Droga do nowego życia po ciężkich doświadczeniach

Droga do nowego życia po ciężkich doświadczeniach

Pokonywanie przeciwności i odnajdywanie nadziei
W wieku 45 lat mój świat runął z hukiem: mąż odszedł, zdołał pokłócić mnie z naszym synem i zostałam sama jak palec bez z kim podzielić codzienne smutki, a i radości to też już były nie moje klimaty. Żeby w ogóle opłacić czynsz i nie wylądować pod mostem, zaczęłam sprzątać w podstawówce na osiedlu. To nie było wyzwanie moich marzeń, ale pozwalało jakoś wiązać koniec z końcem. Niestety, nieustanny stres po rozwodzie i ciągnących się po sądach przepychankach totalnie mnie rozpraszał i nie minęło długo, jak z pracy mnie pożegnali.

Straciłam wszystko: rodzinę, dach nad głową i resztki pewności siebie. Włóczyłam się po ulicach Warszawy, mając wrażenie, że jestem nic nie warta, tak samo niepotrzebna jak śmieci, które zbierałam do worków. Pewnego wieczoru, pogrążona w czarnych myślach, przechodziłam przez przejście i nagle olśnienie, dosłownie! Oślepiły mnie światła auta, a dźwięk hamulców wyrwał z zamyślenia. Kierowca ledwie na centymetry przede mną się zatrzymał zamarłam.

Z auta wyskoczył wysoki facet w roboczym, spojrzał na mnie swoimi miłymi oczami i rzucił: Czy ty zdajesz sobie sprawę, że prawie zginęłaś?!
Byłam tak w szoku, że tylko bezgłośnie przytaknęłam. Widział, że jestem jak po ciosie, więc złagodniał i zaoferował podwózkę, a przynajmniej towarzystwo, bym nie szła sama. Akurat przechodziła starsza pani na spacerze z jamnikiem i rzuciła przez ramię:
Daj jej spokój, może naprawdę potrzebuje wsparcia, a nie kazania.

Te kilka słów były zapalnikiem zmian, które miały dopiero nadejść. Okazało się, że starsza pani to pani nauczycielka, nawet nieżartobliwie zwana przez dzieci “profesorowa” prawdziwa twardzielka po przejściach. Nagle zaprosiła mnie do pomocy przy schronisku dla bezdomnych, gdzie wolontariat był tak potrzebny jak zupka chińska studentowi.

Tam poznałam Aleksandra wcześniej psychologa, teraz dobrodusznego wolontariusza dla ludzi, których życie też zaskoczyło. Zainteresował się mną już od progu, a potem stał się moim duchowym przewodnikiem i przyjacielem. Dzięki jego wsparciu zaczęłam regularnie chodzić na bezpłatne grupy wsparcia, próbowałam arteterapii, poznawałam ludzi, którzy tak jak ja mieli już dość bycia na szarym końcu. Nagle okazało się, że ludzie są warci zaufania, a życie to nie tylko lista rozczarowań.

Syn, mój kochany Maciek (zawsze Maćkiem go nazywałam, formalnie Mateusz, ale słodki, ciepły Maciek brzmiał lepiej), też zaczął się zmieniać. Spotkały go własne trudności, ale z pomocą psychologa spojrzał na nasze nieporozumienia z dystansem i zrozumieniem, że skoro się coś popsuło, to winy nie trzeba szukać wyłącznie po jednej stronie. Powoli, krok po kroku, wracaliśmy do siebie.

Kilka miesięcy później zatrudniłam się w bibliotece miejskiej. Tam spotkałam grupę cudownych kobiet, które miały kryzysy za sobą i solidny bagaż życiowy. Pomagałyśmy sobie, gadałyśmy o wszystkim od przepisu na barszcz do najgorszych randek życia. Przy okazji uczyłyśmy się nowych umiejętności jedna zrobiła kurs komputerowy, druga zaczęła szyć na maszynie.

Moje życie zaczęło odzyskiwać barwy jak po dobrym remoncie. W pracy poznałam młodą, energiczną Jagodę bojowniczkę o prawa kobiet, wiecznie z księgą petycji pod pachą. Jagoda, widząc moje postępy, zachęciła mnie, żebym dołączyła do jej grupy wsparcia dla kobiet w trudnej sytuacji.

Siła do zmian tkwi tylko w nas! powtarzała na każdym spotkaniu.

Z czasem wciągnęłam się w psychologię i pracę socjalną czytałam, uczyłam się i praktykowałam, by lepiej zrozumieć siebie oraz pomóc innym. To wtedy poznałam Różę kobietę, która była moim mentorem i dobrym duchem. To ona nauczyła mnie stawiać granice i przekonała, że zmiana to nie wróg, tylko partner do tańca.

A z Maćkiem stało się tak, że znowu byliśmy rodziną z prawdziwego zdarzenia. Dorósł, stał się samodzielny, a my wychodziliśmy razem na spacery po parkach, rozmawialiśmy o planach nawet takich odlotowych jak podróż po Podkarpaciu starą skodą. Jego troska i dobre serce codziennie mnie mobilizowały. Razem odkryliśmy, że najważniejsza jest rodzina i zaufanie.

Kiedy poczułam grunt pod nogami, zaczęłam wolontariat w fundacji pomagającej dzieciakom z trudnych domów. Tam mogłam oddać innym swój czas i kawałek doświadczenia coś, co jeszcze chwilę wcześniej wydawało mi się niepotrzebnym bagażem.

Okazało się, że moje losy inspirują inne kobiety. Razem z Jagodą i Różą założyłyśmy klub wsparcia raz w tygodniu spotykałyśmy się, gadałyśmy, śmiałyśmy, uczyłyśmy, bo przecież każda z nas dźwiga jakiś krzyżyk.

Wolontariat, nowe inicjatywy, zastrzyk energii i wtedy jednego dnia przyszedł do mnie młody chłopak, podobny do mnie sprzed lat, którego marzeniem było uczyć dzieciaki z domów dziecka. Pomogłam mu poukładać plany, zostałam jego mentorką.

Z czasem zaczęłam pisać artykuły, jeździłam na konferencje, opowiadałam historię swojego życia, licząc, że ktoś poczuje się dzięki temu choć odrobinę silniejszy.

Maciek obserwując moje powroty do życia, znalazł motywację na własną naukową ścieżkę poszedł na ekonomię na Uniwersytet Warszawski i planował podbić świat finansów (trzymałam kciuki, choć z ZUS-em wiedziałam, że łatwo nie będzie).

Zaangażowałam się w różne projekty wspierające młode kobiety i matki w kryzysie. Prowadziłam warsztaty, spotkania, dzieliłam się wiedzą, żeby te, które się boją, przekonały się, że zmiana nie oznacza końca, a nowy początek.

Pewnego dnia zaproszono mnie na duże wydarzenie o sprawiedliwości społecznej. Wystąpiłam, podzieliłam się tym, co przeszłam i po raz pierwszy poczułam, że to wszystko, co mnie zabolało, ma sens nie tylko dla mnie, lecz również dla innych.

W domu relacje z Maćkiem nabrały sensu. Wspólne wypady, plany, śmiechy przy pierogach z kapustą i grzybami to była nasza nowa jakość życia. Zrozumiałam, że najważniejsza jest bliskość, miłość i poczucie, że możemy na siebie liczyć.

Potem zaczęłam pisać już na poważnie: artykuły, opowieści, trochę poradników żeby pokazać innym kobietom, że zawsze można zacząć jeszcze raz i nie poddawać się bez walki.

Podsumuję to tak: każda trudność jest schodkiem do czegoś lepszego i choć czasem boli, to bez tych schodków siedziałabym na parterze, a nie patrzyła na świat z uśmiechem z własnego balkonu.

Jestem wdzięczna za każdy zakręt. Wiem, że przed nami nowe wyzwania i wspaniałe spotkania. Najważniejsze cieszyć się chwilą i nie przestawać wierzyć, że po burzy zawsze wychodzi słońce.

Rate article
Fajna Tajna
Droga do nowego życia po ciężkich doświadczeniach