Dobro przekazane w testamencie

Dobro z testamentu

Ojej, Eluniu! Jak dobrze, że jesteś! Już sama nie wiem, co począć!

Elżbieta postawiła na ławce ciężką torbę z zakupami, odetchnęła i spojrzała na panią Weronikę Kowalską.

Co się stało, pani Weroniko?

Spokój, Ela, spokój. Pamiętamy uprzejmość, uprzejmość i jeszcze raz uprzejmość. Starsi państwo to inny świat! Nawet, jeśli są delikatnie rzecz ujmując wymagający.

A pani Weronika Kowalska była postrachem całego osiedla na warszawskim Grochowie. Skandalistkę i marudę jak ona, to jeszcze trzeba było ze świecą szukać.

Dlaczego dama?

Bo awantury wszczynała z pełną kulturą i taktem, ale potrafiła doprowadzić każdego do szewskiej pasji swoją nienaganną polszczyzną.

Proszę pani, to nie jest w porządku.

Ja nie jestem panią, tylko sąsiadką!

Ach, jakie nieszczęście! Kiedyś uważano kobiecą łagodność za zaletę, a dzisiaj… Słów szkoda! Zgubione pokolenie. Ale proszę po sobie sprzątnąć po piesku.

A jeśli nie?

To, moja droga, o pani będą wiedzieć w całym Grochowie!

Kto lekceważył te groźby robił to tylko raz. Weronika bowiem nie rzucała słów na wiatr. Następnego dnia, ku swojemu przerażeniu, delikwent widział swoje chlubne zdjęcie na każdej latarni, na tablicy ogłoszeń, na drzewie, na przystanku. Duża kartka z napisem: Tego wstydzimy się najbardziej!, zdjęcie, krótki opis wykroczenia. Drukarka, do której obsługi wdrożył Weronikę sąsiad, miała przeróbkę jak w urzędowym Xero. Papier kupowany hurtowo, emerytura przyzwoita, wsparcie dzieci też było. Niewielkie mandaty administracyjne nie robiły na p. Weronice wrażenia. Na rozprawy sądowe chodziła regularnie, z szarmanckimi ukłonami i wiecznym: Przepraszam, że zabieram sądowi czas. Sędziowie już się do niej przyzwyczaili dla jednych zmora, dla innych błogosławieństwo.

Bywało, że granic osiedlowej wdzięczności sięgała. Jak wtedy, gdy z powodu jej uporczywych interwencji naprawiono w końcu kanalizację burzową. Trwało to dziesięć lat, kosztowało ją zdrowie i nieprzespane noce, ale w końcu… zwycięstwo! I wtedy nawet ci, co dotąd psioczyli, zaczęli się z nią witać grzecznie i z lekkim niepokojem: czy przypadkiem nie wypatrzyli się już na jej kartkach gdzieś po drodze.

Dostawało się zatem psiarzom niesprzątającym po pupilach i wyprowadzającym je bez smyczy, matkom z butelką piwa na ławce i dzieckiem na pastwę losu, alimenciarzom na wiecznym gigancie, cichym i głośnym amatorom podłej wódeczki oraz wszystkim, co myśleli, iż można żyć, nie przejmując się elementarnymi zasadami współistnienia.

Oczywiście nie wszyscy byli zachwyceni jej działalnością. Któregoś razu nawet ktoś ją napadł, wracającą wieczorem od chorej siostry. Szybko się to jednak skończyło, bo ktoś przegonił łobuzów, choć jedna złamana noga zrosła się krzywo i od tamtej pory dawała znać przy każdej zmianie pogody.

Ale pani Weronika i w tym widziała plusy:
Przynajmniej wiem, czy parasolkę brać. Czyż to nie cud?

Sprawców szybko ustalono i dostali surowe wyroki wszyscy sędziowie znali już panią Weronikę z rozpraw i anegdot sądowych. Zyskała też dobre znajomości trzech dzielnicowych i jeden śledczy odbierali od niej telefony szybciej niż od własnych matek.

Jasiu, kochany! Ty jesteś mi niezbędny! dzwoniła do dzielnicowego.

I Jasiu wąsaty, rubaszny sąsiad z bloku zawsze szybko reagował. Nie sposób było jej odmówić. Ta drobna kobieta podbiła serca nie tylko jego dzieci i żony, ale nawet matki, której Jan unikał jak ognia. Weronika wyjaśniła jej spokojnie i skutecznie, że codzienne nawiedzenia u dorosłego syna nie są najlepszym pomysłem.

Pani chyba nie uważa, że synowi w tym wieku wciąż trzeba wycierać nos?

Matka nie wiedziała, co odpowiedzieć. Ale granica ilości wizyt matki gwałtownie się zmniejszyła, a wdzięczność całej rodziny wobec Weroniki przekroczyła wszelkie limity.

Elżbieta, która była od lat pracownicą socjalną i znała układy Weroniki, nie mogła wyjść ze zdumienia, kiedy zobaczyła tę postrach swojego rejonu nagle w łzach na ławce.

Czemu pani płacze?

Eluniu… Twoja podopieczna… Halinka Marciniak…

Co się stało? Ela spojrzała odruchowo na znajome okna.

Teraz jest tam Jasiu. Halinki już nie ma…

Elżbieta przysiadła, omal nie lądując obok ławki.

Co za dzień!

Od świtu na Grochowie pękła rura i dzieci spóźniły się do szkoły. Z mężem pokłóciła się o pierdołę o żarówkę, na którą czekała tydzień. Chociaż przecież Sławek to rzadki okaz męża nie pije, nie pali, dzieci kocha, porządny człowiek i jeszcze dobrze zarabia. Tak przynajmniej mówią jej koleżanki. Ale przecież to z nim mieszka Ela. No i czasem musi sobie ulżyć… Choć naprawdę, sprawa lampki jest śmieszna mogła to sama zrobić, nie pierwszyzna.

Nerwy puszczają czy co? A może to już metryka? A może po prostu głupota? Byle powód, a stara baba strzela fochy… A tutaj proszę. Wczoraj Halinka prosiła o karmę dla kotów, a dziś…

Ela popłakała się na dobre, a wtedy pani Weronika wyciągnęła zgrabny haftowany chusteczkę:

No już, kochana. Proszę, chusteczka.

Taki chusteczkę dała jej właśnie Halinka na ostatnie święta.

To dla pani, Elżbietko, skromny prezent i całe morze wdzięczności!

Ależ to piękne! Z haftem?

Tak, z pani inicjałami.

Szkoda do nosa! Toż to dzieło sztuki!

Proszę cię, to tylko chusteczka. Niestety nie stać mnie na więcej. Sama wiesz, jaka mam emeryturę.

Moja babcia mówiła, że najlepszy prezent to taki, gdy się o kimś pamięta…

Mądra osoba z twojej babci. Jest jeszcze?

Nie. Rodziny już dawno nie mam. Tyle, co mąż i dzieci.

Wielka szkoda! Ale nie zrozum mnie źle, Elżbietko! Zazdroszczę ci męża i dzieci. Ja nie miałam ani dzieci, ani męża. Zostali mi tylko krewni. Całe życie radzili, jak mam żyć… i jestem sama. Raz wybrałam coś wbrew rodzinie, raz nie chciałam słuchać… No i jestem sama, choć mam tłum bliskich. Najgorzej jest chyba ze zwierzakami moi krewni ledwie znoszą, że mam koty. Po mojej śmierci pierwsze, co chcą zrobić, to załatwić kota. Komu to potrzebne mówią…

Nie zgadzam się!

Eluniu, ty nie znasz moich kuzynostwa…

I nie chcę znać! Wiesz co?

No co?

Zapisz mi koty w testamencie!

Jak to?!

A tak! Przecież kot to własność. Zrób testament, że koty mają być moje. Będziemy mieli nasze dobro na testament! Bo kot bez człowieka to nie życie…

Jesteś aniołem, Elżbietko! Ależ mi to do głowy nie przyszło! To przecież kłopot…

E tam kłopot! Bo jak to mówią bez kota, dom nie chałupa! Elżbieta podrapała mruczącego Bazylego i odpierała łapki Feliksa próbującego zagarnąć jej rękę.

Bazyli był z Halinką już od dziesięciu lat, a Feliks trafił dzięki dobrodusznej Weronice, która przytargała go z pod Biedronki.

Halinka, ty się znasz na kocim świecie, a ja mam alergię! Ale tej bidy nie mogłam zostawić. No popatrz tylko!

Dobra, wezmę go, Weroniko, ale błagam ostatni raz. Bazyli to też twój prezent. A trzeciego kota już nie dam rady… Mój portfel nie wytrzyma.

Rozumiem, Halinka, dzięki ci bardzo…

Potem jednak okazało się, że Feliks wcale nie był Feliksem. Na kilka dni przed smutnym wydarzeniem Halinka obudziła się od hałasu w kuchni, otworzyła oczy i…

Felicja! Co to za nieszczęście… a może i szczęście? Piękne masz te kotki, Felicjo! Piękne! Brawo! Bazyl a ty? Nie będziesz dobrym tatą, zabiorę ci coś, co najcenniejsze! Rozumiesz?

Bazyl okazał się idealnym ojcem, o czym przekonała się i Elżbieta, goszcząc u Halinki i podziwiając kocią rodzinę.

No to ładnie! Wszyscy tacy mądrzy, a kota od kotki nie odróżnimy! śmiała się Ela. A co z kociętami?!

Pomożesz mi je rozdać! Mam duży ogródek. Jakby co, poprosimy Weronikę jej nikt nie odmówi!

Przypomniawszy sobie o kociętach, Ela zerwała się z ławki.

Siedzę tu, a one głodne!

Spadek odebrała jeszcze tego samego dnia. Jasiu pomógł wnieść koszyczek z kociętami pod jej blok.

Jedną zostawcie mi! prosił Jasiu. Dzieci marzą o kotku, a mama moja nie znosiła zwierząt. Teraz to się zmieni…

Jasne! Którego chcesz?

Tego rudego!

Okej, jak podrośnie, przyjdź po niego!

Dziękuję!

A co z pogrzebem? Rodzina już się zgłosiła?

Jasne! Nie mamy czasu, sami sobie radźcie.

Ela prawie upuściła koszyk.

No nie! Już ja się wszystkim zajmę.

Przecież byliście obce sobie osoby…

A właśnie, że nie! Z Halinką znamy się pięć lat. Wiem, czasem wystarczą dwa dni, a wiesz, kto ci brat. A czasem i życie to za mało. Ja nie dopuszczę, by Halinka została pożegnana bez szacunku!

Jasiu się uśmiechnął i poklepał Elżbietę po ramieniu:

Teraz to pani bardzo przypomina pewną znajomą… Ale niech się pani nie denerwuje pomogę!

Dziękuję… Coś ja rozdrażniona…

Po powrocie do domu Ela zatrzymała się chwilę w ogródku. Kamienica w centrum Warszawy, rodzinna, wybudowana jeszcze przez jej dziadka. Latem chłód, zimą ciepło, a atmosfera jak w prawdziwym domu: ściany to nie wszystko, liczą się ludzie.

Bo kto nie szanuje bliskich, dzieci, czy staruszków… Tego Ela nie mogła pojąć.

Weszła do domu. Pachniało obiadem, dzieci hałasowały. Sławek wyszedł z kuchni:

Lenuś, co ci się stało? Wymieniłem tę lampę, o której mówiłaś! I kran naprawiłem, tulipany nie utoną. No nie płacz, kochanie!

Już, już… Ela pociągnęła nosem, nie kryjąc łez.

Co to? Takie ciężkie? wyjął od niej koszyk.

Kociaki…

Co?!

Po uchyleniu ręcznika dzieci wydarły się tak, że Sławek musiał je uciszać.

Spokój, bo wystraszycie kociaki!

Koty szybko poczuły się jak u siebie. Bazyli nawet kilka razy zaprezentował na progu mysz w podzięce za nowy dom. Chyba nie mógł zapomnieć Halinki, bo Weronika widywała go pod dawnym oknem na klonie, skąd długo patrzył w stronę pustego już mieszkania. Sąsiedzi nie narzekali wiedzieli, że kot zwyczajnie tęskni.

Czasem Bazyli siedział tam minutę, czasem godzinę. Wracał późno, a Ela zrzędziła otwierając drzwi:

Nocny marku! Ja jutro do pracy!

Bazyli dziękował jej mruczeniem, obchodził dom na nocny patrol, sprawdzał dzieci i Sławka, po czym kładł się do kosza z Felicją i zasypiał.

Halinkę pożegnano z pełną godnością. Elżbieta była w szoku, ilu ludzi przyszło.

Kim oni są? spytała Weronikę pomagającą przy stole.

Uczniowie. Halinka była nauczycielką fizyki, potem korepetytorką, porządnie zarabiała, póki nie padło jej wzrok. Ale pamiętają. Była dobrym człowiekiem…

Wiem…

Dziewięć dni… czterdzieści…

Ela wychodziła w nocy do kotów i rozmyślała jak krótki jest ludzki żywot. Już wiedziała, czemu jej nerwy puszczają i czemu ostatnio z rana mdli ot, sekret na razie nawet przed Sławkiem.

Głaskała Felicję, bawiąc się kociętami, i szeptała:

Niedługo sama zostanę mamą… Trochę się boję, moje kociaki już odrosły, dużo się zapomniało… Jak myślisz, dam radę?

Felicja mruczała tak głośno, że aż Bazyli przybiegał sprawdzić, co się dzieje.

No właśnie! Mam dom pełen pomocników! Jak mogłabym nie dać rady?

Aż któregoś dnia zniknął Bazyli. Druga doba, a kota nie ma! Ela szukała pod domem Halinki, Weronika i Jasiu nic nie widzieli.

Lenuś, połóż się już. Jak zgłodnieje, wróci! pocieszał Sławek.

Nie mogę! Zapowiadali deszcz, przemoknie! Gdzie się włóczy ten świntuch?!

Kot, Lenka, nie świntuch. Koty zawsze wracają!

Zamknę go potem na klucz! I nie wypuszczę z domu!

Zasiedziała się do późna i nawet nie usłyszała, jak Bazyli wrócił.

Ale Bazyli nie po prostu wrócił. Krążył wokół domu, wył i miotał się, aż chyba cały blok powinien go usłyszeć ale dom Elżbiety był duży, mur gruby, okna zamknięte, bo lekki kwiecień przyniósł mróz.

Tylko Felicja nagle zerwała się z drzemki, powąchała, zawróciła do pokoju i… rąbnęła Elżbietę pazurem po nodze.

Ała!

Ela niezadowolona odruchowo kopnęła kota, po czym się ocuciła.

Felicja, co ty?! Co się dzieje?!

Dopiero wtedy usłyszała straszliwe wycie Bazylego i poczuła dziwny zapach dymu.

Sławek! Dzieci! Pożar!

Na szczęście Felicja już pogryzła dzieci lekko po ręku, więc obudziły się bez pytań. Ela złapała młodszego, starszego podała Sławkowi, zgarnęła koszyk z kociakami.

Straż pożarna przyjechała szybko, o pożarze powiadomili sąsiedzi. Ogień, na szczęście, tylko w przybudówce, ale dom ocalał. Koty też. Bazyli wyniósł Felicję, całe kocie towarzystwo siedziało teraz przy nogach właścicieli.

Gotowe! Można wracać! Zapach jeszcze będzie, ale najważniejsze, że dom stoi! Dobrze, żeście się obudzili w porę!

Dziękujemy! skinęła Ela, przytulając kota.

Dzieci podziękowały strażakom, Sławek objął żonę.

No i jak tam?

Dobrze…

Jestem pewien? położył jej rękę na brzuchu, a Ela westchnęła.

Już wiesz?

A jakżeby nie! Lenuś, ja cię nie znam? Mamy dwójkę… nie, już prawie trójkę dzieci! Daj spokój z tym stracham.

Sławku, naprawdę się boję…

Głupstwo! Masz mnie, dzieci, połowę zoo damy radę! Nawet się nie zastanawiaj! I dom stoi!

To prawda…

Ela oddała kotkę Sławkowi, kocięta dzieciom, a sama na chwilę została na ganku, patrząc w rozgwieżdżone niebo.

Dziękuję, Halinko, za to twoje dobro! Naprawdę dziękuję…

Rate article
Fajna Tajna
Dobro przekazane w testamencie