Biruk – opowieść o człowieku samotnym wśród polskiej puszczy

Biruk

No, no, nie ma drugiego takiego ponuraka jak ty, Włodzimierz! Nie bez powodu mówią na ciebie Biruk! Człowieka, co się do ciebie uśmiechnie, jeszcze ze świecą szukać. Spojrzysz tylko i wszyscy drą łacha. Tak cię kiedyś kto zamroził, czy co? I po co ci ten świat nie w smak, hę?

Jadwiga jeszcze coś tam trajkotała, ale Włodzimierz już dawno przestał jej słuchać. Spakował tylko zakupy z jedynego sklepu w wiosce i marszowym krokiem ruszył do drzwi.

A twoja Lena przyjechała ostatnio do matki. Dzieciaka przywiozła. Słyszysz, Włodku? A jeśli to naprawdę twój syn? Będzie się biedaczysko całe życie tułał bez ojca? Przecież do ciebie podobny jak dwie krople wody!

Słowa dogoniły go w progu, aż się o próg potknął. Obejrzeć się? Po co! I tak nikomu nic nie wyjaśni. Nawet nie próbował. Swoje życie przed ludzkimi plotkami nie wystawia. A co nie wiedzą, to sobie dośpiewają, wiadomo. I tak za dużo ludziom w nosie grzebie. Ich sprawa ale jego z Leną sprawy to już świętość.

Słońce prażyło jak na czerwiec, a to dopiero połowa maja. Tylko cień ratował przed upałem, ale i ten nie rozwiązał problemów Włodzimierza. Ciężkie powieki opadły, przez chwilę wyglądał jak wykuty z granitu. Z zamkniętymi oczami postawił krok, potem kolejny, aż nagle przerwał mu dziecięcy głos:

Uważaj!

Chłopaczek wybiegł z ganku sklepu i porwał dwa szczeniaki, które tarzały się na schodach.

Nie zmiażdżcie ich, proszę!

Nos jak kartofel, oczy wschodnie, uszy odstające no odbicie Włodka! Pewnie dlatego całe Przemyślowice gadają. Ale Włodzimierz doskonale wiedział, że chłopak, teraz przyglądający się mu tak uważnie, wcale nie jest jego dzieckiem. Krewny, fakt, ale nie aż taki bliski.

Pan chyba nie chce psa? Zobaczy pan, jakie on ma łapy! Jak wilk! Silny będzie!

Włodzimierz tylko potrząsnął głową, przeszedł za róg, w uliczkę o dwie minuty dalej od domu niż powinien był. Tam osłabł całkiem. Oparł się o wysoki płot Smolińskich, łapał oddech, nie wiedząc, jak żyć dalej.

Za co to wszystko? Po co ona znowu tu przyjechała? I z tym dzieciakiem? Czyżby Olek ją zostawił?

Myśli tłukły się jak pszczoły, nawet chwili spokoju nie dały. Serce rwało jak siedem lat temu. Pamięta, przeklęte! I kazać mu milczeć się nie da! A powinno…

Luba Smolińska trzasnęła furtką, uniosła brwi i już była przy Włodku:

Włodku, co ci? Źle? Pomóc ci? Albo Iwka zawołać?

Ciepłe ręce objęły go za ramiona. Włodek powoli spojrzał w górę.

Nie, Lubo… Już… zaraz pójdę…

Gdzie ty pójdziesz, nieszczęście! Oprzyj się na mnie! No, śmiało! Idziemy. No chodź! Ciężki jesteś, cholera… Włodku, nie szarp się sercem! A kto potem za ciebie odpowie? Ja?! Powiedzą, żem nie upilnowała ciebie! Mój pacjent jesteś, zapomniałeś? Nie wygłupiaj się, już ci ciśnienie zmierzę i zastrzyk dam, a nawet dwa! Będziesz jak ogórek prosto z grządki! No, idziemy!

Nogi odmawiały posłuszeństwa, ale Lubie siły nie brakowało. Prawie na siłę wniosła Włodzimierza na posesję, nogą zatrzasnęła furtkę i zawołała:

Iwek! Pomóż mi!

Potem Włodzimierz mało co pamiętał. Ocknął się dopiero na kanapie w domu Smolińskich. Coś ciężkiego leżało mu na piersi, nie mógł swobodnie oddychać, więc już był pewny, że zawał nagle go dopadł. Lecz gdy otworzył oczy, lekko się uśmiechnął.

Puchata, szara kota leżała przy nim, myjąc jedno ze swoich kociąt, reszta bawiła się na piersi Włodka.

Nasza Mrauczka to umie człowieka poczuć lepiej niż lekarz. Jak swoje dzieci ci przyprowadziła, to znak, że jesteś dobry człowiek, Włodku. Innemu nie zaufa mruknęła Luba, odkładając zeszyty córek i krzątając się przy łóżku.

O, jest nieźle. Już prawie ogóreczek! Tętno dobre, spokojne. Ale drugi raz mnie tak nie strasz, jasne? Drogi rozmokły, pogotowie nie dojedzie. Ty co, śmierci ci się zachciało? Jeszcze nie pora!

Jakie ja mam sprawy, Lubo? Krowa Zorza i pies Burek wszystko!

Zorza to krowa nie byle jaka! Sama bym taką chciała. Ale jak zachorujesz, to co z nią będzie?

Dopiero teraz zauważył, że w pokoju grube zasłony i światło lampy.

Która godzina, Lubo?

Leż! Późno. Dziś już cię do domu nie puszczę. Zanocujesz u nas. I nie martw się Zorza w porządku, spotkałam ją po drodze.

Luba pogłaskała męża po policzku, poszła do kuchni, a Iwek przysiadł się do Włodzimierza.

Źle ci?

Chyba tak. Sam nie wiem, co się ze mną dzieje…

Ja wiem. To przez Lenę.

Daj spokój, Iwek. Włodzimierz odwrócił się i natychmiast spojrzał w szmaragdowe kocie oczy.

Nawet Mrauczka to czuje. Iwek pogłaskał kotkę za uchem. Sam widzisz, wszystkie kocięta przyniosła. Najpierw w koszu porzuciła i przyszła, siedziała przy tobie, aż Luba cię reanimowała. Jak już stwierdziła, że śpisz, to wróciła po kociaki i każdego przynosiła na twoją pierś. Zwierzaki są mądrzejsze niż my. One nie kombinują, tylko czują, a ty tłumisz wszystko w sobie. Ile wytrzymasz? Wiesz dobrze, jak pomogłeś mi, kiedy sam już nie dawałem rady. Dziś ja chciałbym ci się odwdzięczyć, pozwól mi na to.

Ale czym mi pomożesz, Iwek?

Babcia zawsze powtarzała, że czasem trzeba wypłakać, wywrzeszczeć żal. Jeśli nie masz komu, to wykop dołek w lesie i tam się wygadaj, byle nie w sobie dusić! To nie zdrowe. Tyle lat to w tobie siedzi… Nie prosiłem, nie pytałem, gdy mieszkałeś na odludziu, ale dzisiaj, jak patrzyłem na Lubę walczącą o ciebie, zrozumiałem, że dość cicho-sza. Biruk Biruk. Ale my ludzie, nie wilki. Człowiek samemu nie pociągnie. Znamy się od wieków! Od kiedy przyjechałeś z rodzicami w szóstej klasie, nie?

W siódmej…

No właśnie, już tyle lat, aż siwiejemy, a boimy się do siebie słowa zamienić, jakbyśmy byli obcy. Przepraszam za siebie też. Gdybym wcześniej zagadał Nie gniewaj się. Jak powiesz mi: spadaj, zrozumiem, ale jeśli nie, chętnie pomogę. Wiesz, że nie jestem plotkarz…

Wiem… Włodzimierz z czułością pogładził kociaki, które fikały na jego piersi, po czym zaczął mówić. Co mam ci powiedzieć, Iwek? Wstyd mnie. Chłopu tak żalić się nie wypada… Wiesz, jak Lenkę kochałem. Wszystko widziałeś. Śmiałem się za nią jeszcze w szkole, w wojsku do niej leciałem. Czekała Ślubie byłeś obok nas.

To wiem. Ale nie wiem, która diablica wam przeszkodziła. Tylko sami razem, a nagle ona do miasta, ty na zaścianek, ot, rozeszliście się bez słowa… Pamiętam, jak twoja matka się z krową żegnała i łzy lała, nie mówiąc nic…

Bo nie wiedziała. Powiedziałem im wtedy, że już Leny nie kocham. Ojciec z matką mnie przeklęli niemal…

Ale nic nie dzieje się bez przyczyny. Powiedz, co się stało? Bo ty i tak kochasz…

Włodzimierz odwrócił się, czuł jak łzy cisną się do oczu, ale już dawno się wypłakał. Tyle razy po lasach wył, na klęczkach. Nie umiał wybaczyć, żyć bez niej.

Głów nie dam, Lenkie nie zdradziła. To nie ona.

Oczy Włodka zeszkliły się, spojrzał na Iwka cieżkim spojrzeniem rodu Butowiczów.

Widziałem ich. Na własne oczy. Gdyby mi kto powiedział… nie wierzyłbym.

Nie wierzę. Opowiedz wszystko!

Nic tam czystego nie było, Iwek. Wszystko stało się, bo Lena kłamała. Mówiła, że tylko mnie kocha, a sama… Zostałem i bez żony i bez rodziny. Rodzice mnie nie zrozumieli, reszta rodziny się odwróciła. Wiesz sam, u nas liczy się siła. Co to za chłop, co go baba zdradzi? Gdzie jego moc? Nie ma…

Daj spokój. Trzeba wyjaśnić.

Co wyjaśniać? Pamiętasz, jak musiałem jechać do miasta? Było mnie dwa miesiące. Chcieliśmy postawić farmę kumys dla sanatorium. Lena pierwsza poparła ten pomysł. Konie kochała. Ojca pamiętasz, wszystkiego ją nauczył! Przekonała mnie do wyjazdu, by kontakty nawiązać… Pojechałem… A ona…

Wiesz, że u nas nie ukryjesz plotki, a tu tak naprawdę nikt nie szeptał…

Bo wszystko działo się w domu… westchnął Włodzimierz. Przepraszam, trudno mi o tym mówić. Tyle lat tłumiłem. Masz rację, nie da się tak. Kamyk urósł mi do skały. Dusi mnie…

Iwek westchnął z wrażenia:

Z kim niby?!

Z Olkiem. Z moim kuzynem. On wtedy przyjechał z matką, chciał się tu urządzić. Mieszkali pół roku u rodziców, razem z nami. Konczyliśmy dom, niebawem mieliśmy świętować. Lena marzyła o dzieciach, ale nie wychodziło. Potem już zostawiliśmy Bogu. Dał… ale nie mnie…

Widziałem chłopaka. Fajny. Iwek się podrapał i westchnął. Ale i tak nie wierzę!

Co tu nie wierzyć, jak sam widziałem?! Stał z nią przytulony w kuchni i ją całował! A ona… nie odsuwała się!

Zanim głos Włodka się załamał, z kuchni wyszła Luba:

Zrobię ci jeszcze jeden zastrzyk, Włodku i już śpisz. Resztę omówimy potem. Odpocznij!

Włodzimierz nawet nie próbował już ukrywać łez i po chwili zasnął ciężko.

Iwek wyciągnął Lubę do drugiego pokoju:

Wszystko słyszałaś?

Wszystko.

Co myślisz?

Trzeba to w końcu jakoś wyjaśnić. Widziałam Lenę wczoraj ledwo się trzyma. Coś ją gryzie, ale nie wyrzuty! Winna by była unikałaby spojrzeń. Ona patrzy w oczy, odważnie. Przejdę się do Włodkowej ciotki i do Leny. Późno już, ale nie ma co zwlekać. Włodkowi serce wisi na włosku.

Luba narzuciła kurtkę i wyszła, a Iwek przesiedział pół nocy na schodku, opatulony w koc. Myślał. Życie to dziwna sprawa już wydaje się, że masz szczęście w garści, a zostaje piórko. Oni z Lubą razem tyle przeżyli. Żegnali rodziców, stracili syna i dopiero po latach doczekali się córek, choć długo bali się mieć dzieci. Luba jako lekarka nie mogła sobie wybaczyć, nie wiedząc, że choroba synka była nie do przeżycia, a potem ciąża była dla niej strachem, nie radością. Z czasem zmężniała, dziś była odważna i pewna siebie, ale wtedy chodziła po ziemi jak na szpilkach. Pewnie stąd też jej współczucie dla Leny…

Witek spał, Iwek wracał do swoich myśli. W końcu świtać już zaczynało, a Luby nie było.

Gdy furtka wreszcie stuknęła, zerwał się, przytulił żonę i spytał:

Ciężko?

Straszni ludzie, Iwek. Zwierzęta by lepsze były…

Luba się popłakała i mówiła mu w końcu, co usłyszała:

To dziecko Włodka, Iwek! Tamara przyznała się do wszystkiego.

Jak ci się to udało?! Całe lata milczała…

Nie wiem. Albo się przestraszyła, albo jej coś drgnęło. Byłam wściekła, gdy przyszłam do niej po rozmowie z Leną. Lena opowiedziała, jak było tamtego dnia żadnej winy jej nie ma. Już była w ciąży, tylko nie powiedziała Włodkowi, bo się bała. Po trzech poronieniach… Sama nie wiem, czy im nie trzeba nazwiska Biruk zmienić, bo całe życie na cicho-sza! Sami sobie winni!

Luba niemal krzyczała, a Iwek tulił ją, by ją uciszyć.

I co dalej?

Tamara wszystko namieszała. Chciała zrobić na złość swojej siostrze matce Włodka, od lat chowała urazę, bo ten, który ją się podobał, wybrał siostrę. Ona go nigdy mieć nie mogła, to nie odpuszczała winy. Była tak zawistna, że nawet własnym synem postanowiła kręcić Włodkowi życie. Zamieszkała niedawno w Przemyślowicach, niby żeby wrócić do rodziny, po byciu wdową. Matka Włodka przygarnęła ją, bo rodzina, samo się rozumie. A Tamara wiedziała, że jeśli rozwali rodzinę Włodka, zniszczy ich wszystkich. I rzeczywiście po tym, co się stało, na długo rodzice z Włodkiem nie chcieli mieć kontaktu, Lena wypędziła teściową, a sama została sama z dzieckiem…

Byłaś u tej Tani?

Tamara sama mnie tam zaprowadziła i wyznała wszystko. Tania spoliczkowała ją i płakały razem…

Wybaczy jej?

Pewnie tak, w końcu. Ale nie teraz.

Lena była z synem u matki? Jak chłopak ma na imię?

Serhii po dziadku Włodka. Jeszcze przed porodem była pewna, że syn się urodzi.

Iwek przygarnął Lubę.

Poradziłaś sobie.

Za późno to wszystko, Iwek! Gdyby ludzie wiedzieli, że wystarczy mówić i pytać ile by cierpienia mniej było! Jestem wściekła jak osa!

A ja śniadania chcę! Zwłaszcza na oładki. A ty i tak nie pamiętasz, gdzie w domu lodówka!

Masz szczęście, że cię lubię, bo bym ci gotowała tylko owsiankę! Idź ogol się, bo masz policzki jak tarka! A ja zrobię oładki i nakarmię wszystkich Włodka też, bo ciężki dzień go czeka.

Słońce głaskało już złotem Przemyślowice, psociło, ile wlezie.

Włodzimierz, lekko chwiejąc się na nogach, wyszedł na próg, zmrużył oczy od światła zalewającego cały podwórek Smolińskich, aż nagle usłyszał:

To ty jesteś moim tatą?

Chłopczyk siedział na schodkach, tuląc do siebie wczorajszego szczeniaczka.

Zobacz! Ma silne łapy! Prawie jak wilk! Będzie świetnym psem, prawda?

Włodek odetchnął, usiadł przy chłopaku i pogłaskał szczeniaka.

Znajdziesz lepszego? Dobry wybór.

Czujne, ciemne oczy, prawie identyczne z jego własnymi, nie spuszczały go z oka. Włodek, lekko niepewny, położył rękę na ramieniu chłopca i powiedział:

Tak. Jestem twoim ojcem, Serhii…

No, super! Chodźmy do domu. Mama robi śniadanie. Babcia przyszła. Obiecała, że weźmie mnie dziś do siebie, na konie popatrzeć. Wolno mi?

Włodzimierz nagle poczuł, że ta cała smycz, którą był dotąd skrępowany żal, strach, milczenie po prostu pękła. Coś w środku się wyprostowało, odetchnął głęboko, a głos wrócił pewny i mocny.

Odebrał od syna szczeniaczka, wstał i kiwnął:

Oczywiście! A teraz chodź. Tyle spraw na nas czeka, synu. Tyle sprawSerhii roześmiał się dźwięcznie i puścił się biegiem w stronę domu, piesek za nim, ogon uniesiony jak proporczyk. Włodzimierz spojrzał za nimi i po raz pierwszy od lat nie poczuł nagłego ukłucia samotności. Słońce wlewało się do kuchni, pachniało ciastem drożdżowym, świeżą kawą i ludźmi, na których naprawdę można było liczyć.

Zatrzymał się w progu i jeszcze przez chwilę patrzył na swoje odbicie w szybie. Był starszy, niż zapamiętał siwiej, głębsze zmarszczki. Ale oczy miał jaśniejsze, a ramiona proste jak dawniej, kiedy wchodził na nowe podwórko, gotów na wszystko. Teraz miał zacząć od nowa, z synem obok, wśród tych, którzy przeszli razem z nim przez ciemność.

W kuchni Lena odłożyła łopatkę i spojrzała na niego z niepokojem, w którym świeciła nadzieja. Mały Serhii już opowiadał babci wczorajsze przygody, a babcia ocierała ukradkiem łzę, uśmiechając się przez policzki różowe od płaczu.

Włodzimierz sięgnął, ujął rękę Leny i ścisnął mocno, bez słowa. Powiedział wystarczająco dużo całą ciszą, jaka była dotąd między nimi. Lena położyła dłoń na jego, a wtedy Serhii wtulił się między nich, śmiejąc się, że teraz rodzina musi się podzielić kociakami.

Siadali do śniadania razem, pierwszy raz od tylu lat, i śmiali się z psot szczeniaka i kociąt wdrapujących się na brzuch Mrauczki. I choć nie było wielkich słów ani obietnic, wiedzieli, że wszystko, co milczane i ukryte, właśnie się skończyło.

Życie w Przemyślowicach płynęło dalej z plotkami, słońcem, codziennością i pracą, ale wśród dobrze znanych kątów na nowo rosła rodzina. W opłotkach szczekały psy, w oknach śmiało się światło, a między ludźmi długo już nie padnie słowo “Biruk”, bo wreszcie wiedzieli, jak bardzo wilk może zapragnąć wrócić do swojego stada.

A z kuchni Luby rozchodził się ciepły zapach drożdżowych oładków i nowej nadziei tej na zwyczajne, lepsze jutro.

Rate article
Fajna Tajna
Biruk – opowieść o człowieku samotnym wśród polskiej puszczy