Kiedy Waldek przychodził do Zosi, aż głupiała z radości — to wszystko przez szczęście.

Słuchaj, muszę Ci coś opowiedzieć. Jak tylko Marek przychodził do Zosi, to ona dosłownie miękła mu w oczach, taka nagle mała dziewczynka. To oczywiście ze szczęścia! Tylko popatrz zaraz się krzątała, poprawiała włosy, chowała ciuchy pod poduszkę, te co przymierzała w panice przed jego wizytą, wyplątywała papiloty z włosów, potem leciała do łazienki, tam się czesała, robiła usta na czerwono. I dopiero tak wystrojona, nie do poznania, wychodziła do niego z dumą.

No powiedz sama, Nic dziwnego, że cała promieniała!
Bo wiesz, Zosia samotna matka, i tak naprawdę nawet nie była nigdy żoną. Tak tylko, z Jędrkiem pokochali się ze dwa miesiące, a potem chłopak wrócił w rodzinne strony gdzieś pod granicą sama Zosia nigdy nie załapała gdzie dokładnie, chyba z Podkarpacia albo skądś z Lubelszczyzny. Tu, w Krakowie, dorabiał na placu targowym, ale co dokładnie robił, Zosia nie miała pojęcia.

No i tak, zwinął się jego królewicz, zostawiając po sobie ledwie ciężarną Zosię. Ale tak ledwie ledwie góra dwa tygodnie, nawet sama jeszcze nie wiedziała o dziecku. Kiedy Jędrek przestał do niej zaglądać nocami i nie było go dłużej niż miesiąc, Zosia zrozumiała… jakby to ująć… że już nie jest do końca sama.

Urodziła, w swoim czasie, synka. I to jakiego ślicznego! Ale w sumie cóż się dziwić sama była piękna jak marzenie, a Jędrek był jak z plakatu.

Maluszek trafił się jej cudowny. Spokojny był jak aniołek: spał cały czas, a jak się budził, to z uwagą i sumiennie ssał pierś. Dobrze, że Zosia miała mleka aż pod dostatkiem starczyłoby i dla kolejnego maluszka!

I nigdy jakoś poważnie Kubuś nie chorował, przecież każdemu dziecku zdarzy się katar czy kaszel, ale on to wszystko tak łagodnie przechodził.

A Kubusiem go nazwała, bo jak była w ciąży, to po raz pierwszy trafiła w telewizji na stary polski film Czterej pancerni i pies. Tam był Janek Kos, a grał go aktor Janusz Gajos, którego bardzo polubiła. I alternatywy nie było metryczka: Kubuś Jędrzejewski. Zosia to powtarzała sobie po cichu z dumą brzmiało jak muzyka. Sam wiesz, taka dumna, matczyna nuta!

Kibuś był promieniem w jej życiu. Jak trzeba było gotować czy sprzątać, rozkładała koc na podłodze, obkładała go krzesłami, budowała taki mini-kojec i sadzała synka w środku. Dawała mu starą torebkę, papiloty, jakieś szmatki. I Kubuś zajmował się sobą, cichutko i bez marudzenia. Nawet kiedy raz Zosia zajrzała z kuchni i zobaczyła, że synek utknął głową między szczebelkami krzeseł (pewnie próbował się wydostać), to Kubuś tylko cicho pojękiwał i wiercił grubiutkimi łapkami, próbując się wyplątać.

Jak podrósł, też problemów nie miał. Zosia spokojnie puszczała go bawić się na osiedlowym podwórku. Mówiła tylko, żeby co dziesięć minut podbiegał pod okno (na parterze mieszkała) i wołał: Mamo, tu jestem!.

Ale zegarka nie miał, więc co chwila co trzy minuty sterczał pod oknem i wołał, aż Zosia wyglądała i zakrzykiwała: Dobrze, synku! A on nie odchodził, tylko czekał. A czemu nie idziesz? pytała. Bo się nie uśmiechnęłaś… odpowiadał. Uśmiechała się więc naprawdę, nie dlatego, że musiała, i dopiero wtedy Kubuś znowu biegł na plac zabaw.

Któregoś dnia woła swoje mamotu jestem!, a jak Zosia wygląda przez okno, widzi, że tuli do siebie małego kotka:

Mamo, dostałem go od pani z klatki! Mówiła, że nazywa się Bazyli. I jeszcze, że ci się spodoba i żebyśmy go dobrze pilnowali.

Kubuś był taki prawdziwy w tej chwili, szczery, więc Zosia nie mogła zrobić nic innego, tylko szeroko się uśmiechnąć. Potem dodała:

Bazyli pewnie głodny. Wpadajcie obaj, naleję mu mleka!

I biegiem do domu Kubuś z Bazylim. Szczęśliwy Kubuś. Bazyli jeszcze nie do końca chyba wiedział, czy się cieszyć.

I tak im się żyło we troje, do czasu aż w życiu Zosi pojawił się Marek.

Był jej rówieśnikiem, nigdy wcześniej żonaty, taki konkretny facet, poważny, choć jeszcze nie za stary. Pracował w fabryce mebli, zarabiał całkiem dobrze. W soboty zaczął zostawać u Zosi na noc. Nie był gadatliwy, za to miał apetyt po chłopsku, wypić też potrafił, choć bez przesady. Zosi zawsze wcześniej schładzała mu w zamrażalniku flaszeczkę Wyborowej, a do tego podawała ulubioną kieliszeczkę, taką z grubym dnem. Marek te kieliszki uwielbiał.

Tym razem wszystko było jak zawsze. Przyszedł Marek, Sławka przywitał już w przedpokoju, podał mu rękę. Przysiadł na kanapie, podczas gdy Zosia kończyła swój rytuał przygotowań. A potem całą czwórką bo przecież i Bazyli był na kolanach Kubusia usiedli, pooglądali trochę telewizji, a potem obiad.

Po obiedzie tradycyjnie odpoczynek zbierali się wieczorem na spacer do parku.

Kiedy Zosia zamknęła drzwi do pokoju Kubusia i ułożyła się z Markiem obok, z głową na jego ramieniu, ten pierwszy raz zaczął rozmowę o ślubie:

Myślę sobie, że najpierw u Ciebie pomieszkamy. Potem razem się przeprowadzimy gdzieś szerzej. Może wynajmę swoje mieszkanie, będziemy mieli dodatkowe pieniądze… Ale wiesz co, Zosiu, ja kotów nie lubię. Bazylego trzeba będzie komuś oddać…

Bazylego, nie Bazyla poprawiła go Zosia, już trochę spięta.

Tak, Bazylego… przytaknął. I po chwili, poważnie, jakby już podjęta decyzja, dodał:

A Kubusia by się do mojej mamy na wieś wysłało. Tam świeże powietrze, szkoła jest. Przecież my jeszcze młodzi, swoich dzieci będziemy mieć jeszcze całą gromadę.

I wtedy poczuła, jak jej głowa na jego ramieniu robi się ciężka jak kamień. Przez kilka minut leżeli cicho. Potem Zosia, skrępowana, jakby nagle była dla niego obca, otuliła się szlafrokiem, podeszła do jego rzeczy, co leżały na fotelu, wzięła jego spodnie i wyciągnęła je mu przed twarz.

No, Mareczku… tu masz swoje, jak zwykle nie uprane, spodnie. Ubieraj i już sobie idź…

Ale gdzie?

Do mamy swojej, na wieś, na świeże powietrze… A my, we troje mamy świeżego powietrza w naszym parku pod dostatkiem!

Rate article
Fajna Tajna
Kiedy Waldek przychodził do Zosi, aż głupiała z radości — to wszystko przez szczęście.