Jak Ania została mamą dzięki swojemu wielkiemu sercu…

Dziennik osobisty, wpis z maja

Dzisiaj, wracając z pracy, weszłam na klatkę schodową i od razu zauważyłam pod swoimi drzwiami tekturowe pudło. Zdziwiłam się. W środku, wtulone w siebie, leżały pies i kot. Oboje patrzyli na mnie przerażonymi oczami i drżeli z niepokoju.

Co to ma być? Kim wy jesteście? zapytałam, zupełnie jakby mogli mi coś odpowiedzieć.

W tym momencie uchyliły się drzwi sąsiedniego mieszkania i wychyliła się pani Regina.

O, Milenko, dobry wieczór. No widzisz, los! Pani Wiesia z drugiego piętra odeszła, a nikt nie przygarnął jej zwierząt. Siostrzenica próbowała je oddać, ale nikt nie chce. U mnie już kot nie akceptuje innych, niektórzy mają alergię Może wy z Bartkiem je przyjmiecie? Dzieci nie macie, młodzi jesteście, dobrze zarabiacie.

Ale my w ogóle nie rozważaliśmy zwierząt, a już na pewno nie od razu dwóch odpowiedziałam zakłopotana.

One nie powinny być rozdzielane. Cały czas spały razem, są bardzo zżyte. Wiesia wyprowadzała psa codziennie, a kot sam chodził na dwór. Nawet nie sprawią wam większego kłopotu.

Może jednak je przyjmiecie? nalegała pani Regina smutnym głosem.

A jeśli nie? Co wtedy się z nimi stanie? zapytałam.

Ponoć mają je zawieźć do uśpienia Pudełko już gotowe. Mieszkanie sprzedane, nowym lokatorom przecież nie są potrzebne wyjaśniła sąsiadka.

W tej chwili do klatki wszedł pan Marian z trzeciego piętra i skinął głową na pudło:

Może jednak się pani zlituje? One spokojne są, niewiele jedzą. Już starsze. Długo pewnie nie pożyją Nikomu niepotrzebne A tak szkoda. Wiesia bardzo je kochała.

Zrobiło mi się ich okropnie żal.

Dobrze, weźmiemy. Nie zniosłabym myśli, że miałyby skończyć uśpione. Jak mają na imię? My z Bartkiem mieszkamy tu dopiero dwa lata, mało kogo znamy powiedziałam. Pan Marian uśmiechnął się i wstawił pudło do naszego przedpokoju.

Pies to Zyzio, a kot Leon. Bardzo dziękuję zostawił garść banknotów (sto złotych) i smycz na szafce, Na początek chociaż tyle. Jeszcze raz dziękuję

Zamknęłam drzwi i zdjęłam płaszcz. Przykucnęłam przy pudle i zaczęłam rozmawiać z nowymi gośćmi.

Co ja z wami zrobię, chłopaki? Bartek będzie w szoku. Przyniosłam do domu dwa futra! Oby nas wszystkich z domu nie wyrzucił Ale jest dobry, jakoś się pogodzi z tymi zmianami

Nie bójcie się, nie pozwolę, żeby ktoś was skrzywdził. Co to za pomysł z uśpieniem Jak tak można!

Kot wyraźnie zrozumiał, o czym mówię ostrożnie wyskoczył z pudła i zaczął zwiedzać mieszkanie. Pies jeszcze chwilę siedział, niepewny, obserwował mnie i kota.

Poszłam do kuchni, zajrzałam do lodówki. Oczywiście nie miałam karmy. Ugotowałam trochę kaszy, dodałam pokrojonego kurczaka, myśląc: może im zasmakuje.

Ku mojej radości Leon po chwili zajrzał do kuchni i od razu zaczął interesować się miską. Zaprosiłam także Zyzia.

Zyzio długo się wahał, wreszcie podszedł, spojrzał mi smutno w oczy i dołączył do uczty.

Przyszedł Bartek, mój mąż. Był rzeczywiście zaskoczony nowymi lokatorami, ale wspólnie uznaliśmy, że poszukamy im ewentualnie lepszego domu. Może ktoś ma dom z ogrodem.

Mieszkaliśmy z Bartkiem razem już cztery lata, dwa lata w tym mieszkaniu. Kochaliśmy się i żyliśmy zgodnie. Tylko brak dziecka był dla nas bolesny.

Ty taka pedantka, sama mówiłaś, że zwierzaków nigdy nie chcesz dziwił się Bartek.

Myślałam, że dziecko się pojawi A tu o zwierzęta chodziło. I to na uśpienie! Nie mogłam inaczej rozpłakałam się.

Ja też lubię zwierzęta. Co zrobić zadbamy o nie. Jutro podpytam w pracy, może ktoś je przygarnie objął mnie Bartek.

Z tym dniem nasze życie się zmieniło. Zwierzaki szybko się odnalazły okazało się, że ich poprzednie mieszkanie było tuż nad naszym, więc układ ten sam, podwórko znajome.

Dzielni jesteście, moi mili mówiłam do nich jakbyście zawsze ze mną mieszkali

Wyprowadzałam Zyzia na spacer trzy razy dziennie, Leon sam wędrował przez okno na podwórko i zawsze wracał.

Pani Regina się cieszyła i pomagała przynosiła kosteczki dla Zyzia, kaszę Leona.

Wieczorami śmialiśmy się z Bartkiem do łez, obserwując jak kot bawi się nowymi zabawkami, a pies błogo śpi na nowym legowisku.

Kot i pies spali razem w jednym miejscu. Byli zżyci, nie można ich było rozdzielić.

Po paru miesiącach uznaliśmy z Bartkiem, że nie oddamy ich nikomu już byliśmy do nich zbyt przywiązani.

Mama przychodziła do mnie w weekendy. Też pokochała naszych futrzastych, chociaż początkowo kręciła nosem.

Wzięłabym Leona, ale na trzecim piętrze mieszkam, a on lubi wyjść mówiła.

Mamo, nie dam ci go! Ale jak będziemy jechali na wakacje, to zaopiekujesz się nimi i podlejesz kwiaty, dobrze?

Nadszedł czas urlopu, pojechaliśmy nad morze. Prawie codziennie dzwoniłam do mamy i wypytywałam o zwierzaki.

Wszystko dobrze, spisują się świetnie. Śpią razem, Leon chodzi na spacery, Zyzio zadowolony. Wypoczywajcie mówiła mama.

Kiedy wróciliśmy, powitały nas szalone skoki Zyzia i mruczenie Leona u nóg Bartka.

No pięknie, nasze czworonogi nas kochają! uśmiechał się Bartek. Pogłaskałam Zyzia i zaraz zaczęłam ich karmić.

Zaczęłam wcześniej wstawać żeby wyprowadzić Zyzia i nakarmić ich po powrocie do domu.

Po kilku miesiącach powiedziałam Bartkowi drżącym głosem, że będziemy mieli dziecko. Tak bardzo na to czekaliśmy, tak bardzo się ucieszyliśmy.

Mama była bardzo wzruszona.

Widzisz, Milenko, nie na darmo dostałaś od losu Leona i Zyzia. To była taka próba twojej dobroci i serca. Teraz los się odwdzięczył będziecie rodzicami.

Może masz rację, mamo. Ja raczej w znaki i takie historie nie wierzę Ale muszę przyznać, że dzięki nim świetnie przygotowałam się do macierzyństwa: opieka, sprzątanie, troska, czułość Przecież to jak z dziećmi!

Chcesz, to na początku zabiorę ich do siebie, żebyś miała lżej, jak pojawi się maluch? zaproponowała mama.

Nie, mamo. Poradzimy sobie. Ty lepiej zajrzysz do nas czasem, żeby pójść na spacer z wózkiem albo pobawić się z maluchem.

Przytuliłyśmy się mocno.

Ciąża przebiegła dobrze. Synuś urodził się zdrowy i wyczekiwany. Bartek był najszczęśliwszym człowiekiem, tak jak ja i cała rodzina.

Zyzio, starszy i spokojny, nie szczekał, nie przeszkadzał. Leon nie sprawiał żadnych problemów latem godzinami wygrzewał się pod blokiem czy wspinał na starą lipę. Wszyscy żyliśmy zgodnie rodzina była już kompletna.

Starsze sąsiadki z inspiracji pani Reginy rozpowiadały już na całą ulicę, jak to Milena została mamą dzięki swojemu dobremu sercu.

Podobno jest to dowód na to, że los odpowiada na nasze szczere, czułe uczynki…

A ty jak uważasz, czy sąsiadka ma rację?

Rate article
Fajna Tajna
Jak Ania została mamą dzięki swojemu wielkiemu sercu…