List od siebie

List od siebie samej

Koperta była pomarańczowa. Jaskrawa, wręcz absurdalnie jaskrawa jak mandarynka w styczniowym śniegu. Leżała w skrzynce na listy pomiędzy rachunkami za prąd i gaz, a ulotkami z pizzerii, i Renata wyciągnęła ją na samym końcu.

Na przodzie jej pismo. Jej adres. Jej imię i nazwisko: Renacie Marii Kasprzyk.

Odwróciła kopertę. Adres zwrotny też jej. I imię nadawcy ponownie jej własne.

Renata stała na parterze w bloku, z torbą zakupów z Biedronki w lewej ręce, nie mogąc dojść, kto mógł zrobić taki żart. Sprawdziła charakter pisma. Litera t z wydłużonym daszkiem, r z zawijasem u dołu tak pisała tylko ona. Od podstawówki. Jeszcze od czasów, kiedy nauczycielka polskiego, pani Jadwiga Nowak, postawiła jej czwórkę za charakter pisma i powiedziała: Kasprzyk, piszesz jak dorosła kobieta. To jest komplement, jeśli coś.

I Renata nie zmieniła pisma. Minęło ćwierć wieku wciąż to samo t i to samo r.

Wjechała windą na dziewiąte piętro, weszła do mieszkania, odstawiła siatkę na kuchenny stół. Kopertę położyła obok.

Mieszkanie było ciasne, ale zdążyła przywyknąć. Kawalerka na Ursynowie, okna na zachód. W przedpokoju wieszak na jedyny płaszcz, półka na buty, lustro, w które rano patrzyła myśląc: Może być. Da radę. Do pracy wystarczy. Nigdy: ładna, wypoczęta da radę. I tyle jej wystarczało.

Każdego wieczora salon zalewało pomarańczowe światło gęste, zachodzące, jak ciepły miód. To był jedyny plus mieszkania. No i fakt, że do metra dziesięć minut. Teraz, o szóstej po południu, światło pełzło po ścianie, sięgało półki z książkami, kubka z zimną rano herbatą, zdjęcia mamy w drewnianej ramce.

Renata usiadła. Przetarła ramiona. Znów podniesione, jakby gotowa na cios. Ta pozycja weszła jej w nawyk przez lata zebrań i nerwowych telefonów od szefa. Jej ciało uczyło się złych wiadomości szybciej niż sama Renata.

Spojrzała na kopertę.

Pomarańczowa. Gruby papier. Bez śladu zagnieceń jakby ktoś niósł ją wyjątkowo uważnie. Dotknęła rogu, przeciągnęła palcem po własnym imieniu i nazwisku.

To nie był żart. Znała swoje pismo lepiej niż własną twarz.

Delikatnie oderwała pasek u góry i zajrzała do środka. Zwykła kartka A4, złożona na cztery części, i jeszcze coś płaskiego, błyszczącego.

Wyciągnęła kartkę. Rozłożyła.

Cześć. To Ty ta z marca dwa tysiące dwudziestego piątego roku. Masz teraz trzydzieści siedem lat, siedzisz w kuchni o drugiej w nocy i jest Ci bardzo źle. Nie śpisz czwartą noc z rzędu. Myślisz, że sobie nie poradzisz. Z pracą. Z sobą. Z tym miastem, które Cię przygniata.

Piszę, bo ktoś musi. Jutro zadzwoni przyjaciółka, pojutrze mama, ale teraz o drugiej nad ranem jesteś sama.

To chcę Ci powiedzieć.

Prosiłaś, żebym przypomniała: poradziłaś sobie wtedy, poradzisz i teraz.

Kochaj siebie. Zasługujesz na to.

Jeśli to czytasz, minął rok. Wytrzymałaś. Nie pisałam na próżno.

Renata odłożyła kartkę na stół.

Zatkało ją w gardle. Nie płakała to było coś innego, jakiś rodzaj rozpoznania. To była ona każde słowo, intonacja, błąd z przecinkiem po teraz, zwyczaj zaczynania akapitu od to.

Ale nie pamiętała.

Nie pamiętała, by to pisała; nie pamiętała wyboru tej pomarańczowej koperty, papieru. Minął cały rok i ani razu jej to nie mignęło pod czaszką.

A potem zobaczyła zdjęcie.

Wysunęło się z koperty, gdy wyciągała kartkę, i upadło na stół błyszczącą stroną w dół. Renata odwróciła fotografię.

Na zdjęciu kobieta. Szara twarz, pod oczami cienie na dwa palce, spierzchnięte usta, zacisnięte w cienką linię. Włosy spięte w kok byle jaki, z jednym kosmykiem wypadającym na policzek. Sweter popielaty, rozciągnięty w łokciach ten, który Renata wyrzuciła poprzedniego lata.

Rozpoznała ten sweter. I tę twarz.

To była ona sama. Marcowa. Zeszłoroczna.

A na dole zdjęcia, ręcznie, drobnym pismem: Jesteś silniejsza. Spójrz na mnie i zobacz, skąd przyszłaś.

Renata położyła zdjęcie obok listu. Zachodzące światło dotarło do stołu, padło na błyszczącą powierzchnię. Twarz na zdjęciu wydawała się cieplejsza ale nie weselsza.

Wtedy przypomniała sobie.

***

Marzec dwa tysiące dwudziestego piątego. Druga w nocy. Kuchnia ta sama, ten sam stół, tylko na stole laptop, od którego bolały oczy.

Renata siedziała w podkoszulku i spodniach od piżamy, boso, ze zmarzniętymi stopami, przewijając strony. Nie media społecznościowe, nie wiadomości. Szukała czegoś nienazwanego. Może znaku. Może powodu, by rano wstać.

Wtedy przez trzy dni nie wychodziła z łóżka. To nie było lenistwo. To było coś ciężkiego, lepkiego, bezimiennego. Jakby ktoś położył na klatce betonową płytę.

Rozwód był trzy lata wcześniej. Tomasz odszedł w dwudziestym trzecim do koleżanki, do Marty z księgowości, do kobiety, która śmiała się więcej i dopytywała mniej. Renata nie płakała, spakowała jego rzeczy do dwóch walizek, postawiła przy drzwiach. Powiedziała: Zabierz. Zabrał.

A potem przez półtora roku pracowała ponad siły, bez wolnych, bez urlopu. Była specjalistką do spraw zakupów w firmie budowlanej PolBud czyli: telefony do dostawców od ósmej, tabele do dziesiątej, zebrania, na których szef, pan Kirsztajn, powtarzał: Rynek leży. Optymalizujemy. Kto nie daje rady jego sprawa.

Renata dawała radę. Trzymała się. Nie narzekała.

Za to jesienią dwudziestego czwartego rokciało powiedziało: dosyć. Najpierw padł sen. Potem apetyt. Potem chęć wychodzenia z mieszkania. W styczniu zasypiała tylko przy włączonym telewizorze, jadła raz dziennie, rozmawiała głównie z mamą przez telefon. Na siłę.

Mama czuła. Pani Zofia Kasprzyk dzwoniła co wieczór, pytała: Reniu, jadłaś coś? a Renata odpowiadała: Taaak, zupa. Zupę widziała ostatni raz w listopadzie.

Tamtej marcowej nocy wpisała w Google: list do siebie w przyszłość. Nie wiedziała po co. Zobaczyła reklamę, coś ją tknęło. Pierwszy link: Kapsuła czasu. Można napisać list, wybrać termin od miesiąca do dziesięciu lat i zamówić wysyłkę. Prawdziwy list, prawdziwa koperta, poczta.

Renata wybrała pomarańczową kopertę. Pomarańczową bo szarości miała dosyć. Napisała tekst odręcznie, sfotografowała, wgrała skan na stronę. Dołączyła selfie tu, przy kuchennym stole, przy świetle laptopa. Zapłaciła. Wybrała termin: dwanaście miesięcy.

Zamknęła laptop. Położyła się. I przez cały rok o tym nie pomyślała.

Bo po tamtym marcu wszystko powoli ruszyło. Nie bajecznie czy lekko skokami, jak stary domofon w bloku. Ale ruszyło.

W kwietniu zapisała się do psychologa. Pierwszy raz w życiu. Kobieta z krótkimi włosami, gabinet na Grochowie, pięćdziesiąt minut tygodniowo. Na trzecim spotkaniu rozpłakała się i nie mogła przestać przez dwadzieścia minut. Na szóstym pierwszy raz od pół roku roześmiała się.

W czerwcu dostała awans. Starszy Specjalista ds. zakupów. Kirsztajn po zebraniu podszedł i powiedział: Kasprzyk, pani jedna nie narzeka tylko robi. Doceniam. Renata pokiwała głową, wróciła do biurka, usiadła ramiona pod brodę, jak zawsze. Radość i lęk razem.

Jesienią było lżej. Znowu gotowała zupę. Wychodziła w niedziele do parku przy metrze, z książką i termosem. Dzwoniła pierwsza do mamy, a nie czekała na jej telefon.

I zupełnie zapomniała o liście. Jak o karcie ubezpieczenia wrzuconej na dno szuflady: wiesz, że jest, ale nie myślisz o niej.

Aż do dziś.

Renata siedziała przy stole. W jednej ręce list, w drugiej zdjęcie. Patrzyła na kobietę sprzed roku. Szara twarz. Cienie. Sweter, którego już nie ma.

I ten głos, dobrze znajomy, uparty mówił: No i co. Znowu ci źle. Nic się nie zmieniło.

***

Ten głos pojawił się dawno. Renata nie wiedziała dokładnie kiedy może po rozwodzie, może wcześniej. Nigdy nie krzyczał. Nie wyzywał. Mówił cicho, rozważnie, niemal troskliwie i przez to było jeszcze trudniej.

Awans przypadek. Kirsztajn nie miał lepszej opcji.

Myślisz, że dajesz radę? Popatrz na siebie: ramiona wysoko, śpisz cztery godziny, śniadanie masz z kawą i niepokojem.

Też cię zwolnią. W kwietniu. Albo w maju. Kwestia czasu.

Renata słuchała. Nie dlatego, że wierzyła tylko nie potrafiła nie słuchać. Ten głos był jej częścią, jak nawyk podnoszenia ramion, jak zawijas przy r. Tyle lat z nim żyła, że nawet nie zauważała, gdzie kończy się ona a zaczyna on.

Następnego poranka dziewiętnastego marca wstała o szóstej. Prysznic, kawa, tusz do rzęs. Wszystko jak zwykle.

W pracy atmosfera napięta. Biuro PolBud na Marszałkowskiej szósty piętro, open space, trzydzieści dwa biurka od trzech tygodni zalegała gęsta cisza. Nie robocza, tylko lękowa. W lutym ogłoszono zwolnienia. Pierwsza tura wylecieli logistycy. Teraz wszyscy czekali na drugą.

Renata minęła recepcję. Recepcjonistka Wiktoria uśmiechnęła się, ale to był wymuszony, krótki uśmiech. Wiktoria też czekała. Wszyscy czekali.

Renata siadła do swojego komputera. Hasło sześć cyfr, data urodzenia mamy wpisywane z zamkniętymi oczami. Sto czternaście nieprzeczytanych mejli. Dostawca z Radomia prosił o wydłużenie płatności. Magazyn zgłaszał brak prętów. Księgowa cisnęła o zestawienia do piątku. Typowy dzień. Gdyby nie atmosfera, można byłoby uwierzyć, że wszystko jest jak zawsze.

O jedenastej zebrał wszystkich Kirsztajn.

Wszedł do salki konferencyjnej niski, mocny, z ostrzyżoną głową i nawykiem klikania długopisem. Usiadł. Ogarnął spojrzeniem osiemnaście osób.

Krótko powiedział. Małgorzata Sawicka z działu projektowego odchodzi. Za porozumieniem stron. Oficjalnie jej decyzja. Ale wiecie, jak jest.

Gosia Sawicka. Dwadzieścia dziewięć lat, trzeci rok w firmie. Renata znała ją trochę tyle, by pamiętać jak Gosia przynosiła drożdżówki od babci, zostawiała w kuchni z karteczką: Poczęstujcie się! I jak kiedyś, w grudniu, w palarni Gosia przyznała, że boi się zwolnienia bardziej niż czegokolwiek. Mam kredyt, mówiła. I kota. Kota nie zwolnią.

I jeszcze jedno, kliknął Kirsztajn. W kwietniu kolejna tura. Wyłonimy po kwartale.

Renata siedziała wyprostowana, ramiona przy szyi, palce splątane pod blatem. I głos wewnętrzny rzekł spokojnie: Mówiłem. Do kwietnia.

Po zebraniu wyszła na korytarz. Oparła się o ścianę, przy dystrybutorze. Zamknęła oczy na trzy sekundy.

W głowie dwa głosy. Jeden, cichy: Poradziłaś sobie wtedy poradzisz teraz. Z listu. Z pomarańczowej koperty. Z tamtego marca.

I drugi, głośniejszy: Przypadek. Kartka za dwie dychy z internetu. Nie łudź się. Gosię przecież nie oszczędziło kota nikt nie pocieszy.

Otworzyła oczy. Nalała wodę. Wypiła.

Wróciła do stołu. Otworzyła tabelę z dostawcami. Pracowała dalej. To umiała najlepiej. Pytanie, czy to wystarczy.

Wieczorem, koło siódmej, jadła kaszę gryczaną z kotletem. Zadzwonił telefon. Mama.

Renatko, cześć, głos Zofii Kasprzyk miękki, lekko zachrypnięty od wiosennego kataru. Jak u Ciebie?

Dobrze, mamo. Praca mnie zasypuje.

Jadłaś coś?

Właśnie jem. Kasza.

Dobrze.

Pauza. Renata czuła, co mama usłyszała. Zofia miała sześćdziesiąt cztery lata, trzydzieści jako bibliotekarka dziecięca, nauczyła się słyszeć, czego dzieci nie mówią. I tę naukę stosowała co wieczór.

Renatko, masz taki głos… spięty.

Zmęczona, mamo.

Tak samo mówiłaś rok temu. Zmęczona, mamo. A potem się okazało, że trzy dni nie wychodziłaś z domu.

Renata zamknęła oczy.

Daj spokój, mamo. Teraz zmęczona po pracy. Nie tak jak wtedy.

Wiesz, że jestem obok powiedziała Zofia. Jakby co, mogę przyjechać w weekend. Ugotuję zupę. Prawdziwą, nie z torebki.

Renata uśmiechnęła się. Pierwszy raz tego dnia.

Dzięki, mamo. Jeszcze nie trzeba.

Porozmawiały jeszcze dziesięć minut o ciśnieniu Zofii, o sąsiadce pani Walerii, która przygarnęła kota i ten nocami zawodzi, o tym, że do wiosny blisko: u mamy na balkonie już fiołki, przysłała zdjęcie. Zobacz napisała w SMS-ie wiosna przyszła, a Ty siedzisz w tej swojej Warszawie i nosa nie wychylasz. Kąciki ust uniosły się same. Zwyczajna rozmowa. Po niej zawsze trochę lżej.

Mama nigdy nie naciskała. Nie pytała: A spotykasz się z kimś? Kiedy wnuki? Zofia była z zawodu bibliotekarką przez te lata wiedziała jedno: czasem milczenie znaczy więcej niż słowa. Po prostu była. Dwieście kilometrów i jeden telefon dalej.

Odłożyła słuchawkę. Sprzątnęła talerz. Zerknęła na list, leżący na brzegu stołu obok koperty i zdjęcia.

Jesteś silniejsza. Spójrz na mnie zobaczysz skąd przyszłaś.

Renata wzięła zdjęcie. Przyjrzała się twarzy. Tamta patrzyła wprost w obiektyw z miną człowieka, który chce o coś prosić, ale nie wie, kogo.

Przed dziewiątą zadzwoniła Lila.

Lila szkolna przyjaciółka, dwadzieścia dwa lata bliskości i zawsze ten sam, chrypliwy głos, jakby dopiero co się roześmiała, nawet jeśli nie było jej do śmiechu.

Renatka. Co tam?

Co ma być…

Wszystko ma być. Wiem, że macie cięcia. Maja z Twojego działu napisała na czacie absolwentów, że u Was Armagedon.

Renata westchnęła.

No, dziś kolejną dziewczynę zwolnili. W kwietniu następny etap.

A Ty?

Jeszcze nie. Jeszcze. Słowo klucz.

Ren, słuchaj. Rok temu dzwoniłaś do mnie. Tak, w nocy. Myślałaś, że nie dasz rady. Koniec. Pamiętasz?

Renata pamiętała. Zamglone, przez sen. Zadzwoniła do Lili o trzeciej, a ta odebrała na drugim sygnale.

Pamiętam.

No więc? Dałaś radę. Masz pracę, dostałaś awans, gotujesz kaszę i rozmawiasz ze mną. To nie jest koniec. To ciąg dalszy.

Renata milczała.

Reniu, słyszysz mnie?

Słyszę.

To przestań się pogrążać.

Jeszcze dziesięć minut o jej pracy (Lila sprzedawała kuchnie na zamówienie i nienawidziła klientów zmieniających fronty po trzech tygodniach), o swoim kocie Dropsie, który zniszczył nową kanapę, o tym, że w sobotę powinny się spotkać na wino.

Renata słuchała. Myślała: Lila mówi to samo co w liście. Niemal dokładnie tymi słowami. Jakby po roku wszystkie głosy Renaty, mamy, przyjaciółki uparły się powtarzać: jesteś tu, wytrzymałaś, wystarczy przestać się katować.

Odłożyła telefon. Dziesiąta.

W mieszkaniu cicho. Nie ciężko normalnie. Lodówka brzęczała. Za oknem przejechał autobus. Skądś z dołu dziecko się śmiało: cienko, jak gwizd.

Renata weszła do łazienki. Włączyła światło. Spojrzała w lustro.

Twarz. Jej twarz. Trzydzieści osiem lat, włosy do ramion, lekko falujące od wilgoci. Skóra zwyczajna. Lekki rumieniec po herbacie. Cienie pod oczami owszem, ale nie takie jak na zdjęciu. Pracujące, życiowe, z tych co ma się po wstaniu o szóstej.

Wróciła do kuchni. Wzięła zdjęcie. Postawiła przy lustrze w łazience.

Dwie twarze.

Jedna w lustrze. Żywa, ciepła, lekko zmęczona.

Druga na fotografii. Szara, z popękanymi ustami, oczami proszącymi o ratunek.

Rok różnicy.

I głos w środku, ten spokojny, pouczający próbował powiedzieć: To nic nie znaczy. Na zdjęciach źle wychodzisz. Światło było złe. Po prostu…

Ale Renata weszła mu w słowo. Po raz pierwszy od dawna na głos.

Nie.

Powiedziała to do lustra. Kobieta w nim popatrzyła na nią z miną, jakiej nie miała ta na fotografii: spokojną, opanowaną, nieco zdziwioną.

Nie, powtórzyła Renata. Już nie jestem tamtą. Jestem inną. Spójrz, podniosła zdjęcie obok twarzy. To ja wtedy. To ja teraz.

Głos zamilkł.

Renata stała w łazience, boso, w domowych spodniach i starej koszulce, z fotografią w ręku, i pierwszy raz od roku spojrzała na siebie bez oceny.

Nie czy wystarczająco dobrze?, nie czy daję radę?, nie a jeśli wszystko się zawali?.

Po prostu spojrzała.

I zobaczyła. Kobietę zwyczajną, żywą. Z oczami zmęczonymi, z lekko rozczochraną grzywką przy uchu. Z dłońmi, co przez ten rok podpisały trzysta dwadzieścia protokołów odbioru i nie zadrżały ani razu. Z ramionami, które przez rok stały wysoko ale nie opadły. Nie pękły.

***

Nie spała aż do drugiej. Ale nie z niepokoju. Z myśli.

Leżała w łóżku, w ciemności, i powtarzała sobie ten ostatni rok. Nie fakty uczucia. Jak po raz pierwszy po długiej przerwie zjadła śniadanie w całości. Jak wyszła do parku i siedziała w słońcu dwadzieścia minut, po prostu. Jak śmiała się na terapii z własnego zwyczaju przepraszać za zajmowanie czyjegoś czasu.

Drobiazgi. Ale z nich złożył się cały rok.

A głos w środku: Co z tego. Tak wszyscy. To żadna wygrana.

I wtedy Renata pomyślała: a co, jeśli ten głos kłamie? Nieumyślnie. Po prostu nie zna innego życia. Jak ten, co całe życie mieszkał w pokoju bez okna, powie, że słońca nie ma. Bo nie widział.

Wstała. Przeszła do kuchni. Włączyła lampkę na stole.

Pomarańczowa koperta znowu na blacie. Odwróciła ją czystą stroną do góry. Chwyciła długopis ten niebieski, żelowy, którym podpisywała dokumenty w pracy.

I zaczęła pisać.

Cześć. To znów Ty. Z marca dwa tysiące dwudziestego szóstego. Masz trzydzieści osiem lat. W pracy niepewnie. W życiu niejasno. Ale radzisz sobie.

Wiesz, rok temu napisałaś list. Pisałaś z ciemności. Takiej, gdzie nie widać ścian i wydaje się, że nie ma wyjścia.

Dziś go dostałam. I wiesz co? Nie poznałam się na zdjęciu. Od razu. Potrzebowałam trzech sekund by zrozumieć, że ta szara kobieta to ja.

Trzy sekundy cały rok.

Tym razem piszę nie z bólu, tylko z ciepła. Bo jeśli to czytasz minął kolejny rok. I znów dałaś radę.

Kochaj siebie. Zasługujesz.

Twoja Renata, marzec dwa tysiące dwudziestego szóstego.

PS. Jeśli znów masz spięte ramiona opuść. Teraz. Tak. Dobrze.

Skończyła. Złożyła kartkę na cztery. Włożyła do pomarańczowej koperty tej samej, wyjętej rano ze skrzynki. Odwróciła. Napisała swój adres.

Otworzyła komputer. Strona Kapsuła czasu. Zleciła wysyłkę na marzec dwa tysiące dwudziestego siódmego. Wgrała skan listu. Po chwili namysłu zrobiła selfie. Tu, za kuchennym stołem, w świetle lampki.

Tym razem twarz na ekranie była inna. Nie szara. Nie zgaszona. Zwyczajna. Trochę zmęczona, z cieniami pod oczami ale żywa. I usta nie w uśmiechu, lecz w spokoju.

Załadowała zdjęcie. Zapłaciła osiemnaście złotych przelewem. Zamknęła laptopa.

Podeszła do okna.

Nocna Warszawa mieniła się w dole, za szybą dziewiątego piętra. Latarnie, światła aut, żółte kwadraty cudzych okien. Cisza. Marzec, plus dwa, lekki wiatr.

Stała boso na zimnej podłodze i czuła, jak ramiona te same, co cały dzień przy uszach powoli opadają. Same. Bez wysiłku.

A głos w środku znów próbował coś powiedzieć.

Ale Renata już nie słuchała.

Patrzyła na miasto i myślała o kobiecie, która za rok otworzy tę kopertę. Starszej o dwanaście miesięcy. Może będzie miała inną pracę. Może tę samą. Może wyprowadzi się z Ursynowa, może nie. Spotka kogoś. Albo i nie. To nieistotne.

Ważne, że w środku będzie zdjęcie i napis: Spójrz na mnie. Zobaczysz, skąd przyszłaś.

A ta kobieta spojrzy i zobaczy.

Renata się uśmiechnęła. Zgasiła światło. Wróciła do łóżka.

Za oknem marcowa noc, chłodna, z zapachem mokrego asfaltu.

W mieszkaniu cisza.

Na stole pomarańczowa koperta z nowym listem w środku.

***

Rano obudziła się o siódmej. Bez budzika. Światło wpadało ze wschodu blade, srebrzyste, poranne. Inne niż pomarańczowy zachód, do którego przywykła. Inne. Nowe.

Wstała. Poszła do kuchni. Wstawiła czajnik.

Koperta leżała na stole. Obok zdjęcie. Tamto, zeszłoroczne. I list.

Nie czytała już go drugi raz. Ani nie wpatrywała się w zdjęcie. Położyła je obok siebie starannie, równo, jak rzeczy, które się chce zachować.

Sięgnęła do szafki nad zlewem. Wyjęła oprawkę na zdjęcie małą, dziesięć na piętnaście, kupioną kiedyś na urlop, tylko nigdy niewykorzystaną. Włożyła zeszłoroczną fotografię. Postawiła na półce z książkami.

Szara twarz. Cienie pod oczami. Krzywy kok. Sweter z wyciągniętymi łokciami.

Nie po to, by pamiętać ból. Po to, by pamiętać drogę.

Czajnik kliknął. Renata nalała herbatę. Złapała kubek obiema dłońmi palce oplotły ciepłą porcelanę. Podeszła do okna.

I zobaczyła się w odbiciu, na tle porannego nieba. Bez makijażu, w domowych ciuchach, z ciepłym kubkiem w dłoniach.

Ten głos w środku milczał.

Wypiła herbatę. Ubrała się. Wzięła torbę. Wyszła.

Zatrzymała się w progu. Sprawdziła ramiona.

Były w dół. Spokojnie. Nie uniesione, nie zaciśnięte. Po prostu ramiona. Jej ramiona.

Zamknęła drzwi i poszła do pracy.

Na stole w kuchni została pomarańczowa koperta. Z nowym listem. Nowym zdjęciem. Gotowa do wysłania.

Za rok przyjdzie. Renata otworzy. Popatrzy na siebie z dziś. I może znowu siebie nie pozna. Bo przez rok zmienia się wszystko.

Albo prawie wszystko.

Pismo pozostanie to samo. Z długim daszkiem na t i zawijasem przy r. Jak w szkole. Jak zawsze.

A w kopercie będzie zdanie to, najważniejsze: Poradziłaś sobie wtedy poradzisz i teraz.

Tylko tym razem napisane już nie z ciemności.

Z własnego światła.

Rate article
Fajna Tajna
List od siebie