No słuchaj, muszę Ci opowiedzieć historię, która ostatnio bardzo mnie poruszyła.
Wiesz, Basia miała ledwo szesnaście lat, kiedy jej mama niespodziewanie odeszła. Ojca nie widziała już od siedmiu lat, odkąd wyjechał do pracy do Warszawy i słuch po nim zaginął, żadnych listów, żadnych pieniędzy, no wiesz, jak to bywa.
Na pogrzebie była cała wieś. Ludzie pomagali jak mogli jeden zaniósł zupę, drugi pomógł z ogrodem. Ciocia Maria, która była też chrzestną Basi, często do niej wpadała, doradzała, co i jak robić w domu. Po ósmej klasie Basia poszła pracować na poczcie w sąsiedniej wiosce. Dziewczyna, o której każdy mówił: aż zdrowie z niej promieniuje! Rumiana, z błyszczącymi szarymi oczami, o twarzy okrągłej i grubym, jasnym warkoczu aż do pasa.
Najbardziej przystojnym chłopakiem we wsi był Tomek. Dwa lata temu wrócił z wojska i nie miał końca adoratorek. Nawet laski z miasta, co na wakacje przyjeżdżały do babci na wieś, nie przechodziły obok niego obojętnie.
No, wiadomo, urodę miał bardziej na ekran niż na traktory nie spieszyło mu się do żeniaczki, trochę jeszcze chciał się rozejrzeć i zabawić.
Pewnego dnia ciocia Maria poprosiła Tomka, żeby pomógł Basi płot jej zaczął się walić, a bez męskiej pomocy ciężko utrzymać dom. Basia ogarniała pole, ale z naprawą płotu sama nie dałaby rady.
Tomkowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Przyszedł, ocenił, i od razu zaczął się rządzić: Basia, podaj młotek! Przynieś deski! Polać herbatę, proszę! A Basia grzecznie wszystko robiła, tylko czerwieniała coraz bardziej i jej warkocz latał z boku na bok za plecami.
Zmęczony Tomek jadł jej barszcz taki gęsty, jak w domu najlepiej popijał herbatą. A Basia patrzyła, jak Tomek chrupie czarny chleb swoimi białymi zębami.
Trzy dni naprawiał płot, a na czwarty przyszedł tak po prostu, w gości. Basia go nakarmiła kolacją, pogadali, a on został na noc. I już tak zostało wychodził przed świtem, żeby nikt nie widział, ale przecież w małej wsi nic się nie da ukryć
Oj, Basiu, na próżno tak się starasz, on się nie ożeni! powtarzała jej ciocia Maria. A jak już, to się z nim namęczysz. Przyjadą letnie dziewczyny z miasta, zobaczysz, jak będzie, uśmiechnięta tylko chodzić nie będziesz! Nie taki chłopak dla ciebie. Sugerowała jej raz po raz.
Ale wiadomo zakochana młodość mądrych rad nie słucha.
Z czasem Basia zaczęła się czuć słaba, zemdliło ją parę razy. Najpierw myślała, że to grypa albo coś zjadła nieświeżego. Ale jak już do niej dotarło, że jest w ciąży, to mało się nie załamała. Przez chwilę myślała nawet o tym, żeby no wiesz, ale potem uznała, że tak będzie najlepiej. Przynajmniej nie będzie sama.
Mama ją wychowała, ona też sobie poradzi, a ludzie pogadają, pogadają i przestaną. Do ojca i tak nigdy nie miała pożytku, tylko pił.
Gdy przyszła wiosna, zdjęła zimowy płaszcz, od razu wieś zobaczyła, że Basia ma już spory brzuch. Ludzie tylko głowami kiwali ech, co się porobiło!
Tomek zajął się tematem, przyszedł zapytać, co planuje:
No co? Urodzę. Nie martw się, sama wychowam dziecko. Żyj sobie dalej jak chcesz powiedziała, zajęła się przy kuchni. Tylko te ogniki na policzkach i w oczach się żarzyły.
Tomek się popatrzył, pokręcił głową, ale wyszedł. Wiedział, że Basia podjęła decyzję jak z gęsią wodę.
Nadeszło lato, przyjechały wczasowiczki z miasta. Tomek nie miał już tyle czasu dla Basi, a ona na polu u siebie robiła dalej, tętka Maria od czasu do czasu pomagała ciężko było się schylać z dużym brzuchem.
Co tam warszawskie piękności, komu Bóg da, ten będzie żartowała Basia.
We wrześniu rano obudził ją nagły ból, jakby ktoś rozerwał jej brzuch na pół. Szybko zrozumiała, o co chodzi to już czas. Pobiegła do cioci Marii, ta od razu wypaliła:
Już się zaczęło? Czekaj, zaraz idę po Tomka.
Tomka trudno było dobudzić, bo dzień wcześniej nieźle sobie popił. Gdy ciocia go szczęśliwie wytrąciła ze snu, zaczął krzyczeć:
Przecież do szpitala jest dziesięć kilometrów! Nim pojedziemy po lekarza, ona już urodzi. Jadę z nią od razu! Szykujcie ją.
Ale na ciężarówce?! Roztłuczesz ją całą, dziecko wypadnie po drodze! narzekała ciocia.
Nic, jedziemy wszyscy razem, na wszelki wypadek! zarządził Tomek.
Dwa kilometry jechali tą wyboistą drogą powoli, ciocia Maria siedziała z tyłu na workach, potem już na asfalt się dostali i poszło sprawniej.
Basia siedziała obok kierowcy, zgryzała wargę, żeby nie jęczeć, trzymała brzuch. Tomek już całkiem trzeźwy. Patrzył na nią kątem oka, palce mu posiniały na kierownicy, aż stawy powyłaziły.
Zdążyli zostawili Basię w szpitalu i pojechali z powrotem, a ciocia Maria, całą drogę narzekała na Tomka:
Po co jej popsułeś życie? Sama, bez rodziców, ledwo dziecko, a już tyle na głowie będzie miała! Jak ona sobie poradzi z niemowlakiem?
Zanim jeszcze wrócili do wsi, Basia już była mamą urodziła zdrowego chłopca. Następnego dnia przynieśli jej dziecko do karmienia, a ona patrzyła, nie wiedząc, jak go złapać, jak przytulić do piersi.
Przerażona, patrzyła na te czerwoną twarzyczkę synka, a serce jej skakało z radości. Pogłaskała po główce, uśmiech i łzy mieszały się jej, aż głupio się czuła w tej roli.
Przed wypisem przyszedł lekarz, starszy, poważny:
Kto po Was przyjedzie?
Basia tylko wzruszyła ramionami:
Raczej nikt powiedziała.
Pielęgniarka zapakowała chłopca w szpitalny koc, żeby chociaż do domu dowieźć, i pogroziła, żeby omyłkowo nie zatrzymać.
Felek z naszym samochodem cię podwiezie do wsi, nie będziesz się tułaczyć z niemowlakiem miejskim autobusem! powiedziała ostro, z troską.
Basia podziękowała i ruszyła korytarzem szpitala cała czerwona ze wstydu.
W drodze przytulała synka do siebie, zamyślona, jak teraz będą żyli. Te becikowe to śmieszna kwota, ledwo kot zapłakał. Żal jej siebie i niewinnego dzieciaka.
Patrzy na małą buźkę, serce się jej rozczula i odgania ciężkie myśli. I nagle samochód się zatrzymuje. Basia patrzy na Felka, pięćdziesięcioletniego kierowcę:
Co się dzieje?
Dwa dni padało, patrz jakie bajora. Ani przejechać, ani obejść tylko traktor lub ciężarówka.
Przepraszam, niedaleko, maks dwa kilometry. Dasz radę? wskazał jej drogę przy kałuży, co wyglądała jak jezioro bez końca.
Dziecko jej śpi na rękach, a ona już nie ma siły nosić, taki mały siłacz. A jeszcze przez błoto, w zwykłych pantoflach
Jeden but utknął jej w błocie, drugi miała goły, w końcu poszła dalej już w jednym.
Kiedy dotarła do wsi, było już szaro. Jej nogi nic nie czuły, tak zmarznięte, cała mokra i wykończona.
Przed domem światło się paliło, weszła do środka i stanęła w osłupieniu.
Przy ścianie stało dziecięce łóżeczko, wózek, piękne maleńkie ubranka. Przy stole Tomek ze spuszczoną głową spał.
Usłyszał jak weszła, podniósł głowę Basia rozczochrana, z dzieckiem na rękach, cała w błocie, bez jednego buta. Gdy to zobaczył, rzucił się, wziął dziecko i położył do łóżeczka, sam zabrał się do pieca po gorącą wodę.
Posadził ją, pomógł rozebrać i umyć nogi. Zanim zdążyła się przebrać, na stole już była gotowana ziemniaczka i dzban mleka.
Dziecko zapłakało, Basia chwyciła je na ręce, usiadła przy stole i karmiła bez żadnego skrępowania.
Jak go nazwałaś? zapytał chrapliwym głosem Tomek.
Szymonem. Nie masz nic przeciwko? spojrzała na niego swoimi jasnymi oczami.
A w tych oczach było tyle tęsknoty i miłości, że aż Tomkowi serce ścisnęło.
Ładne imię. Jutro pójdziemy, zarejestrujemy syna i od razu się pobierzemy.
Nie trzeba zaczęła mówić Basia, patrząc jak mały ssie pierś.
Moje dziecko musi mieć ojca. Wystarczy już zabawy, czas się ogarnąć. Jaki ze mnie facet, nie wiem, ale syna nie zostawię.
Basia tylko skinęła głową.
Po dwóch latach urodziła im się jeszcze córeczka. Nazwali ją Nadzieja, na pamiątkę mamy Basi.
I wiesz co nieważne, jakie błędy popełniasz na początku, ważne, że możesz je naprawić, jeśli tylko chcesz
Taka to losu historia. Ciekawa jestem, co o tym myślisz? Jeśli Ci się podobała, puść lajka!



