31 stycznia 2019
Nie mogę dziś zasnąć, tyle myśli w głowie. Miałem Wam nie pisać o tym dniu, ale czuję, że muszę żeby nie zapomnieć. Cały czas przeżywam to, co wydarzyło się tego mroźnego poranka.
Wyszedłem z pracy o świcie, zmęczony po całej nocce w zakładzie na obrzeżach Olsztyna. Przeklinałem siebie cicho znów zostawiłem w domu termos z herbatą. Mróz szczypał niemiłosiernie, termometr pokazywał minus trzydzieści pięć stopni. Do mojego rodzinnego domu w Sosenkach miałem jeszcze dobre trzy kilometry przez las, a śnieg po kolana, droga śliska, cisza aż w uszach dzwoniła.
Znów szedłem tą samą ścieżką koło starej piaskowni, gdzie kiedyś tata jeszcze tłukł się z innymi o dodatkowe parę złotych. Dziś nikt tam nie zagląda. Nagle, wśród szumu wiatru i skrzypienia śniegu, usłyszałem cichutki pisk. Najpierw myślałem, że to już halucynacje z przemęczenia ale nie, ten dźwięk znowu się powtórzył, delikatny i żałosny, jakby z głębi ziemi.
Przystanąłem, słucham W głowie znów echa może coś mi się myli? Ale po kilku krokach znowu pisk tym razem wyraźniejszy. Zboczyłem z drogi, kierując się na śnieżny kępę przy rozwalonym baraku. Zbliżyłem się i widzę w wykopanej biednej dziurze, przykrytej od wiatru szmatami, leżała skrajnie wychudzona suka. Mała, szara, cały czas drżała i tuliła do siebie dwa maleńkie szczenięta.
Patrzę jej w oczy i widzę w nich tyle bólu, błagania Nawet nie uniosła łba, nie szczekała, nie warczała. Przeciwnie patrzyła na mnie, jakby ostatnią nadzieją było, że właśnie ja obcy facet w brudnym kombinezonie po prostu jej pomoże. Pochyliłem się, aż serce mi stanęło.
Boże kochany Co ty tu robisz sama, w taki mróz? Kto ci to zrobił?
Nie potrafię tego pojąć. Jeszcze niedawno musiała być czyjaś, zadbana, syta teraz kości przebijały spod sierści, oczy miała zapadnięte, a ona nie odejście od tych swoich dzieci nawet na centymetr. Sięgnąłem ręką powąchała, zaniosła się cichym skomleniem, lecz nie uciekła. Zaufała mi. Taka wiara w ludzi boli podwójnie.
Patrzyłem na ślady wokół wyglądało na to, że leżała tu od kilku dni, może i dłużej. Kopała coraz głębiej, własnym ciałem grzała szczeniaki, modląc się po swojemu o jakiś cud na tej smaganej wiatrem pipidówie.
Zdjąłem swoją wysłużoną kurtkę i zawinąłem w nią najpierw jednego szczeniaka, później drugiego. Małe popiskiwały, ale już sam dźwięk tej kruchości dawał nadzieję może jeszcze będzie z nimi dobrze.
A ty jak, matko? spytałem cicho, głaszcząc jej przemarznięty łeb.
Suka, którą w duchu zaczynałem już nazywać Lidką, powoli, z wysiłkiem podniosła się i zrobiła dwa niepewne kroki w moim kierunku tyle, ile jej zostało sił.
Chodź, idziemy do domu powiedziałem tak zwyczajnie, a przecież miałem łzy w oczach. Zaraz będzie ciepło.
Te trzy kilometry ciągnęły się jak wieczność: pieski grzały się pod moją kurtką, Lidka szła tuż przy nodze, co chwila przystając, słaniając się na łapach. Co sto metrów robiłem postoje aż brakowało mi słów, żeby ją ośmielić, żeby szła dalej.
Dasz radę, dziewczyno. Jeszcze kawałek.
Już pod samym domem runęła w śnieg. Po prostu położyła się i nie wstała. Zrozumiałem wtedy, że resztki sił oddała, byle tylko zabrać szczeniaki w bezpieczne miejsce.
Nie śmiej mi teraz odpoczywać! podniosłem ją i wniósłem do domu.
W środku położyłem Lidkę na starym kocu. Gdy podniosła na mnie oczy, aż zachwiałem się z wrażenia.
Lidka szepnąłem tak właśnie będziesz się nazywać. A szczeniakom damy imiona, ale jutro.
Trzy dni z rzędu nie poszedłem do pracy powiedziałem, że się rozchorowałem. To przecież nie było dalekie od prawdy. Serce bolało mnie od tego widoku, a w głowie kłębiły się myśli, czy dobrze zrobiłem.
Lidka nie jadła nawet nie chciała spojrzeć na misę. Piła trochę ciepłego mleka, leżała przy małych. Rozumiałem: nie można na siłę; po głodówce żołądek buntuje się nawet przeciw niewielkiemu jedzeniu. Karmiłem ją łyżeczka po łyżeczce, co godzinę jakby była dzieckiem.
Jeszcze troszkę, dla nich
Przekonałem ją, gdy zobaczyła, że nie chcę krzywdy, że zależy mi na tych wszystkich żywych istotach. Jej zaufanie było dla mnie największym darem.
Po czterech dniach stał się cud sama podeszła do miski i zjadła trochę. W tym samym czasie szczeniaki zaczęły domagać się więcej mleka.
Super! aż zaklaskałem, jak głupi. Całkiem inna rozmowa!
Nazwałem szczenięta: większy to był Franek, a mniejszy Staś. Franek ciągle brykał, Staś był spokojniejszy. W oczach rosły jak na drożdżach.
Sąsiedzi patrzyli na mnie jak na wariata:
Ty, Andrzej, zdurniałeś do reszty? Trzy kundle pod opieką? W dodatku takie wielkie się szykują!
Uśmiechałem się tylko. Po śmierci Basi dom stał się pusty i martwy teraz znów był w nim gwar, psie rozrabianie, a czasem nawet śmiech. Nikomu nie musiałem się tłumaczyć dla mnie te psy były ratunkiem.
Lidka szybko uczyła się domowych zwyczajów, rozumiała mnie niemal bez słów. Rankiem budziła mnie na autobus, wieczorem czekała za furtką, zawsze pamiętając dzień, w którym ją znalazłem.
Każdego ranka podchodziła, kładła łapę na mojej ręce i długo patrzyła w oczy jakby dziękowała. Mówiłem jej wtedy:
Daj spokój, to ja ci zawdzięczam więcej.
Franek i Staś broili jak prawdziwe dzieciaki balowali po ogrodzie, chrupali wszystko, co się dało, ciągali mi gumiaki i wciąż coś kombinowali. Lidka pilnowała ich, czasem surowo, ale z wielką czułością.
W lecie odwiedził mnie brat z Warszawy. Oglądając to psie gospodarstwo, przewracał oczami.
Może byś choć jednego szczeniaka komuś oddał? Trzech trzymać to przecież kosztuje
Milczałem, aż w końcu odpowiedziałem:
Oddzieliłbyś matkę od dzieci?
Nie miał już nic do powiedzenia.
Jesienią wydarzyło się coś, co położyło kres wszelkim rozważaniom. Podczas pracy w sadzie usłyszałem ujadanie Lidki. Wyjrzałem przez okno przy bramie stał nieznany facet w markowej kurtce, obok niego chłopak na oko dziesięć lat.
Czego tu szukacie? rzuciłem z dystansem.
My syn mówi, że to nasza suczka. Zimą zaginęła
Spojrzałem na Lidkę przysunęła się do mnie tak, jakby zaraz miała zniknąć. Trzęsła się. Pomyślałem to oni ją tu zostawili, to nie był przypadek.
Bela! wołał chłopiec. Bela, chodź kochanie!
Lidka wbiła się łbem w mój bok. Wszystko było dla mnie jasne jak słońce nie przyszli jej szukać. Przyszli zabrać, jak zabawkę, którą się znudziło.
To nie wasza sunia. U mnie to Lidka, a nie żadna Bela.
Możemy przynieść papiery! burknął ojciec, czerwony na twarzy.
Papiery do czego? Do psa, którego wyrzuciliście na mróz, w ciąży, żeby zdechła w śniegu z dziećmi?
Facet nie wiedział, gdzie podziać oczy, chłopaczek się rozpłakał. Odprawiłem ich stanowczo, nie pozwalając na powrót.
Gdy zamknąłem furtkę, Lidka długo lizała mi ręce, potem przyszła do niej Franek ze Stasiem już wyrośnięte, piękne psy. Usiadły wokół i patrzyły na mnie tak, że aż ściskało w gardle.
No to co? Jesteśmy rodziną, prawda?
Wtedy dotarło do mnie, co się właściwie wydarzyło. Ratując je, sam zostałem uratowany od samotności, od pustki, od życia bez sensu.
Od tego czasu każdy mój ranek zaczyna się od szczęśliwego szczekania, a wieczory od cichego posapywania pod stołem. W domu znów jest miłość psia, ale prawdziwa.
Czasem spoglądam na śpiącą Lidkę i jej dorosłych synków i myślę: jakie to szczęście, że wtedy w tę piekielną zawieruchę nie przeszedłem obojętnie. Czasem wystarczy odrobina uwagi i serca, a można uratować czyjeś życie. Oderwać się na chwilę od swojego cierpienia i pomóc komuś innemu.
Bo najważniejsza pomoc zawsze jest dwustronna: ratując innych, ratujesz samego siebie.


