Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć historię, bo wydarzyło się coś, co chyba długo będziemy wspominać w domu.
Mój mąż, Tomek, dobił już do pięćdziesiątki, a ja niedawno skończyłam czterdzieści pięć. Przez te wszystkie lata nauczył się pamiętać, kiedy zmieniać olej w swoim aucie, nie zapomina o terminach wyjazdów na ryby z kumplami i zawsze wie, kiedy najlepiej bierze leszcz na Wiśle albo Sławie. Ale rodzinne daty? Mój Boże, jakby w ogóle nie istniały w jego kalendarzu.
Dotąd zawsze go wyciągałam za uszy. Tu zasugeruję przez przypadek, tam kartkę na lodówce powieszę, a jak już termin blisko, to niemal wprost pytam. Na czterdzieste piąte urodziny chciałam jednak czegoś innego. Bez proszenia, bez przypominania, chciałam zobaczyć, czy przez ćwierć wieku czegoś się facet nauczył.
No i przyszedł ten dzień piątek. Rano Tomek lata po mieszkaniu, spakuje się na ryby. Wędki, przynęty, termos, plecak… wszystko pod ręką.
Halino, widziałaś mój termos? Chłopaki czekają na dole. Musimy jechać, będzie super branie! Wrócę w niedzielę, na pewno nie będzie zasięgu.
Ledwo musnął mnie w policzek na pożegnanie.
Nie smuć się, kup sobie coś dobrego.
Drzwi trzasnęły. Popatrzyłam na kalendarz moja data na czerwono. Czterdzieste piąte urodziny, a on nie tylko zapomniał, ale jeszcze wybrał właśnie ten dzień na swoje łowienie.
Na początku aż mnie ścisnęło, jakby ktoś mi rurką zimnej wody serce polał. Potem przyszło opanowanie. I wiesz co? W głowie pojawił mi się pewien plan teraz Tomek na pewno nie zapomni więcej o tej dacie.
Wzięłam się za robotę. Tomek miał tajną skrytkę, w której chomikował gotówkę na nowy silnik do łódki. Pieniądze długo odkładał do domowego sejfu. Hasło znałam, bo przecież ta jego genialna pamięć czasem jednak zawodziła.
Trochę się tam uzbierało, jakieś sto pięćdziesiąt tysięcy złotych. Otworzyłam sejf i już wtedy wiedziałam, co zrobię.
Nigdy wcześniej się tak nie rozpieszczałam. Zamówiłam catering najlepsze pierogi i przysmaki, zaprosiłam przyjaciółki, udekorowałam całe mieszkanie kwiatami. Było wino, dużo śmiechu, muzyka. Następnego dnia kolacja w restauracji z widokiem na panoramę Warszawy. Potem relaks w SPA i wreszcie broszka z bursztynu, o której zawsze marzyłam, ale wciąż odkładałam zakup na wspólne cele.
Nadszedł niedzielny wieczór. Tomek wpada rozradowany z wiadrem pełnym ryb.
Patrz, jaki połów! Ale był wypad! krzyknął w drzwiach, kompletnie nie łapiąc, co się wydarzyło przez weekend.
A tu w salonie resztki imprezy: puste butelki, kosze z kwiatami, torby z modnych butików.
Co tu się działo? Kto był? zbaraniał.
Byli odpowiadam spokojnie. Urodziny miałam. Czterdziestka piątka. Pamiętasz?
Wcisnęło go w ziemię. Patrzy, mruga, cicho tylko sapie.
Kurczę… Halino, przepraszam. Całkowicie mi wyleciało z głowy, wiesz, tyle się dzieje…
Rozumiem, przerwałam mu. Nie chciałam psuć sobie dnia, więc wszystko załatwiłam sama. Prezent też wybrałam bez ciebie.
Popatrzył na drzwi do gabinetu. Uchylone. Rzucił się do sejfu wraca blady jak ściana.
Gdzie pieniądze? Wszystko wydałaś?! Przecież te pieniądze były na silnik! Dwa lata odkładałem!
Ja za to znosiłam zapominalstwo ćwierć wieku, mówię mu cicho, ale bez wahania. Zapomniałeś o moich urodzinach. Chciałam, żebyś to zapamiętał na długo.
Usiadł jak struty. Wpatrywał się to w wiadro, to w pusty sejf, to we mnie. Zdenerwować się nie mógł bo przecież nasza wspólna kasa.
Rybki czyścił w kompletnej ciszy.
Minęło pół roku. Na nowy silnik znów zbiera, ale teraz w telefonie ustawione przypomnienia: na miesiąc, na tydzień, na dzień przed każdą ważną rocznicą. Czasem lekcje są kosztowne ale tę zapamięta na zawsze.


