Sergiusz przywiózł narzeczoną Irinę, by zamieszkać na wsi, gdzie odziedziczył po babci dom

Dzisiaj zapisuję te wydarzenia, żeby nie zapomnieć, jak życie potrafi zaskakiwać.

Po ślubie przyjechałem z Martą do rodzinnej wsi pod Toruniem. Został mi tu po babci stary drewniany dom trochę zrujnowany, ale był nasz. Wybieraj, Marto, czy zostajemy tutaj, czy próbujemy szczęścia w wynajmowanym mieszkaniu w Poznaniu mówiłem jej wtedy, choć oboje dobrze wiedzieliśmy, że w mieście nie mamy właściwie niczego. Kiedyś pomieszkiwałem u siostry Justyny, gnieździliśmy się razem z jej najstarszym synem w malutkim pokoiku.

Justyna zawsze była marudna na moją obecność. Przez okrągły miesiąc czuła się lepiej dopiero wtedy, gdy oddawałem jej prawie całą pensję za czynsz. Mimo to nie poprzestawała na drobiazgach musiałem w weekendy trzepać dywany, wynosić śmieci, zabierać całą trójkę jej dzieci rocznego, trzyletniego i sześcioletniego na spacery, bo jej mąż ciągle gdzieś wyjeżdżał: a to na studia do Łodzi, a to do kolegów w Katowicach, a nieraz po prostu odpoczywał u własnych rodziców.

Marta wiedziała, jak to wyglądało że robiłem wszystko w domu siostry, a i tak miałem ciągle tylko trochę pieniędzy. Gdy zaczęliśmy się spotykać i śmiałem zostawiać coś z wypłaty dla siebie, Justyna nieomal mnie wyrzuciła. Musiałem wtedy przez dwa tygodnie pracować za darmo na odchodne. Marudziła, krzyczała na mnie i Martę, bo straciła wygodnego brata, który dawał pieniądze, pilnował dzieci i jeszcze sprzątał.

W końcu powiedziała dość i naprawdę mnie wyrzuciła, kiedy równo odmówiłem oddawania całej pensji. Z walizką wylądowałem u Marty w akademiku

Z czasem życie na wsi układało się coraz lepiej. Chociaż nie mieliśmy w pobliżu rodziny, znałem wszystkich sąsiadów od dziecka. Matka mieszkała wprawdzie dalej, na Podlasiu, rodzice Marty też byli daleko, więc nie mogliśmy liczyć na ich pomoc.

Spokojnie wzięliśmy ślub i powoli urządzaliśmy swój świat. Marta dostała pracę w wiejskim przedszkolu, ja zatrudniłem się w tartaku. Starsza sąsiadka oddała nam kozę, bo już nie dawała rady się nią zajmować w zamian codziennie przynosiliśmy jej pół litra mleka. Potem pojawiły się jeszcze kury i owieczki. Zbytnio nie opływaliśmy w luksusy, bo pensje niewysokie. Dorabialiśmy: Marta szyła ubranka na zamówienie, mieliśmy trochę warzyw. Mimo wszystko było dobrze.

Nasz synek Staś miał już trzy lata, gdy Marta wróciła do pracy po urlopie. Najgorsze momenty były już za nami.

Wtedy wydarzyło się coś zupełnie niespodziewanego Justyna postanowiła przyjechać z Warszawy z wizytą. Wzięła ze sobą całą trójkę dzieci, bo mąż, jak zwykle, wolał odpoczywać u swoich rodziców w Zakopanem.

Ja też tu kiedyś mieszkałam! zawołała, wchodząc do domu. U babci spędzałam wakacje.
Długo nie zagrzałaś miejsca, pamiętasz? odpowiedziałem. Po tygodniu bez mamy płakałaś i zaraz cię zabierali. Ja spędzałem tu każde lato

A co tu robić? Nuda wzruszyła ramionami. Teraz jadę nad morze!
Zamierzasz zostawić u nas dzieci? spytałem lekko przerażony. Przecież oboje z Martą pracujemy, czasem jestem parę dni na delegacji.
E tam, wieś, nic im się nie stanie. Sami sobie poradzą!
Chyba żartujesz. Marta się na to nie zgodzi.
Po co ją pytasz, jesteś moim bratem!
A twój mąż?
On odpoczywa, niech leży w domu.

To było całe Justynine podejście ona od czegoś odpoczywa, dzieci podrzuca bratu. Zanim cokolwiek ustaliliśmy, jej dzieci biegały już wszędzie po podwórku.

Nagle z podwórka dobiegł hałas. Wyjrzałem za okno i zamarłem dzieciaki wypuściły prosiaka i teraz to świnia goniła je po całym ogródku. Ledwo ją złapałem, grządki zniszczone, pół kapusty pożarte, a zaraz potem uwolniły kozę z koźlętami. Marta aż siadła z żalu, ja się wściekłem, a dzieci uciekły znowu na dwór.

Przecież to dzieci, co wam szkodzi, żeby pobawiły się z kózkami? tłumaczyła Justyna.
Staś tego nie robi odparłem. Wie, że nie wolno.
Oj tam, jeszcze zdąży.

Znowu hałas. Teraz weszły do kurnika podziwiać kury nasze piękne zielononóżki niosły różnokolorowe jajka. Ledwo otworzyły drzwi, a kogut rzucił się na nie z wrzaskiem.

Co wy tu za gospodarstwo prowadzicie?! krzyczała Justyna. Niczego nie pilnujecie!
Kogut pilnuje. A dzieci trzeba pilnować, nie puszczać na oślep! odpowiadałem zirytowany.
To może twoja żona weźmie urlop i będzie bawiła się z moimi dziećmi?
Nie, niech sama pilnuje, ja mam swoją pracę, Marta też.

Jeszcze nie spotkały się z naszym psem A u sąsiadów mają byka, bardzo zły. Codziennie wieczorem przechodzą krowy, a u innych są gęsi, bardziej bojowe od koguta. Nocą lepiej z domu się nie wychodzi

Straszyć chcesz mnie? burknęła.
Ostrzegam.

W tym momencie sąsiad przyszedł z najstarszym z dzieci Justyny bo bawił się zapałkami za szopą, powiedział. Wszędzie sucho, deszczu od miesiąca nie widzieliśmy.

Nie, Justyna. Nie zostawiaj ich u nas. Jedźcie nad morze razem i pilnujcie, żeby rekinów nie wystraszyli rzuciłem ze złością.
Cała wieś dziwna jesteście! A ja ci pomagałam, u mnie mieszkałeś!
Bo nie miałem wyboru, wszystko ci oddawałem, pensja do ręki.

Justyna obrażona spakowała dzieci.

Jedziemy do dziadków powiedziała stanowczo, a dzieci zaczęły płakać. Nie, ja was nie zostawię!

Następnego ranka zniknęli. Przez kilka następnych dni z Martą jeszcze śmialiśmy się i z niedowierzaniem wspominaliśmy tę wizytę Justyny. Czasem rodzina jest bardziej problematyczna niż cała reszta świata.

Rate article
Fajna Tajna
Sergiusz przywiózł narzeczoną Irinę, by zamieszkać na wsi, gdzie odziedziczył po babci dom