawzajem.
Pauza.
– Jak się tam odnaleźliście?
– Dobrze. Już się zadomawiamy.
– Choinka była?
– Była. Żywa.
– Dobrze. Żywa najlepsza.
Znowu pauza. Siedziałem w kuchni, patrzyłem na kaktusa. Przetrwał grudzień, stał i wyglądał na zadowolonego.
– Janku powiedziała, a w głosie było coś, czego u niej nigdy nie słyszałem. Nie czułość. Raczej jakby musiała coś podnieść ciężkiego i nie chciała, by to było widać. Chciałabym kiedyś wpaść. Jeśli nie macie nic przeciwko.
– Nie mamy. Proszę zadzwonić, ustalimy.
– Tak. Zadzwonię.
– Dobrze.
– To wszystko. Pozdrów Sławka.
– Przekażę.
Odłożyła. Przez chwilę siedziałem bez ruchu. Potem nalałem sobie wodę i wypiłem powoli do dna.
Opowiedziałem Sławkowi, kiedy wrócił z pracy.
– Dzwoniła? usiadł na kanapie, patrząc na mnie trochę niepewnie, jakby się wahał, czy się cieszyć czy nie.
– Dzwoniła. Chce przyjechać. Powiedziała, że wcześniej zadzwoni.
– To wszystko?
– To wszystko.
Milczał przez chwilę.
– No dobrze.
– No dobrze.
Westchnął. Bez ulgi i bez niepokoju. Tak, jak wzdycha się, gdy coś długo trwało, a teraz coś się przesunęło.
– Radujesz się?
Pomyślałem.
– Jeszcze nie wiem szczerze odpowiedziałem. Zobaczymy, jak zadzwoni i jak przyjedzie. To nie koniec historii, Sławku. To po prostu kolejny krok.
– Tak potwierdził. Następny krok.
Zadzwoniła na koniec stycznia. W piątek wieczorem, gdy obaj byliśmy w domu.
– Sławku, możemy wpaść w niedzielę? Jeśli wam pasuje?
– Poczekaj, zapytam Janka.
Spojrzał na mnie. Kiwnąłem głową.
– Możecie, mamo. Przyjedźcie na pierwszą.
– Dobrze. Upiekę szarlotkę. Wiesz, że lubisz.
– Lubię.
W niedzielę byli o 13:00. Pani Maria w tym samym płaszczu co zawsze, tylko z nowym szalikiem, granatowym. Pan Władysław niósł szarlotkę zawiniętą w ściereczkę.
W przedpokoju panowała lekka niezręczność. Pani Maria rozejrzała się już gotowałem się na uwagę, ale nie powiedziała ani słowa. Po prostu zdjęła buty i przeszła do salonu.
– Choinki już nie ma rzuciła, zerkając w kąt.
– Rozebraliśmy.
– Szkoda. Żywe długo ładnie stoją.
Piliśmy herbatę. Pan Władysław opowiadał o kolanie podobno nic poważnego, tylko wiek. Pani Maria zapytała o pracę. Wspomniałem o nowym projekcie logo dla rodzinnej piekarni, trzy wersje, klient wybrał najdziwniejszą, ale jak się okazało idealną. Pani Maria słuchała, nie udając zainteresowania po prostu słuchała.
– To znaczy, że coś w tym jest powiedziała. W tej twojej pracy. Skoro klient wybiera.
– Jest przyznałem.
– No i dobrze.
Po herbacie pan Władysław poprosił, by pokazać mu widok z kuchennego okna, mówił, że na zdjęciu widział fajny plac zabaw. Sławek poszedł z nim, rozmawiali chyba znów o łowieniu ryb.
Zostaliśmy z panią Marią sami. Siedziała na kanapie i patrzyła na lampę.
– Ładne światło, powiedziała. Ciepłe.
– Nam się podoba.
Zamilkła. Potem:
– Janku, nie przyszłabym codziennie. Wiesz o tym.
Spojrzałem na nią. Nie patrzyła na mnie, patrzyła na lampę.
– Może nie codziennie odpowiedziałem.
Lekko uniosła kąciki ust. Nie z urazą. Raczej jak ktoś, kto wie, że widać go na wylot i nie może nic z tym zrobić.
– O klucz już nie proszę powiedziała. Tylko żebyś wiedział.
– Wiem.
– Dobrze. Wzięła filiżankę, upiła łyk. Dobra ta herbata. Jak się nazywa?
– Łąka górska, niewielka firma z Bieszczad, przez przypadek kupiłem smakowała.
– Napisz mi potem nazwę.
– Napiszę.
Za oknem było szaro, ale nie ponuro. Taki szczególny styczeń, kiedy niebo rozświetlone, mleczne, a wszystko wygląda jakby trochę nierealnie, jak akwarela. Na parapecie stał kaktus, obok kubek z jeżami. Pani Maria siedziała na naszej kanapie i piła naszą herbatę. I to nie było ani dobre, ani złe. Po prostu było.
W lutym zadzwoniła znowu. W czwartek wieczorem, zapytała, czy może w sobotę. Zgodziliśmy się. Przyjechała z powidłami śliwkowymi własnej roboty i z panem Władysławem, który przyniósł suszonego suma, ponoć z ostatniego połowu.
– Nie sądziłem, że tak to się potoczy powiedział potem Sławek. Myślałem, że będzie dłużej cicho albo wymyśli coś innego.
– Może jeszcze wymyśli powiedziałem.
– Może przytaknął. Ale na razie nie.
– Na razie nie.
Myliśmy razem naczynia po ich wyjściu: Sławek zmywał, ja wycierałem. Za oknem zapalały się lampy na placu. Ktoś wychodził z psem kudłatym, jasnym który węszył w śniegu i kichał.
– Jak myślisz, jak będzie dalej? spytał Sławek.
Potrzymałem przez chwilę czysty talerz. Zwykły, biały, z niebieskim paseczkiem, który kupiliśmy sami w pierwszym miesiącu po przeprowadzce.
– Nie wiem odpowiedziałem. Zobaczymy.
Za oknem pies w końcu znalazł to, czego szukał, zaszczęślił ogonem. Właściciel pogłaskał go za uchem. Ruszyli dalej, a światło latarni na śniegu zostało takie samo jasne i spokojne.
– Sławku…
– Hm?
– Nic. Tak po prostu.
Uśmiechnął się do mnie. Odstawiłem talerz na półkę. Naszą własną półkę. W naszej kuchni. W naszym domu.



