Patrząc w pustkę Dima i Ania pobrali się jako dziewiętnastolatkowie – ich miłość była tak burzliwa…

21 stycznia

Czasami patrzę przez okno mojego bloku w Krakowie i zastanawiam się, jak to wszystko się potoczyło… To wszystko powinno było wyglądać inaczej. Czy gdybyśmy byli mądrzejsi, szczęśliwsi, gdybyśmy inaczej podjęli decyzje wszystko dziś wyglądałoby lepiej?

Pamiętam dzień, gdy ja i Zbyszek braliśmy ślub. Mieliśmy po dziewiętnaście lat młodość kipiała w nas, a serca waliły jak oszalałe. Nasi rodzice natychmiast uznali, że trzeba to zalegalizować, zanim stanie się coś nieodpowiedniego. Wesele było ogromne suknia, kwiaty, krzyk Gorzko!, suto zastawiony stół i nawet ta przysłowiowa lalka na samochodzie. Jednak rodzice Zbyszka wszystko finansowali, bo moi nawet na wódkę i kiełbasę nie mieli za bardzo pieniędzy. Mama Zbyszka, Aleksandra Wojciechowska prosiła tylko, by mówić do niej Ola, bo inaczej każdy się potykał przy tym imieniu i nazwisku.

Ola Wojciechowska nigdy nie pochwalała tego, że Zbyszek związał się ze mną. “Moja droga” mawiała do niego “z chabazia nie wyrośnie winogronko”. Insynuowała, że skoro moi rodzice piją, ja kiedyś też zacznę. Zbyszek zarzekał się, że nie, że on zna mnie lepiej, że nasza miłość pokona wszystko, nawet fatum, nawet los.

Żyliśmy w przekonaniu, że świat należy do nas. Jeszcze na dokładkę dostaliśmy mieszkanie w bloku od Oli i jej męża Żyjcie i cieszcie się, dzieciaki!. Z początku było jak w bajce. Urodziłam dwie córki Kasię i Zosię. Zbyszek był dumny, ja szczęśliwa. Ale ledwie minęło pięć lat, coś się we mnie zmieniło. Zaczęłam znikać, wracałam po nocach, coraz częściej pachnąc winem. Zbyszek próbował ze mną rozmawiać. W końcu powiedziałam mu wprost: nigdy go nie kochałam, to była tylko fascynacja. Teraz poznałam prawdziwą miłość i odchodzę. Nawet nie obchodziło mnie, że ten mój nowy wybranek miał już żonę i trójkę dzieci Zbyszek był tak przybity, tak zagubiony, jakbym wyrwała mu kawałek duszy.

Zostawiłam dzieci. Nie potrafiłam być matką. Ola przygarnęła dziewczynki, oddała im całe serce i babciną opiekuńczość. Zbyszek znów szukał oparcia aż w końcu przyłączył się do sekty, do której zaprosił go kolega z pracy w zakładach metalowych. Tam szybko namówili go do ślubu z wdową po kolejarzu, Grażyną z dwoma synami Tadeuszem i Witkiem. Dla swoich córek nie miał już ani czasu, ani sił. Kiedy tylko próbował wspominać Kasię i Zosię, Grażyna ucinała rozmowę: “To ich matka jest, niech ona się nimi zajmie. Leć, zanieś Tadziowi kanapki, nakarm Witka!”.

Wciąż myślałam o Zbyszku, ale on już długo nie był dostępny.

Minęło siedem lat. Pewnego zimowego wieczoru stanęłam w progu mieszkania Oli. Trzymałam za rękę Marysię, moją najmłodszą córeczkę, czteroletnią. Ola otworzyła drzwi, popatrzyła na mnie z góry na dół. “Nie poznałabym cię, Aneto. Życie cię zmięło. To twoja córka?”. “Tak, to Marysia. Czy możemy się tu zatrzymać?”. “Nie spodziewałam się takich gości. Mąż cię wyrzucił?”. “Nie, sama odeszłam. Pije, bije Już nie mam siły. Spróbowałam u rodziców, ale nie chcą mnie widzieć.”.

Powiedziałam jej, że tęsknię za starszymi córkami, chcę je zobaczyć. Ola patrzyła na mnie twardo: “No proszę! Przypomniałaś sobie o dzieciach, kukułko!”.

Chwilę potem do mieszkania wróciły Kasia i Zosia. Dziewczynki są już nastolatkami. Patrzyły na mnie przez pryzmat żalu i goryczy ich matka to w końcu kobieta, która je zostawiła. Ola przyjęła mnie jednak pod swój dach, nie mając sumienia wyrzucić mnie z dzieckiem na bruk.

Miesiąc później nie wytrzymałam znowu uciekłam. Do mojego byłego poharatanego przez los i cierpienia, ale innego już nie znałam. Marysię zostawiłam Oldze.

Tych trzech dziewczynek Kasię, Zosię i Marysię Ola i jej mąż pokochali jak własne. Ich dom na krakowskiej Nowej Hucie dawał im miłość, ciepło, choć im samym z roku na rok było coraz trudniej. Gdy Ola umarła, a zaraz za nią jej mąż dziewczyny zostały same. Kasia szybko wyszła za mąż, ale dzieci mieć nie mogła. Zosia została samotną panną, nie zamieniwszy rodzinnego mieszkania na żaden nowy świat. Marysia, nie skończywszy nawet osiemnastki, urodziła dziecko i uciekła do swojej matki do jakiejś zabitej dechami wioski pod Tarnowem.

A ja? Młodość przeminęła bez słowa, starość przyszła nieproszona. Żyję dziś sama. Mój ostatni partner został zabrany przez córki do miasta, bo zachorował i już nie mógł sam żyć. Osądzili mnie, mówiąc, że przez moje zaniedbanie ich ojciec tak skończył. “Nie wsadzaj nosa w nie swoje sprawy!” usłyszałam na pożegnanie.

Sąsiedzi mówią o mnie otwarcie pijaczka, wstyd na całą wieś. Plotki krążą jak dym po dachu.

A Zbyszek? Opuścił Grażynę i w końcu uciekł z tej sekty jak ścigany. Został sam w mieszkaniu po matce, sypia z trzema kotami i nie potrafi już uwierzyć w nic dobrego. Między kisielem a żurem przemyka przez kolejne, szare dni.

Czasem, gdy patrzę w pustkę, wraca do mnie ta myśl: przecież kiedyś przyszło do nas szczęście i waliło w drzwi. Nie umiemy przyjąć darów losu, my, Polacy, wiecznie stojący z boku, patrzący z nostalgią w przeszłość. Ale cóż, czy komuś naprawdę udaje się wymknąć własnemu przeznaczeniu…?

Rate article
Fajna Tajna
Patrząc w pustkę Dima i Ania pobrali się jako dziewiętnastolatkowie – ich miłość była tak burzliwa…