Przez 35 lat pracowałem jako przewodniczący Wojewódzkiej Komisji ds. Orzekania o Niepełnosprawności i bezwzględnie odbierałem stopnie tym, którzy według mnie mogli jeszcze pracować. Byłem dumny z tego, że dbam o skarb państwa. Ale kiedy mojego męża dopadł udar, a moi własni koledzy z komisji, z uśmiechem odmówili mu refundowanych pampersów, mówiąc: Przecież jeszcze rusza ręką!, zrozumiałem, że całe życie byłem posłusznym psem systemu, który gardzi słabością i starością.
W Polsce nie dostaje się orzeczenia o niepełnosprawności trzeba je wyszarpać pazurami, udowadniając, że prawie już cię nie ma. Ja byłem tą ścianą, o którą te pazury się łamały.
Nazywam się Antoni Zieliński. Mam sześćdziesiąt osiem lat. Do zeszłego roku byłem przewodniczącym komisji w jednym z większych miast wojewódzkich. Przez mój gabinet przewinęły się tysiące ludzi: bez nóg, niewidomi, chorzy na nowotwory, cukrzycy.
Mówili na mnie żelazny facet. Znałem wszystkie kruczki, wszelkie próby symulacji. Rozpoznawałem od razu, kto przyszedł po grupę dla zniżki na prąd czy dodatek do emerytury.
Moje zadanie postawione przez przełożonych było proste, choć nikt nie mówił o tym wprost: oszczędzać na funduszu. Mniej niepełnosprawnych większe premie dla komisji.
Odbierałem wyższe stopnie ludziom bez palców u rąk, patrząc im prosto w oczy mówiłem:
Ma pan drugą rękę. Może pan być portierem, odbierać telefony. Państwo nie jest obowiązane do utrzymywania pana. Zmieniamy na niższą grupę, pracującą. Następny!
Odmówiłem matkom dzieci z Mózgowym Porażeniem Dziecięcym droższych, zagranicznych wózków przydzielałem tańsze, polskiej produkcji modele, choć dzieci wyły z bólu:
Mamy normy. Polskie nie znaczy gorsze. Trzeba być twardym.
Spałem spokojnie. Czułem się strażnikiem budżetu, państwowym człowiekiem. Miałem niezłą pensję, uznanie przełożonych, samochód służbowy i porządny dom.
Dopóki nieszczęście nie zapukało do moich drzwi.
Udar.
Mój mąż, Jerzy, miał 69 lat. Był silnym, pogodnym człowiekiem, całe życie przepracował jako inżynier w zakładach przemysłowych. Marzyliśmy o emeryturze w domku na wsi i zabawie z wnukami.
Wszystko skończyło się jednego lipcowego poranka na działce. Ciężki udar niedokrwienny.
Gdy wbiegłem na OIOM, lekarz uciekł wzrokiem.
Panie Antoni, pan wie… Prawa strona całkiem sparaliżowana. Utracony odruch połykania, mowa zanikła. Przeżyje, ale… głębokie kalectwo.
Po miesiącu zabrałem Jerzego do domu. Mój silny, dumny mąż zamienił się w bezradne dziecko w ciele dorosłego mężczyzny. Leżał w łóżku, patrząc w sufit jednym żywym okiem. Z kącika ust ciągle ciekła mu ślina.
Rozpoczęło się piekło, które zna każdy, kto opiekuje się osobą leżącą. Przewracanie co dwie godziny, by nie było odleżyn. Zmiana pampersów. Karmienie papkami przez strzykawkę. W dwa miesiące schudłem dziesięć kilogramów, nadwyrężyłem kręgosłup i zapomniałem, jak to jest spać dłużej niż trzy godziny.
Brakowało nam pieniędzy. Emerytura Jerzego szła na opiekunkę, gdy musiałem iść do pracy, i na leki. Potrzebowaliśmy pierwszej grupy. Potrzebna była także indywidualna program rehabilitacji, by uzyskać refundację na pampersy, materac przeciwodleżynowy i szpitalne łóżko.
Zebrałem papiery i poszedłem na komisję do tej samej, w której kiedyś przewodniczyłem. Do sąsiedniego gabinetu.
Tym razem po drugiej stronie stołu.
Komisji przewodziła moja była zastępczyni, Irena. To ja jej uczyłem surowości.
Zawiozłem Jerzego na rozklekotanym wózku, pożyczonym z wypożyczalni.
Irena spojrzała na nas ponad okularami. W jej oczach zero współczucia. Ten sam chłodny, rachujący wzrok, który znałem sam tak patrzyłem przez lata.
Podeszła do Jerzego, poprosiła, żeby podniósł lewą, zdrową rękę. Z trudem, drżąc, uniósł ją.
No, Panie Antoni powiedziała Irena, z energią. Proszę spojrzeć, jest poprawa. Lewa strona reaguje, odruchy zachowane.
Irena, on załatwia się pod siebie! powiedziałem cicho. Nie mówi! Jaka poprawa? Potrzebujemy pierwszej grupy i materaca, już się robią odleżyny!
Westchnęła, uśmiechnęła się pobłażliwie. Tak samo jak kiedyś ja.
Pan zna wytyczne. Pierwsza grupa tylko przy całkowitej utracie samodzielności. A Jerzy potrafi jeszcze podnieść łyżkę lewą ręką. Jest więc częściowo samodzielny. Przyznajemy drugą grupę.
A pampersy? zadrżał mi głos. Potrzebuję pięciu na dobę! Z naszej emerytury tego nie udźwigniemy!
Według przepisów NFZ przysługują trzy pampersy na dobę dla drugiej grupy. Materac na razie się nie należy. Trzeba było częściej przekładać chorego. Budżet nie jest z gumy, Antoni. To pan mnie uczył. Następny!
Jak bumerang.
Wywiozłem męża na korytarz.
Tam siedziało kilkadziesiąt osób. Starzy z laskami. Kobiety po chemii, bez włosów. Matki z dziećmi na wózkach. Siedzieli w dusznym, ciemnym poczekalni godzinami, czekając, by udowodnić urzędniczkom, że naprawdę boli. Że chcą żyć.
Patrzyłem i nagle przypomniałem sobie każdego.
Przypomniałem sobie weterana z Afganistanu, któremu nie dałem skierowania na porządną niemiecką protezę, bo jest już starszy, na polskiej da radę po mieszkaniu. Płakał w moim gabinecie.
Pamiętam kobietę z czwartym stadium raka piersi, której dałem drugą grupę, mówiąc: Może pani szyć w domu, rak już się leczy. Umarła dwa miesiące później.
Zrozumiałem, że przez te wszystkie lata nie oszczędzałem państwowych pieniędzy. Odbierałem starszym ludziom resztki godności. Byłem trybikiem w sadystycznej machinie, która sprawia, że chorzy czują się winni.
A teraz ta maszyna przeżuwała mnie.
Przykucnąłem przy wózku Jerzego. Mój mąż silny, dumny Jerzy, który kiedyś podnosił mnie bez wysiłku siedział otępiały, ze śliną na brodzie. Nic nie mógł powiedzieć. Ale patrzył na mnie jednym, żywym okiem. I z tego oka spłynęła pojedyncza, gorzka łza. Wiedział. Wszystko rozumiał. Wiedział, że został skreślony. Że czterdzieści lat pracy i podatków nie są warte nawet dodatkowego pampersa.
Wybacz mi, Jureczku zaszlochałem, wtulając się, na środku tego smutnego korytarza, twarzą w jego kolana. Wybaczcie mi wszyscy. Boże, wybacz mi.
Następnego dnia złożyłem rezygnację. Zrzekłem się świadczeń urzędniczych, odszedłem w atmosferze skandalu.
Sprzedałem nasz samochód, by kupić Jurkowi porządne łóżko i niemiecki materac. Pampersy kupuję sam.
Ale zrobiłem coś jeszcze.
Teraz pracuję za darmo. Zostałem społecznym prawnikiem dla osób niepełnosprawnych.
Codziennie chodzę z chorymi seniorami na te przeklęte komisje. Znam wszystkie kruczki, instrukcje, każdy rozporządzenie NFZ, jakie ukrywają przed chorymi.
Gdy kolejna żelazna dama odmawia staruszce po udarze pampersów, rzucam na stół przepisy, grożę prokuraturą. Załatwiam wózki, leki, turnusy rehabilitacyjne. Walczę z systemem jego własną bronią.
Jurek nigdy już nie stanie na nogi. Lekarze mówią, że zostało mu niewiele. Ale gdy wywalczę komuś pierwszą grupę dla cudzego sparaliżowanego dziadka, wracam do domu, siadam przy łóżku, biorę w rękę ciepłą, bezwładną dłoń męża i mówię:
Uratowaliśmy dziś kolejnego, Jurku.
I wydaje mi się, że się uśmiecha.
Żyjemy w okrutnym świecie, gdzie starość i słabość uważa się za grzech. Ale prędzej czy później przyjdzie i po nas. Żadne stanowiska, żadne układy nie ochronią cię przed udarem czy rakiem.
I jeśli dziś odmawiasz współczucia słabemu nie dziw się, gdy system kiedyś przeskoczy obojętnie nad tobą.
A czy wy zetknęliście się z bezdusznością i biurokracją przy orzekaniu o niepełnosprawności? Myślicie, że ludzie z okruchem władzy szybko tracą człowieczeństwo czy czyni ich tak system?


