Dziennik Piotrka
Poranek zaczął się tak jak wczoraj: otwarte okno, które rano zostawiła pielęgniarka. Powietrze pachniało świeżością, kotara delikatnie falowała na wietrze, a za szybą migotała soczysta zieleń. Do upalnego, polskiego lata było jeszcze daleko.
Kilka dni temu wycięto mi wyrostek. Słyszałem, że operacja była trudna i lekarze niemal nie zdążyli, ale ja nie bałem się wcale. Kiedy rano pielęgniarka zapytała z uśmiechem, czy boję się zastrzyków, tylko przewróciłem się na bok. Wstać przecież jeszcze nie pozwolili. Jakby mnie można było zaskoczyć czymś takim…
W szpitalu wylądowałem niespodziewanie. Złapało mnie na podwórku, wracając z chłopakami z targowiska. Myśleliśmy dorobić parę złotych na lewo, a tu nagle ten ból… Najbardziej szkoda mi było, że wciągnąłem w to Leszka i małego Staszka teraz na pewno w domu dziecka zrobi się zamieszanie. Jeszcze rano przybiegła pani Krystyna wicedyrektorka, niby zatroskana, pochylała się nad moim łóżkiem, ale szczegóły mi uciekły, bo wciąż byłem półprzytomny po narkozie.
Gdyby mnie tylko złapało na terenie domu dziecka Tam to już kilka kroków i byłbym na miejscu. A tu taka niespodzianka
Całą winą obarczałem morele. Ktoś dał nam na targu skrzynię niby spleśniałych owoców, a one okazały się słodkie jak miód. Tośmy się obje, teraz mamy za swoje.
Później przyszedł do mnie starszy lekarz z włochatymi rękami. Obejrzał szew i powiedział:
No, najgorsze już za tobą, młody człowieku. Możesz się nie bać.
Ja tylko z szacunkiem kiwnąłem głową. Po słodycze nikt do mnie przecież nie przyjdzie. W ośrodku mają do mnie żal za ucieczkę, za wplątanie innych. Poszliśmy na targowisko przez dziurę w płocie, a ja, oczywiście, musiałem się rozchorować w najgorszym momencie…
Odwagi to mi nigdy nie brakowało. Życie mnie wychowało. Mama, o ile można ją w ogóle tak nazwać, oddała mnie do domu dziecka niedługo po urodzeniu. Chyba po prostu nie było jej stać nawet na aborcję. Mam dziesięć lat, ale takie rzeczy to każdy z domu dziecka przemyśli na zimno.
Nie mam do niej żalu, nawet jej jestem wdzięczny, że mnie urodziła. Przez pierwsze lata byłem w domu niemowląt, potem trafiłem do placówki w Łodzi, a później do Piotrkowa. Tam nauczyłem się, jak walczyć o swoje. Walki o jedzenie były codziennością, mimo że czasy były spokojne lata dziewięćdziesiąte. Kucharki wynosiły jedzenie do domów, a dyrekcja przymykała na to oko.
Ale bitwy toczyliśmy nie tylko o jedzenie. O wszystko. Rosłem silny, kilku razy miałem złamaną rękę. Pewnego razu fryzjerka prawie się rozpłakała, goląc mnie na zapałkę tyle blizn na mojej głowie.
Płakać? Nigdy się nie rozkleiłem. A oni teraz próbują mnie przestraszyć szwem czy zastrzykiem
Śmieszne.
Dorośli są chłodni i rachują wszystko. Ja nie jestem wymarzonym maleństwem ani słodką dziewczynką, tylko dość szorstkim i upartym chłopakiem z charakterem.
Słuchaj mnie, Wrona! Jeśli coś wymyślisz, to lądujesz w izolatce! powtarzała czasem pani Krystyna.
Nie dyskutowałem, ale i podporządkować się nie zamierzałem całkiem. Mam swoje zasady.
Była w moim życiu jedna dorosła osoba, o której czasem myślałem. Nie wiem jak dzieci wspominają mamę, rozmawiając z nią w myślach, ale z tą kobietą przypadkiem pracującą jakiś czas w domu dziecka w Łodzi gadałem w głowie bardzo często.
Miałem wtedy może sześć lat. Pamiętam jej miękki uśmiech, błękitne oczy i ciepłe ręce o zapachu rumianku. Sadzała mnie na kolanach, przytulała i szeptała:
Musisz być dzielny, Piotrusiu. Jedz ładnie, słuchaj się, pilnuj się zdrowia. Ciężko tu będzie, ale dasz radę. Po prostu się postaraj, dobrze?
Potem śpiewała mi kołysankę:
Koteczku, koteczku, ogonek srebrniutki,
Lulajże, lulajże.
Ogonek srebrny, łapki bielutkie,
Lulajże, lulajże.
Łapki bielutkie, uszka czarniutkie,
Lulajże, lulajże…
I chociaż już uważam się za poważnego człowieka, ta prosta piosenka zawsze wraca do mnie w najtrudniejsze chwile. Zamykam wtedy oczy i przypominam sobie ciepło jej rąk od razu robi się łatwiej.
Ale potem zniknęła. Rozpłynęła się, zostawiając tylko te wspomnienia. Imienia nawet nie pamiętam, nazywam ją w myślach mamą. Pewnie była tylko tymczasową opiekunką, ale czasem lubię sobie wyobrażać, że była moją mamą.
Dziś znowu pielęgniarka zamknęła okno, by pościelić łóżko na przeciwko. Ucieszyłem się samemu w sali jest okropnie nudno.
Wkrótce wjechało łóżko na kółkach, wokół niego tłum dorosłych w białych kitlach. Zrobił się ruch. Ledwo widziałem, ale dostrzegłem, że na nowym łóżku leżał bardzo chudy chłopiec z wystającymi kośćmi policzkowymi. Podłączyli go do kroplówki. W końcu została przy nim tylko pielęgniarka i mężczyzna chyba ojciec.
Nie rozmawiali dużo, tylko czasem zamienili słowo.
Będzie spał powiedziała pielęgniarka.
Dobrze, dziękuję.
On siedział przy łóżku, nawet kurtki nie zdjął. Chyba zasnął na siedząco.
Leżąc, zmieniłem pozycję, bo bolały mnie plecy łóżko zaskrzypiało. Mężczyzna odwrócił się. Był wykończony, ale spojrzenie miał dobre.
Dzień dobry szepnął, jakby dopiero mnie zauważył.
Dzień dobry odpowiedziałem.
Po chwili przeniósł się na krzesło bliżej mnie.
Operacja?
Tak, wyrostek.
Jeszcze nie wstajesz?
Jeszcze nie.
Może coś byś chciał?
Nic z tych rzeczy. Do wieczora mam post. A on? wskazałem łóżko syna.
On To inna sprawa. Jeśli ci nie przeszkadza, posiedzę tu trochę. Pomogę, jak trzeba. Gdy ktoś przyjdzie do ciebie, wyjdę.
Nie przeszkadza mi pokręciłem głową.
On ma na imię Szymek, jedenaście lat. A ty?
Piotr, mam dziesięć.
Dziękuję ci, Piotr powiedział, a ja nie wiedziałem za co.
Następnego dnia sala była pełna ludzi Szymonowi stawiano kroplówki, przychodził lekarz, jego ojciec nocował tu, rzadko coś mówił. Szymon się nie ruszał, spał bez końca.
Później do sali przyszli dziadkowie i młoda kobieta mama Szymka. Wysoka, wyniosła, z zakręconymi włosami, cała zapłakana. Posadzili ją przy synku, głaskała go cały czas i coś szeptała.
Może przenieść tego drugiego chłopca? spytał ojciec lekarza, wskazując na mnie, z troską patrząc na żonę.
Tak, dzisiaj przeniesiemy odpowiedział lekarz. Zajrzał też do mnie.
No, jak tam? Boli?
Troszkę.
Faktycznie, noc była nieprzespana, bolało, nie wiedziałem, czy mogę już jeść.
Możesz dziś wstać, przejdziemy cię do innej sali. Zaraz pielęgniarka zdejmie cewnik.
Próbowałem wstać, ale nogi mnie nie trzymały. Leżałem, miałem na sobie szpitalne ciuchy wszystko za duże, spodnie musiałem podwinąć. Dziewczyna, która przy Szymku cały dzień siedziała, powiedziała:
Pomóc ci?
Nie trzeba odpowiedziałem zawstydzony i próbowałem dalej.
Wiesz może, gdzie jest moja odzież?
Zaraz się dowiem odparła dziewczyna.
Po godzinie znalazła się pidżama. Gdy szłam w niej do łazienki, schylałem się, żeby nie nadepnąć na nogawki, w końcu ona je mi zawinęła.
Ale wielka ta pidżama! zaśmiała się, uklękła i zawijała nogawki z wielkim zaangażowaniem. Aż zrobiło mi się słabo.
Jeszcze się przewrócę
Spokojnie przytrzymała mnie i posadziła na krześle. Nie możesz jeszcze chodzić. Jadłeś dziś coś? Jak masz na imię?
Piotr.
A ja jestem Zosia uśmiechnęła się. Ale twoja mama pewnie martwi się, że cię tu nie ma?
Nie mam mamy.
A No to pewnie tata, czy ktoś
Dobrze jest urwałem i zniknąłem do łazienki.
W lustrze wyglądałem mizernie: siniaki pod oczami, blada buzia, czarne oczy błyszczą. Wrona tak nazywano mnie w domu dziecka za te czarne oczy. Byłem z tego dumny.
Zimna woda trochę pomogła. Później dostałem kisiel i pozwolono mi sami pójść na stołówkę. Zosia się jednak nie zgodziła, sama przyszła po kisiel dla mnie. Jeszcze się przewrócisz na tej schodowej dziurze! Chciałam się postawić ale miała rację.
Chodziłem po sali. Patrzyłem na Szymka wyglądał tak delikatnie, aż żal ściskał serce. Był jak dziewczynka, z kręconymi włosami, bardzo do matki podobny.
On umrze? zapytałem bezlitośnie, bo dzieci z domu dziecka nie znają już owijania w bawełnę.
Zosia drgnęła.
Nie wiemy Ale jest bardzo ciężko. Cztery operacje, na jelitach ostatnie. Jego rodzicom już brakuje sił. Jestem ciotką Szymka, siostrą ojca. Ale podobno bywa cud
Ja nie wiem odpowiedziałem i usiadłem na swojej pryczy.
Ciągle o nim myślałem. On miał zupełnie inne życie niż ja miał mamę, tatę, dziadków. Wszystko miał. A jednak leżał, umierał. Taka ironia losu
Nie przenieśli mnie tego dnia nikt po mnie nie przyszedł. Wieczorem znów był ojciec Szymona, znów zamieszanie. Słyszałem, jak rozmawiali o mnie, że przez cały dzień nikt mnie nie odwiedził.
Piotrze, lekarz mówił, że jesteś z domu dziecka? zapytał ojciec Szymona.
Tak.
Może przeszedłbyś do innej sali? Szymek jest bardzo chory
Wolałbym tu zostać, jeśli mogę.
Tak dzień za dniem mijał. Wkrótce przeniesiono mnie do sali ze starszymi panami. Nudziło mi się, więc wracałem do Szymka, nikt mnie nie przeganiał.
W końcu, przez gorączkę, wypis przełożono.
Przez ten czas ojciec Szymka pan Andrzej, już wiedział o mnie wszystko. Rozmawiał ze mną, przyniósł nawet coś z ubrań Szymka.
To po nim?
Tak
A jeśli on nie umrze?
Andrzej patrzył na mnie zaskoczony. W ich rodzinie nikt głośno nie mówił tego słowa: umrzeć. Wszyscy czekali, ale nie mówili… Jak można powiedzieć takie słowa o jedynym dziecku?
Niestety, Piotrek, Szymek odchodzi. Andrzej z trudem powiedział te słowa.
To bardzo boli? Umierać? patrzyłem na niego z powagą.
Mniej niż zasypiać. Robimy wszystko, żeby nie czuł bólu. Naprawdę.
Ale on się rusza
Tak, czasem wydaje się, że nas słyszy. Ale to niepewne.
Przy Szymku zawsze ktoś czuwał. Jednego dnia ojciec wyszedł na chwilę, zostawił mnie samego. Siedziałem przy Szymku, trzymałem go za rękę i mówiłem:
… nie wiem, gdzie jest moja mama. Może już nie żyje. Ale nie mam do niej żalu. Gdyby się zjawiła, wybaczyłbym. A tobie oddam ciuchy, obiecuję. Tylko nie umieraj. Walcz, ile możesz
Andrzej stanął w drzwiach, suchy kaszel zdradził wzruszenie. Wstałem gwałtownie.
Słyszy mnie, wie pan! Ścisnął mi rękę!
Wierzę, synu odpowiedział cicho Andrzej.
Szymon zmarł w nocy. Nawet nie zauważyłem, nie powiedzieli mi. Poszedłem rano na śniadanie, potem zajrzałem do sali już leżał ktoś inny.
Gdzie jest Szymek? zapytałem nowego pacjenta.
Nie wiem, nikogo tu nie było.
Więc pobiegłem do pielęgniarek, potem na dyżurkę, w końcu znalazłem młodego lekarza.
Szymon?! Gdzie Szymon? Zabrali go?
Szymon no niestety Bardzo był chory
Zmarł? przerwałem mu.
Lekarz skinął głową.
Tak bywa dodał cicho.
Odszedłem złamany. Było mi wściekle żal na cały ten szpital, lekarzy, cały świat. Złości nie mogłem wykrzyczeć. W korytarzu kopnąłem wiadro z wodą rozlało się, pielęgniarka zaczęła wrzeszczeć, lekarze się zbiegli. A ja usiadłem na swojej pryczy, zatkałem uszy i zamknąłem oczy.
Tylu lekarzy, cały szpital, a dla mojego przyjaciela nie zrobili nic Bywa, ale nie tak powinno być.
Dlaczego Szymek został moim przyjacielem? Przecież on był nieprzytomny przez większość czasu. Ale chyba właśnie do niego mówiłem, jak do siebie samego. Opowiedziałem mu o wszystkim: o mamie, o tej kobiecie od kołysanek, o bójkach i o tym, jak czasem dokuczałem innym.
W nocy przyśnił mi się nawet Szymek. Siedział na pryczy i uśmiechał się trochę smutno, a ja rzuciłem się go przytulić. On poprosił, żebym go nie dotykał, tylko pozwolił posiedzieć i zaczął szeptem opowiadać o sobie jak byli z rodzicami nad morzem, o swoim pokoju i mamie, która budziła go do szkoły. Nie pamiętam już dokładnie tych szczegółów, ale wiem, że mówił.
Czasem moje wyobrażenia były absurdalne że w mieszkaniach rodzina śpi razem, każdy ma osobną pryczę, wieczorem jest dzień ryb i mama nalewa herbatę chochlą.
Gdy Szymek odszedł, Andrzej jego ojciec przyjął to z ulgą. Nie z braku miłości, lecz z litości. Szymek już nie żył naprawdę, tylko cierpiał Teraz trzeba było pogodzić się z jego odejściem, pocieszyć żonę, próbować żyć dalej.
O mnie chłopaku z domu dziecka Andrzej myślał coraz częściej. Wiedział, że nie czas mówić o adopcji. Dla żony to byłby cios, żaden chłopak nie zastąpi jej Szymka. Portret synka ciągle stoi w salonie, palą się świece, do grobu Szymka jeżdżą codziennie.
Ja nie miałem nigdy mamy ani taty.
Andrzej uparty typ poszedł do domu dziecka. Nie chcieli mu dać się ze mną nawet zobaczyć. Zapytał, szukał dróg. Pomyślał o koleżance ze szkoły, Grażynie, która zajmuje się adopcjami i wsparciem rodzin. Rozmawiał długo. Grażyna wszystko zrozumiała, pocieszała, obiecała dowiedzieć się więcej, ale podkreśliła: wszystko zależy od zgody żony i mnie.
Więc Andrzej poszedł do opieki społecznej, zebrał dokumenty. Tam byli zaskakująco mili. Obiecali zorganizować dla mnie spotkanie z rodziną.
Wszystko to ukrył przed żoną, powiedział za to szwagierce, Zosi, która od razu zadeklarowała wsparcie.
Sofii żonie nie powiedział. Ona długo nie mogła nawet słyszeć o innym dziecku.
On nie zastąpi Szymka, nie zrozumiesz tego
Nie chcę, żeby zastępował. Ale jeśli słyszałabyś, jak Piotr rozmawiał z Szymkiem On mnie, dorosłego chłopa, wspierał. Dasz szansę choćby na spotkanie?
Nie naciskaj
To była pierwsza drobna zgoda.
Przy pierwszym spotkaniu byłem zestresowany. Nie patrzyłem Andrzejowi w oczy, a ręce ścisnąłem tak, że aż pobielały knykcie. Dyrektorka z domu dziecka, Grażyna, Andrzej i jego żona Czułem się tak, jakby mnie miał ktoś prześwietlić. Byłem blady, napięty. W szpitalu byłem kimś innym.
Boję się myślałem. I chyba nie chcę.
Myli się pan powiedziała Grażyna, gdy wracali do domu. On marzy, by go ktoś wybrał, ale panicznie boi się rozczarować nowych rodziców. Nie zna rodzin i nie wie, jak ma się zachować.
Ustaliliśmy, że przyjadę do nich w odwiedziny. Jeszcze się wtedy nie zgodziłem, a pani Sofia bardzo się wahała.
Byli gościnni, zaprosili na herbatę. Pot lał mi się z rąk, bałem się poruszyć, by nie stłuc filiżanki, podnieść wzroku nie śmiałem. Kuchnia lśniła czystością, było cudownie, a jednak czułem się ciasno, wszyscy byli zbyt blisko.
Sofii bałem się najbardziej.
Gdy Andrzej upuścił łyżeczkę, aż podskoczyłem i bluznąłem:
Ale numer
Ha! Ale numer, rzeczywiście! zaśmiał się Andrzej. Piotr, jedz. Ziemniaczki smakują?
Spróbowałem, choć przełknąć nie mogłem.
Spokojnie, nie śpiesz się!
Chcesz zobaczyć pokój Szymka? zapytała Sofia.
Poderwałem się od razu. Zobaczyłem jego portret wyglądał tutaj na bardziej pulchnego, niż w szpitalu.
Hej, Szymek! powiedziałem cicho, jakby jeszcze przy mnie był. Położyłem rękę na ramie obrazu. Można zobaczyć album?
Najpierw Sofia się wahała, ale usiadła obok mnie.
Ty go nie pamiętasz chudego. Tak wyglądał, zanim zanim nie umiała powiedzieć zanim umarł.
Przed śmiercią, tak? zapytałem wprost.
Wziąłem album do rąk.
Przeglądałem zdjęcia, zadawałem pytania.
Wziąłem w ręce zdjęcie znad morza.
O, morze! Szymek opowiadał, że byliście nad morzem.
Sofia pokiwała głową z lekką rezygnacją.
Opowiadał? Przecież nie mówił już
Patrzyłem odważnie.
Ale mi powiedział.
Sofia nie zaprzeczyła. Była pogodna, może po raz pierwszy od śmierci syna.
A gdybyśmy chcieli cię adoptować? spytała nagle.
Zamarłem. Przewracałem kartki w milczeniu.
Nie wiem, Szymek był dobry. Ja tak nie umiem.
Wzruszyła mnie, przytuliła mocno.
Nie zamiast Szymka. Po prostu cię przyjmujemy, jako jego przyjaciela.
Zaskoczyło mnie to przytulenie. Rzadko ktoś się mnie dotykał w ten sposób. Czułem jej zapach, ciepło rąk. Próbując się oswoić, zacząłem grzebać w albumie, ona nie puszczała, kiwała lekko na boki.
Zawsze byłem twardy. Nie płakałem nigdy.
A teraz poczułem ścisk w gardle i poleciały łzy. Szlochałem.
Płaczesz, Piotrusiu? No, nie płacz, bo ja zaraz popłaczę! Głowa do góry, jesteś dzielny! otarła mi łzy.
Te słowa już gdzieś słyszałem.
Okno w pokoju było otwarte. Powietrze, ciepłe i czyste, wpadało do środka, tul z wdziękiem falował, a z portretu Szymek patrzył na mnie pogodnie.
I, jak małe dziecko, zapytałem:
A znacie może taką piosenkę? Koteczku, koteczku, ogonek srebrniutki, lulajże, lulajże, łapki bielutkie, uszka czarniutkie, lulajże, lulajże?
Kojarzę. To chyba kołysanka. Chcesz, żebym się jej nauczyła?
Kiwałem głową, szukając w tym wszystkim ciepła i bliskości.
Więcej mi nie potrzeba…


