Wstyd, powiem Wam, wszyscy już mają wykopane ziemniaki, a u nas jak wyrwa na polu. Sami byśmy to zrobili, tylko że mnie mocno trzyma reumatyzm, a matka z kręgosłupem od rana nie może się wyprostować.
Przyszedłem do Michała i w rękach przekręcałem czapkę:
Michał, pomógłbyś nam z matką ziemniaki wykopać? Wstyd taki, u wszystkich już wszystko zrobione, a u nas jak na pokaz. Sam bym to zrobił, ale nogi nie dają rady, a matka ledwo chodzi.
Michał, zakładając kalosze, burknął:
Po co Wam aż tyle sadzić? Przecież nie głodujecie. Dzisiaj, tato, nie mogę, jadę do miasta załatwić sprawy.
Chciałem już coś ostrego odpowiedzieć, ale tylko machnąłem ręką i wyszedłem.
Na podwórku złapałem widły i pokracznie poszedłem na pole.
Hanka, która przewiązała bolące plecy chustą, podeszła do mnie:
Słuchaj, Nikodem, może dzieci przyjdą jednak?
Warknąłem krótko:
A idź tam. Bierz wiadro i zbieraj ziemniaki. Pięciorośmy wychowali, a im nigdy nie po drodze pomóc rodzicom. Rusz się, stara. Przynajmniej trochę do wieczora ogarniemy.
W tym czasie żona Michała, Renata, suszyła mu głowę:
No co Wy za rodzina, wszystko tylko dla siebie, osobno, nie pomożecie rodzicom. Wstyd. Gdyby moi jeszcze żyli, poleciałabym na skrzydłach i zaszlochała.
Michał objął ją:
Masz rację, nieładnie wyszło. Przecież mieszkamy niedaleko, a widujemy się rzadko. Zróbmy tak, że w pracy wezmę wolne. Ty zadzwonisz po pozostałych.
Renata usiadła do telefonu i otworzyła notes:
Co z tego, że praca? Każdy ma obowiązki, urlop zawsze można wziąć. Nie wstyd Wam, starzy się męczą, a Wam się nie chce ruszyć? Dzieci nie ma gdzie zostawić? Zabierzcie ze sobą, lepiej w plenerze niż z tabletem na kanapie. Czekamy na wszystkich!
Gdzie prośbą, gdzie groźbami Renata przekonała wszystkich.
A ja, dziadek Nikodem, usiadłem na chwilę odpocząć.
No to, Hanko, pewnie do śniegu będziemy grzebać te kartofle. Po co tyle sadziliśmy? A Ty wciąż swoje A jeśli dzieciom zabraknie?. A gdzie Twoje dzieci? Palcem nie kiwną. Kiedyś, pamiętasz? Razem wszystko, przed obiadem już było skończone. Czasy były…
Hanka nasłuchiwała:
Słyszysz, ktoś chyba przyjechał? Sprawdź na bramę.
Podszedłem ociężale do wrót. Już z daleka śmiech, krzyki Hanka trzymała się za plecy, poszła zobaczyć.
O Matko, ile ludzi! I dzieci, i wnuki! Serce mi rośnie.
No to, tato, pokazuj gdzie łopaty, widły i wiadra wołał Michał.
Z trudem powstrzymując łzy, burknąłem:
Tam, gdzie zawsze, zapomniałeś już?
I się zaczęło. Jeden kopie, ktoś zbiera do wiadra, ktoś nosi pod wiatę do suszenia. Hankę do domu wysłali.
Synowe rękawy zawijały, by potem wszystkich porządnie nakarmić. Ale Hanka nie usiedzi tu coś pokaże, tam doradzi. No bo jak to, gospodarstwo bez nadzoru.
A na polu wesoło!
Michał, pamiętasz, jak rzuciłeś we mnie ziemniakiem w dzieciństwie? Teraz masz za swoje! śmiał się Sebastian.
A ja półżartem mruczałem:
Czego się wygłupiacie, stare konie, a jak dzieciaki.
Udało się wszystko wykopali, zielsko do kupy, ziemniaki pod wiatą. Czas na posiłek.
Nakryliśmy duży stół na podwórzu. Wesoło, każdy wspomina dzieciństwo.
Hanka co rusz łzę ociera. Dzieci dobre. Sąsiedzi przechodzą, grzecznie się witają, chwalą. Niektórzy z żalem wspominają swoje dzieci, które dawno nie przyjeżdżają.
Renatka pyta cicho Michała:
Co w pracy powiedziałeś?
Objął ją za ramiona:
Powiedziałem prawdę rodzicom trzeba pomóc. Od razu mnie puścili, mówili, że to rzecz święta.
Pomiędzy codziennymi sprawami nie zapominajcie o rodzicach. Oni czasem wstydzą się prosić lub upierać się o pomoc, ale zawsze są szczęśliwi, kiedy mogą być razem z dziećmi. Takie chwile budują rodzinę na lata.


