Dziennik, czwartek, Warszawa
Szukam kobiety o imieniu Weronika
Przeszedłem przez niską bramę do podwórka studni wypełnionego roztopionym śniegiem. To już czwarte podwórko dzisiejszego dnia. Plac zabaw, huśtawki, chłopaki ganiają po kałużach i biją kijem w hokejowy krążek. Woda rozpryskuje się wokół, a oni mają wszystko gdzieś.
Przystanąłem pod łukiem i rozejrzałem się po podwórku. Tak bardzo chciałem, by pamięć zaczepiła się choć o jeden drobiazg, wydobyła na powierzchnię szczegóły z przeszłości. Ale tu wszystko było inne niż tam w głębinach mojej głowy. Tyle lat minęło. Wtedy oprócz sznurów z praniem, drewnianych komórek pod oknami, ławki i malw nic tu nie było.
A teraz…
Wszystko mogło się zmienić przez tyle lat. A może raczej nie mogło nie ulec zmianie.
Obcy, elegancki starszy pan w kaszkiecie obszytym futerkiem nie wzbudzał niczyjego zainteresowania. Na tym podwórzu, w czterech otaczających je kamienicach, wielu wynajmowało mieszkania. Warszawa
Musiałem wejść do domu, który stał po prawej od bramy, tego byłem pewien. Adres się nie zmienił drugi, środkowy budynek z trzech pięter. Mieszkanie w głębi, drugie po prawej, na rogu. Na framudze drzwi kilka kolorowych dzwonków przy każdym nazwiska lokatorów z czasów, gdy to była jeszcze komuna.
Pamiętam wszystko: każdą zmarszczkę na firance, skrzypienie podłogi, krzywą klamkę w oknie, zielony imbryk, dziwnego karalucha, którego łapaliśmy dwa dni. Wszystko tam, w tej głębi mieszkania…
Ale nie znam numeru, nawet nie pamiętam numeru domu. Zapamiętałem tylko nazwę ulicy. Takie podwórka studnie powtarzają się tu niemal jedno po drugim. W dodatku nie byłem już pewny klatki chyba druga od bramy Budowali to wszystko ci sami murarze według jednego projektu, wszystko podobne jak krople wody.
I tak chodziłem po tych podwórkach…
Prawy dom, druga klatka, nie, tutaj mówi się: drugie wejście, drugie piętro, drzwi na końcu… Czterdzieste trzecie? A może…
Przy domofonach próbowałem 43.
Dzień dobry, szukam Weroniki. Czy mogę zapytać?
Czasami rozłączały się przed końcem zdania. Zapewniali, że nigdy tu nie było takiej osoby, czasem słyszałem: absolutnie nie… Próbowałem jeszcze raz.
Przepraszam, to bardzo ważne. Może w 1980 roku mieszkała u państwa kobieta o tym imieniu? To bardzo ważne.
Po trzecim podwórku wyjąłem notes i zapisałem:
“16 brak odpowiedzi, 24 na pewno nie, 32A kupili niedawno”
Było ich wiele. Musiałem wracać tam, gdzie nie odebrali, gdzie nie zdążyłem zapytać wszystkiego.
Wspinałem się po łagodnych, kamiennych schodach dużej ciemnej klatki. Wysokie, zakurzone okna, koci zapach. Ten zapach pamiętam dobrze.
Dzień dobry! skinąłem głową.
Nadchodziła starsza kobieta w szarym płaszczu z zakupową torbą w rękach.
Dzień dobry, a do kogo pan idzie? spytała.
Na drugie piętro, szukam Weroniki, około sześćdziesięcioletniej. Nie wie pani, czy ktoś taki tu mieszkał?
A który numer?
Róg po prawej. Dawno to było. Jeszcze za czasów wspólnego mieszkania. Już nie pamiętam, który dom.
Róg? Tam mieszkają Kosmalowie, żona, mąż, dwójka dzieci. Nie znam żadnej Weroniki, nie słyszałam o żadnej w naszym domu. Jestem tu odkąd pamiętam.
Dziękuję skłoniłem głowę i zacząłem schodzić po startych schodach.
Kobieta ruszyła za mną.
A nazwisko chociaż?
Gdybym pamiętał, znalazłbym w książce telefonicznej albo w bazie. Nie pamiętam… właściwie nigdy nie wiedziałem.
No dobrze, a kim ona była dla pana? dociekała uprzejmie.
Zawahałem się. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć…
Kim ona była?…
Czy kiedykolwiek miałem pewność? Weronika… Wera… Weronka…
Miłość nie ma jedynej definicji. Po prostu jest. Albo nie. Wszystko inne to obrazy, subiektywne uczucia, nawet wymówki.
Całe życie wierzyłem, że miłość jest krucha. Nie wytrzyma rozłąki, zniknie, wyblaknie. Nawet te wybuchy szczęścia, spowodowane wspomnieniami chwil tamtej miłości, dawały mi siłę, pozwalały przetrwać i… sprawiały ból.
Byłem winny. Przez czterdzieści lat żyłem z niedomkniętym sercem.
Może właśnie takie wspomnienia podtrzymują krążenie krwi. Chociaż… To serce pierwsze się poddało. Gdy zmarła żona, z którą przeżyliśmy właściwie całe życie choć ostatnie lata już tylko pod jednym dachem, a nie razem właśnie wtedy serce zabolało. Zawał.
Z żoną nie kłóciliśmy się, nie prowadziliśmy sporów, po prostu w pewnym momencie rozeszliśmy się do swoich pokoi. Rozmawialiśmy tylko przy sprawach domowych.
Ona uważała, że dom należy do niej, ja odtąd byłem tylko dodatkiem. Mówiła starszym koleżankom, siedzącym na kawie:
No i co z nim zrobić? Niech mieszka.
W domu wszystko błyszczało obrazy w złotych ramach, kryształy, drogie, stylowe meble, porcelanowe bibeloty i dywany. Pośrodku salonu stał biały fortepian, a na nim kosztowny wazon ze sztucznymi kwiatami.
Fortepian był autentyczny, amerykański Steinway & Sons, ale wydawał mi się kiczowaty nikt u nas na nim nie grał. Wazon był na nim, bo nigdy nie był otwierany.
Po kupnie żona zaprosiła na kilka wieczorów muzyków, które organizowała. Jednak światłej publiczności bardziej odpowiadało radio i winyle.
Stoliczkiem pod wazon nazywałem fortepian. Tyle że kosztował tyle, co trzypokojowe mieszkanie w Warszawie.
Jeszcze próbowała sama nauczyć się grać. Wynajęła nauczyciela, ale szybko zrezygnowała. Mało co doprowadzała do końca poza masażami i manicureem.
Nie doprowadziła do końca nawet swojej jedynej ciąży. Chociaż… trudno ją za to winić. Ale mnie wydawało się, że to przez jej egoizm nie dane było jej zostać matką.
Ostatnio dużo o tym myślę. Znałem kobietę, pod której rękami fortepian naprawdę by ożył.
A jednak tęskniłem za żoną. W ostatnich latach było już spokojniej. Oboje chorowaliśmy, spacerowaliśmy po podwórku, czasem po Łazienkach. Karmiliśmy kaczki nad stawem niedaleko domu. Zacząłem łowić ryby. Niczego już sobie nie musieliśmy udowadniać.
Czemu nigdy nie spacerowaliśmy tutaj, Jolu? Przecież jest pięknie siedzieliśmy przy stawie.
Bo głupcy byliśmy kiwała głową żona.
Wcześniej ciągle się gdzieś spieszyliśmy. Ja piąłem się po urzędniczej drabinie, doszedłem aż do resortu w Warszawie. Ojciec Joli pchał mnie bez przerwy. Ledwo przywykłem do jednej funkcji, już planował dla mnie awans.
Zasługi były uczciwe byłem pracowity, zdolny, radziłem sobie w roli kierownika. Potrafiłem ryzykować, wymagać, nadawałem się na zięcia dyrektora departamentu budownictwa Antoniego Sławeckiego.
Początkowo omal mu nie uciekłem, musiał zastosować pewne kroki. Żona wygadała mi się po latach, kiedy nie żył już jej ojciec, a ona pokłóciła się z matką. Wtedy dowiedziała się, że nie wszystko zawsze wiedziała. Ojciec nie chciał drażnić swej ukochanej, rozpieszczonej córki.
I znowu, mimo zmęczenia i chłodu, pytałem kolejne starsze panie na ławeczkach.
Weronika? dwie emerytki wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. Może to ta, co zmarła na wiosnę? Jej syn chyba przyjechał wielką taksówką.
Złapałem się za serce, aż zatoczyłem się ze strachu. Tego się bałem najbardziej. Że nie doczekała. Że mnie nie było przy niej.
Co ty wygadujesz! Nie strasz go. On mówi, że do tej po prawej stronie. To przecież nie Weronika, tylko Anastazja zmarła, mieszkała w tamtym bloku. Podeszła do mnie. Dobrze się pan czuje? Wezwać karetkę?
I znowu szedłem, dzwoniłem do drzwi, próbowałem, gdzie jeszcze nie odpowiedzieli. Jarzębiny nie mogłem znaleźć nigdzie może już padła ofiarą remontu. Zmęczony, wykończony wróciłem do hotelu.
Zdecydowałem jutro ostatni dzień poszukiwań, bo mam już dość. Ale czy starczy mi sił?
Do południa leżałem w hotelu bez sił. Wczoraj przesadziłem z lekami nasercowymi. Dziś głowa mi pękała, ledwo łyk herbaty, żadnej kawy. Zadzwoniłem po taksówkę, choć wcześniej chodziłem tu zawsze piechotą.
Dzisiaj jednak… nie dałbym rady.
Z taksówki wysiadłem na znajomym już chodniku naprzeciwko podwórek. Wiosnę czuć w powietrzu, słońce świeci. Wszystko już przejrzałem. Od czego zacząć? Wtedy, po drugiej stronie ulicy, zauważyłem sklep muzyczny. W witrynie skrzypce.
Przeszedłem przez ulicę, zajrzałem do środka.
W czym mogę pomóc? zagadnęła sprzedawczyni w niebieskiej bluzie z logo sklepu.
Czy mogę zobaczyć te skrzypce?
Podała mi je ostrożnie.
Chce pan spróbować?
Nie, nie gram. Znałem kobietę, która grała wspaniale. Mieszkała tu niedaleko. Weronika…
Weronika? Może Pichońska? była młodziutka, prawie dziewczyna.
Nie pamiętam nazwiska. Zna pani Weronikę Pichońską, skrzypaczkę?
Tak.
Szukam jej już trzeci dzień, a właściwie całe życie powiedziałem. Nie zna pani jej adresu?
Tylko wiem, że mieszka gdzieś tu, w tych blokach. A po co panu?
Mieszka? Jest mężatką?
Raczej tak, ma ośmioletniego synka zaniepokoiła się, czy nie mówi za dużo.
Ile lat miałaby teraz pani Pichońska?
Nie wiem. Trzydzieści parę.
Czy mogę usiąść? ledwo wypowiedziałem i osunąłem się na miękki fotel, rozpinając płaszcz.
Może wodę podać?
Nie, dziękuję! Znów nie znalazłem. Znów
Powłócząc nogami spojrzałem na bloki z tej strony ulicy. Nagle rzuciły mi się w oczy topole tylko za jednym podwórkiem-studnią rosły. W mojej pamięci dawno mogli je wyciąć, albo to nowe. I tak ruszyłem. Więcej dziś i tak bym nie przeszedł.
Na podwórku siedziała starsza para.
Dzień dobry. Szukam kobiety około sześćdziesiątki. Nazywała się Weronika, grała kiedyś na skrzypcach. Może ją państwo znaliście? Dawno, może siedemdziesiąte, osiemdziesiąte lata…
Spojrzeli na siebie.
To była ta z pierwszej oficyny. Tam, ich okna na drugim piętrze wskazała kobieta.
Tam kiedyś rosła jarzębina, prawda?
Tak, była! Ale dawno wycięli, remont klatki był. Weronika była biedna. Po śmierci matki została sama, w ciąży, sprzątała nawet u nas klatkę. W jednym pokoju miała studentki na stancji, przychodzili też uczniowie na lekcje gry na skrzypcach. Ale wychowała cudowną córkę jest teraz znana i bogata.
A gdzie teraz jest Weronika?
Kobieta rozłożyła ręce.
Przeprowadziła się, nie wiemy gdzie.
Ale córka mieszka tu, w tej samej oficynie. Może się pan zapytać.
Córka tu?
Tak, mieszka z rodziną. Pierwsza klatka, drugie piętro, róg. Słyszał pan o niej pewnie znana skrzypaczka.
No i poszedłem, już na miękkich nogach, domofon wciśnięty, okno na drugim piętrze. Kiedyś pamiętałem je przez jarzębinę.
Słucham! męski głos, stanowczy.
Nie miałem głowy do tłumaczenia.
Do państwa Pichońskich. Proszę
A w jakiej sprawie?
Proszę o informację o mamie, Weronice.
Otworzył.
Wszedłem powoli do mieszkania, prawie zdyszany. Gospodarz podtrzymał mnie pod ramię i wprowadził do salonu.
Proszę nie zdejmować butów, tylko się położyć zarządził. Ja jestem lekarz.
Usiadłem ledwo, znikomy ból w klatce piersiowej. Pomiar ciśnienia, aparat na rękę.
Nagle weszła Ona. Młoda kobieta, ta którą dzień wcześniej zatrzymałem na ulicy i zawołałem “Weroniko!” Patrzyła podobnie. Była kopią tamtej Weroniki…
Kto z pana? spytała cicho.
Przyszedłem do pani matki.
Zamilkła na chwilę. Mężczyzna podał mi herbatę, mały chłopiec przyszedł z pokoju.
Jak masz na imię? zapytałem.
Michał odpowiedział dumnie.
Ciśnienie wysokie. Gospodarz dał mi zastrzyk.
Proszę mi powiedzieć, gdzie mieszka pani Weronika. Bardzo mi na tym zależy.
Weronika córka patrzyła mi w oczy długo.
Najpierw herbata, niech pan odpocznie. Mama? Mama ma się dobrze. Poznał ją pan dawno temu?
Tak. Ale… Nie wiedziałem, nie…
Przesunęliśmy się do kuchni.
Pani matka miała ciężko?
Było jej trudno. Po śmierci babci byłam jej sensem życia. Pracowała w trzech miejscach, przyjmowała lokatorki, pomagała ludziom. Wyrosłam.
Przepraszam, bardzo przepraszam Was obie
Weronika uśmiechnęła się smutno.
A pan? Co się wtedy właściwie stało? Mama zawsze mówi, że to los, okoliczności. Że sama chciała dziecka, ale wiem, że czekała. Mówiła, że przewiduje spotkanie…
Chciałem zawołać, by nie dzwoniła do niej. Chciałem sam pójść, spojrzeć w oczy.
W kuchni pojawił się mąż Weroniki.
Zawiozę pana do teściowej pod warunkiem, że potem prosto do szpitala.
Zgodziłem się od razu. Przypomniałem sobie, że nic ważniejszego niż ta rozmowa już mnie nie spotka.
Wychodząc, spojrzałem na Weronikę i Michała.
Całe życie szukałem, Saro… nawet nie wiedziałem, że mam rodzinę.
Nowe bloki na Mokotowie. Piętro piąte, mieszkanie 118.
Stanąłem pod drzwiami, nie wiedziałem, co powiedzieć. Kiedy drzwi się otworzyły, zobaczyłem ją. Taka sama, choć włosy już gładkie, w policzkach ślad lat, ale Weronika. Dwa dni mieliśmy wtedy razem, a czuję, jakby to było całe życie
Patrzyła tak samo. Bez słowa cofnęła się, zapraszając mnie do środka. Wszedłem, oparty na ścianie.
Weroniko, ja Przepraszam! nogi się pode mną ugięły.
Upadłem jej do stóp.
Ona klęknęła natychmiast.
Staszek! Co się dzieje? Wstań. Źle ci?
Patrzyliśmy na siebie, trzymaliśmy się za łokcie.
Znalazłem cię! Po tylu latach. Czemu tyle czekałem? jeszcze mocniej ją chwyciłem. Nie wiedziałem nawet, że mam córkę…
Wiem, Staszek… Przyszłam tu, bo czułam, że kiedyś wrócisz…
Ja… Ja jestem głupi! To wszystko przeze mnie… Przepraszam. Nie powinienem cię zostawiać…
Wiem, że musiałeś. Byłam pewna, że jeszcze się zobaczymy.
Znów płakałem nie mogłem już powstrzymać łez.
I jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy razem do szpitala. Weronika trzymała mnie za rękę w samochodzie, jej dłoń była ciepła, miękka, spokojna.
Już wszystko dobrze, Staszku. Teraz będziemy razem.
Tylko razem…
Ona szepnęła mój ulubiony wiersz, ten który powtarzałem sobie każdej samotnej nocy:
Ja nad przyszłością po cichu czaruję,
Gdy wieczór naprawdę błękitny,
Czuję, że drugie spotkanie następuje,
Nieuniknione spotkanie z Tobą
Po Warszawie śpieszył samochód, aby zdążyć uratować nie czyjeś serce, a zupełnie inną wartość szczęście, które zawsze było na wyciągnięcie ręki.
Nie spóźniłem się. Jeszcze zdążyłem…
***Na oddziale, wśród białych ścian i zapachu szpitalnych kwiatów, Weronika siedziała przy moim łóżku. Czułem jej dłoń, mocną i czułą, i słuchałem cichego grania gdzieś, ktoś ćwiczył skalę na skrzypcach, dźwięki przedostawały się przez drzwi, przez wiosenne powietrze wpadające przez uchylone okno. Spoglądaliśmy sobie w oczy bez słów i nie potrzebowaliśmy już nic więcej.
Wiedzieliśmy, że świat nie zamyka się tylko w tym, co minęło. Że nawet po tylu latach, po wszystkich bólach, wybaczeniach i utraconych dniach, można naprawiać siebie nawzajem nie szukając win, lecz przyjmując to, co pozostało. Sara i Michał wpadli jak promienie słońca, śmieli się z czegoś nieważnego ale mnie grzał każdy ich śmiech.
Wieczorem, kiedy pielęgniarki roznosiły herbatę, w naszym oknie zapłonęła łagodna poświata latarni. Weronika pochyliła się, pogładziła moje włosy i powiedziała: Zawsze warto czekać, kochany. Choćby całe życie.
Poczułem, że nie zostanę sam ani na chwilę. Chciałem jeszcze raz, choć przez moment, zanurzyć się w tym niezwykłym spokoju, kiedy wszystko już wraca na miejsce. Zamknąłem oczy i usłyszałem dźwięki skrzypiec prawdziwe czy z pamięci jak obietnicę, że historia jeszcze się nie kończy.
Bo dopóki ktoś ci gra, dopóki ktoś trzyma cię za rękę, możesz wrócić do domu. Nawet po czterdziestu latach. Nawet jeśli dom to tylko obietnica i światło w czyimś oknie.
I tylko tyle. To wystarczyło.


