7 lipca
Dziś wszystko wróciło do mnie z nową siłą. Ciężko uwierzyć, ale to właśnie moja własna mama wyrzuciła mnie z mieszkania tylko dlatego, że jej mąż był dla niej ważniejszy ode mnie.
Do piątego roku życia mieszkałam z tatą. To był najpiękniejszy okres mojego dzieciństwa. Kiedy tata zmarł, mama nagle przestała się mną przejmować i zaczęła układać sobie życie na nowo. Gdy skończyłam osiem lat, w naszym życiu pojawił się ojczym. Od początku próbował mieć wszystko pod kontrolą mnie i mamę. Mój świat wywrócił się do góry nogami.
Żyliśmy według harmonogramu, który ustalał ojczym. To on dzielił obowiązki domowe, ale sam rzadko cokolwiek robił, “bo był bardzo zmęczony po pracy”. Mama kazała mi wykonywać wszystko, co zlecał, bo po prostu się go bała. Obawiała się awantur.
Kiedy weszłam w wiek nastoletni, zaczęłam się buntować. Wracałam po lekcjach, a zamiast odpocząć, musiałam gotować, sprzątać, myć samochód ojczyma i wykonywać najróżniejsze zachcianki, na jakie miał ochotę podczas gdy “zakochana para” leniwie oglądała seriale w telewizji. Jeśli coś powiedziałam, dostawałam w twarz i kazanie, że jestem niewdzięczna i że powinnam być wdzięczna za “wszystko, co dla mnie robią”.
Poza dachem nad głową i jedzeniem, który “zarabiałam” ciężką pracą w domu, nie dawali mi właściwie nic. Chciałam pójść na korepetycje, zajęcia dodatkowe czy choćby na siłownię wyśmiewali mnie, mówiąc, że najpierw mam nauczyć się zarabiać swoje własne pieniądze, zanim zacznę je wydawać. Rzadko kiedy dostawałam coś nowego do ubrania a jeśli już, wypominali mi to przez kilka tygodni.
Kiedy miałam osiemnaście lat i skończyłam liceum, usłyszałam od mamy, że powinnam się wyprowadzić, wynająć coś własnego i szukać pracy. Studiować nie powinnam, bo “na to nie ma pieniędzy, nie mogłam już dłużej z nimi mieszkać.
Jesteśmy z małego miasta na Mazurach. Tam trudno o jakąkolwiek porządną pracę. Nie marzyłam, by całe dnie spędzać w pracy miałam nadzieję, że mama zobaczy, że radzę sobie ze wspólną nauką, wróci do rozsądku i pozwoli mi dalej się uczyć. Ale ona naciskała coraz mocniej. Przez trzy ostatnie miesiące przed maturą zamiast się uczyć, pracowałam jako kelnerka od godziny dziesiątej do północy, za marne pieniądze, bez napiwków. Ledwo uzbierałam na dwa miesiące wynajmu, a nie wiedziałam nawet, za co się utrzymam. Miałam słabsze wyniki na maturze nie dostałam się na żadną państwową uczelnię i nie było szans, by ktokolwiek mi opłacił czesne.
W lecie rzuciłam tę pracę i zaczęłam szukać czegoś lepszego, bo mama i ojczym codziennie wyliczali, kiedy się wyprowadzę. W końcu postawili mnie przed drzwiami i koniec.
Próbowałam pracować w sklepie z chemią gospodarczą, ale zatrułam się tam po kilku dniach. Kiedy wróciłam po krótkiej chorobie, usłyszałam, że znalazł się ktoś na moje miejsce. Czas uciekał podejmowałam się różnych zajęć, ale nigdzie nie mogłam zarobić tyle, by utrzymać się samodzielnie.
W środku lata miałam urodziny. Przyjechała ciocia Basia. Nie mówiłam nikomu o tym, co się ze mną dzieje, ale ona, widząc mój stan, zapytała mnie na osobności, co się ze mną dzieje. Wtedy pękłam popłakałam się i wyżaliłam. Tego samego dnia pomogła mi spakować rzeczy i zabrała mnie do siebie do Olsztyna. W końcu spełniłam marzenie rodziców byłam sama, z dala od nich ale poczułam ulgę.
Ciocia Basia pomogła mi stanąć na nogi, znalazła mi dobrą pracę w księgarni w centrum. Dzięki temu mogłam dalej się uczyć poprawiłam maturę i w kolejnym roku dostałam się na Uniwersytet Warmińsko-Mazurski. Przez cały ten czas ciocia była przy mnie, nie zostawiła mnie samej, kiedy matka i ojczym znowu wypominali mi, jaka to jestem beznadziejna i niewdzięczna.
Minęły lata, skończyłam studia, znalazłam porządną pracę w Warszawie. Teraz odwzajemniam dobro, którym obdarzyła mnie ciocia. Dbam o nią, zabieram na wakacje za granicę, pomagamy sobie nawzajem. Nie wiem, gdzie bym dziś była, gdyby nie Basia. To dzięki niej stanęłam na nogi i odzyskałam wiarę w siebie.



