Tata i jego działka To, że tata sprzedał ich ukochaną działkę, Olga dowiedziała się nagle i zupełn…

Sprzedaż działki ojca

O tym, że naszą z ojcem działkę sprzedano, dowiedziałem się zupełnie niespodziewanie i przypadkiem. Zadzwoniłem z poczty, żeby pogadać z mamą, która mieszkała wtedy w innym mieście. Takie rzeczy zdarzają się chyba tylko w filmach albo w jakichś niewytłumaczalnych sytuacjach z techniką telefoniczną operator przypadkowo połączył mnie z rozmową dwóch innych osób. Dwóch ludzi, dwa miasta, kilka minut, a ja siedzę cicho i słyszę, że działka już sprzedana, opłacalnie, więc można… można mnóstwo rzeczy, nawet mi, Michałowi, trochę pomóc pieniędzmi!

Mama i jej siostra, ciocia Irena znajome, czułe głosy, sto kilometrów, fale dźwiękowe zmienione w sygnały, płynące po kablach. Nigdy nie mogłem ogarnąć fizyki, tata kazał mi się uczyć.
***
Tata, czemu we wrześniu słońce świeci inaczej?
Jak, Michałku?
No nie umiem określić. Światło łagodniejsze, nie jak w sierpniu.
Ucz się fizyki, synu, ustawienie słońca jest całkiem inne! Łap jabłko! ojciec się roześmiał i rzucił mi olbrzymie, lekko spłaszczone jabłko. Czerwone, błyszczące, pachnące miodem.

Kosztela?
Nie, to jeszcze nie pora na kosztelę. Malinówka!

Gryzłem chrupiące, soczyste jabłko i czułem, jak wypełnia usta pianką słodkiego soku, zebranym z ziemi i deszczu. Odmiany jabłek znałem słabo, jak i fizykę. I to był mój największy problem! Bo ósmo-klasista Michał Zawadzki od dwóch lat podkochiwał się w nauczycielce fizyki. Wszystko się wokół tego kręciło, zasady fizyczne, atomy i przestrzeń nie mieściły się w rozpisanej szkolnej kratce. Tata rozumiał wszystko po moich zamyślonych oczach. Zwierzyłem się mu już rok temu, przepłakałem noc na jego kolanach. Mama była w sanatorium. Starsza o dwanaście lat siostra studiowała w innym mieście.

Na działce tata odzyskiwał szczęście, przez cały dzień podśpiewywał melodie, czego w domu nigdy nie robił tam królowali mama i siostra. Mama była piękna, prowadziła wojskową bibliotekę, wysoka, z burzą rudych włosów farbowanych henną. Co parę miesięcy wychodziła z łazienki z turbanem na głowie, pachniała ziołami i deszczem. Jej uroda była widoczna dla wszystkich. Ojciec niższy, starszy o dekadę, nie wyróżniający się. Tak powiedziała kiedyś mama do ciotki, usłyszałem i się obraziłem.
Zdzisław jest niepozorny. Ale mężczyzna nie musi być piękny.

Niepozorny na tle gorących miedzianych włosów mamy, jej gestów i temperamentu. Mama lubiła wygodę i porządek, a musiała godzić się z tym, że u nas przebywali żołnierze, których tata nazywał swoimi chłopakami. Nieraz nocowali na podłodze w naszej dwójce. Gdy tata służył w wojsku, często ktoś przyjeżdżał niektórzy na chwilę, inni załatwić pracę. Jego żołnierze. W 1960 roku padł ofiarą wielkiej redukcji wojska za Gomułki. Zwolniono go jako majora. Po wojsku pracował jako główny mechanik w pocztowym oddziale w Łodzi.

Właśnie ci chłopcy pomagali mu potem budować działkę. Pracowali za darmo, zmieniali się, kopali z ojcem ugór. Drewniany domek z jedną izbą i werandą, na której latem czytałem książki. Tata przenosił mi tam miseczkę z agrestem, wiśniami albo truskawkami. Najlepsze chwile. Mama nie lubiła działki, przyjeżdżała rzadko, oszczędzała ręce piękne, zadbane, z dużymi paznokciami. Podziwiałem jej dłonie, tata całował.
Takimi rękami tylko książki wydawać, nie kopać ogródka! śmiał się i puszczał mi oko
***
Pierwsze krople wrześniowego deszczu pobrzękiwały na werandzie. Pogodny, wesoły stukot, bez jesiennej melancholii. Schowałem książkę.
Michał, schodź, mama zaraz wróci z Ireną, trzeba zrobić obiad tata brzmiał na działce dźwięcznie.
Zawiesiłem się, wpatrzyłem w napęczniałe niebo, szare, ale nie groźne. Policzki przesiąknięte deszczem, mocno się objąłem, żeby rozgrzać. Tylko na dachu bliżej nieba, dalej od ziemi przebiły się promienie słońca przez chmury. Zapomniałem o fizyce i jej prawach. W akademiku na dziennikarstwie, zupełnie nowe zasady życia.

Zamieszkałem w akademiku od razu. Ale przez pierwszy tydzień września wynajmowałem pokój u gospodyni drugi też zajmowali studenci. Na wykładach zanurzałem się głęboko w literaturę, język. Wykładowcy zachwycali charyzmą, zakochiwali się w nich całe grupy. A później męcząca tęsknota za domem, przyjaciół jeszcze brak.

Jadłem w stołówce, włóczyłem się po ulicach do zmroku. Piękno dużego miasta drażniło obcością. Było tak samotnie, jakbym to nie ja szedł po stromym wzgórzu Metalowców obok głównego uniwersytetu ciemną ulicą. Nie ja wracał do nowego domu i słyszał szczekające psy, nie ja obtarłem nogę w nowych, ciasnych lakierkach.

W kuchni pachniało jabłkami od taty przywiózł je gospodyni w podziękowaniu. Ten słodkawo-cierpki zapach aż ściskał gardło, dusza szamotała się w piersi.

W akademiku okazało się, że mam niemieckie współlokatorki Viola, Magda i Marion. Od niemieckiego bolała mnie po wieczorach głowa, wychodziłem na dwór się przewietrzyć. Zwykle siadało się na schodkach, Niemki leciały za mną, prosiły o papierosa i od razu oddawały za niego złotówkę, ku zdziwieniu polskich koleżanek. Z kolei nie mogły się nadziwić polskim zaprawom, szczególnie pomidorom w zalewie, zajadały z ziemniakami. Gdy zapasy mi się kończyły, zaraz pojawiały się ich kiełbasy, które smakowały jak ze snu, ale nie częstowały nigdy. Kiedy w maju kończyła się ich praktyka, wyjeżdżały do Niemiec, zostawiając przy śmietniku stosy zimowych butów. Polki rozchwytywały je po cichu
***
Michałku, poszatkuj kapustę, ja wykopię marchewkę. Rosół już się gotuje.

Mała kuchnia zaparowana od bulionu. Kapuściany główka rozkłada się ażurowymi, jasnozielonymi liśćmi na deseczce. Oderwałem jeden dobre! Smak ziemi zawsze najlepszy. Zacząłem rżnąć kapustę, rześko, wesoło, rozchodził się słodki zapach. Otworzyłem okno, wpuszczając aromat jesiennych liści, ogniska i mokrych jabłek. Tata, zgięty z łopatą, ciężko wbijał ją w ziemię, wiedziałem, że bolą go plecy. Rzuciłem nóż, wybiegłem na ogród, objąłem go z tyłu. Odwrócił się, bez słowa objął mnie i pocałował w czubek głowy.

A siostra Irena tego dnia przyjechała sama, mama dostała migreny i została w domu.
***
Za mną uniwersytet, studenckie małżeństwo, praca w gazecie Nowator przy zakładzie lotniczym, pierwszy zawał taty, narodziny córki i nawet rozwód. W pięć lat zbyt wiele się zdarzyło. Żona zostawiła mnie dla innego, zostałem z dwuletnią Marysią w wynajmowanym mieszkaniu. Ojciec starał się przyjeżdżać co dwa tygodnie na weekendy, przywoził jedzenie, bawił się z wnuczką.

Michał, nie obrażaj się na mamę, że nie przyjeżdża tak często jak ja, dobrze? Źle znosi jazdę… Słuchaj, chyba ma adoratora…
Tata, co ty?! W waszym wieku adorator?

Ojciec roześmiał się gorzko, ucichł. Nagle zobaczyłem, że całkiem posiwiał i zgarbił się. Przestał nawet podśpiewywać.
Tata, może wezmę urlop od poniedziałku? Pojedziemy na działkę, póki ciepło, ja, ty i Marysia?
***
Działka zasłana liśćmi, ostatni ciepły tydzień października, babie lato. Rozpaliliśmy piec, napar z liści czarnej porzeczki. Na szybko smażyłem placki ziemniaczane. Ojciec grabił liście, Marysia mu pomagała, potem je rozrzucała z śmiechem. Olej skwierczał, pękał. Z sadu dobiegło ojca gwizdanie.

Pod wieczór rozpaliliśmy ognisko. Pusto na ulicy, na sąsiednich działkach też. Tata nabijał grube kromki chleba na gałązki, pilnował Marysi, żeby nie parzyła się. Wyciągnąłem zimne ręce do ognia, jak zawsze mnie hipnotyzował.

Przypomniał mi się pierwszy wyjazd na praktyki do Kazachstanu, piosenki przy gitarze, zawrót głowy od samego uczucia zakochania się w noc bez końca, w ciszę stepu, w akordy, w twarze. Twarze przy ognisku zupełnie inne, niż za dnia. Każda miała swój sekret, swoją głębię. Tam poznałem żonę. A w tym tygodniu w pracy zasugerowali, żebym wstąpił do partii miałem czytać statut, materiały kongresów. A potem padały pytania o rozwód, kto winien, kto moralnie słaby. Bełkotałem, niemal płacząc. Koledzy mnie bronili, jeden wykrzyknął jąkając się:
To zgraja chamów, nie komuniści!

Po latach będzie się to wydawać niesamowite

Kiedy się już ściemniło, zagasiliśmy ognisko. Pod bramkę podjechał samochód, trzasnęły drzwi. Mama! Piękna, w jaskrawym płaszczu, powiedziała, że podwiózł ją kolega z pracy. Marysia rzuciła się do babci, tata spochmurniał, niezręcznie pocałował mamę.
Jaki kolega?
Zdzisiek, jacy kolwiek podwiózł mnie, nie znasz go
Przy kolacji nie było rozmowy, Marysia marudziła. Mama pytała o pracę, ale myślami była gdzie indziej. Tata milczał, patrzył na mamę, marszczył się, ramiona mu opadały coraz niżej. Wieczór zepsuty
***
Za rok już nie było ojca. Zawał serca, dwa dni w początkach października. Zaraz po pogrzebie wziąłem urlop, żeby pomieszkać na działce. Marysia została u teściowej.

Wszystko leciało z rąk. Plon jabłek był rekordowy, rozdawałem sąsiadom, robiłem konfitury z miętą i cynamonem jak tata lubił. Przyjechał pomóc ojcowski przyjaciel z pracy, z którym jeździliśmy do szkółki w Skierniewicach po sadzonki.

Zostanę parę dni, Michałku. Przekopię ogród, przytnę drzewa, jeśli nie masz nic przeciwko.
Panie Henryku, dziękuję panu!

To jego Michałku ścisnęło mi gardło, uderzyło uczucie straty, bezsilności i pustki. Do tamtej pory czułem, jakby tata mógł wrócić, jakby to był koszmarny sen. Pierwsze dni po jego odejściu, na granicy snu i jawy, nie mogłem pojąć, dlaczego tak boli. Ułamek sekundy, budziłem się, myśli zalewały falami taty nie ma.

Potem gnębiło mnie, że nie zdołałem zatrzymać go przy sobie.
Działki nie sprzedawajcie, będę przyjeżdżał, pomagał. Wiesz, Michał, tę antonówkę razem wybieraliśmy, jak byłeś jeszcze dzieciakiem. Do Skierniewic tata bardziej mówił o tobie niż o siostrze. Byłeś malutki, zabawny. Zawsze powtarzał, że jabłonie jego przeżyją. Sadzonki długo oglądał, ja go poganiałem, złościłem się

Henryk został trzy dni, przekopał ogród, przyciął jabłonie, nawiózł ziemię, przed domem na moją prośbę posadził trzy krzaki żółtych chryzantem.
Kwiaty trzeba sadzić trochę szybciej, ale jesień ciepła, przyjmą się, na pamiątkę po Zdzichu Róże jeszcze okryć, liście zgrabić, następnym razem.
Objęliśmy się na pożegnanie. Zaczęła mżyć. Stałem długo przy bramce, patrząc, jak odchodzi Henryk. Poczuł, obejrzał się, machnął ręką: Idź do domu. Deszcz mocniej zaczął bębnić, z trzaskiem zatrzasnęła się furtka. Próg domu zasypały żółte płatki chryzantem. Wszystko tu jest ojca i zostanie jego deszcz, drzewa, jesienne zapachy, sama ziemia. A więc, on gdzieś tu jest i będzie. Ja, Michał, jeszcze się wszystkiego nauczę. Będę przyjeżdżał z Marysią do pierwszych przymrozków, dwie godziny autobusem. Potem, na wiosnę, gdy roztopi się śnieg, może uda się zrobić ogrzewanie. Trzeba zacząć oszczędzać złotówki. Wiosną pojadę znów do Skierniewic z Henrykiem, wybiorę białą porzeczkę tata zawsze chciał
***
Pół roku później, na początku kwietnia, gdy wciąż leżał pierwszy śnieg, działkę sprzedano. Dowiedziałem się przypadkiem przez telefon z poczty, wracając ze Skierniewic. W ciasnej budce telefonicznej, na podłodze w reklamówce wilgotna, obwinięta starą dziecięcą koszulką stała świeżo kupiona sadzonka białej porzeczki.

Rate article
Fajna Tajna
Tata i jego działka To, że tata sprzedał ich ukochaną działkę, Olga dowiedziała się nagle i zupełn…