Sąsiadka z działki myślała, że mój plon należy do wszystkich, ale szybko oduczyłam ją korzystania z …

Daj spokój, sąsiadko, co ci szkodzi, kilka ogórków zostawić? I tak ci urosną za duże, pożółkną, a mi wnuki przyjechały witaminy im potrzebne. Nie bądź taka zachłanna, przecież jesteśmy swoi, przez płot mieszkamy!

Ludmiła przechyliła się przez niską siatkę dzielącą działki, a jej szeroka twarz rozciągnęła się w przesłodki uśmiech. W jednej ręce miała emaliowaną miskę, już do połowy pełną cudzymi truskawkami, drugą sięgała po krzak czarnej porzeczki rosnący po stronie Oli.

Ola, klęcząc w grządce z marchwią i wyrywając mikroskopijne chwasty, wyprostowała się powoli. Kręgosłup strzelił z cichym bólem. Otarła pot z czoła wierzchem ręki, brudnej od ziemi, i spojrzała na sąsiadkę ciężkim wzrokiem. Tę swojskość słyszała już trzeci sezon, odkąd wraz z mężem kupili działkę i zamienili zarośnięty buszem ugór w pokazowy ogródek.

Ludka powiedziała spokojnie, ale stanowczo u ciebie przecież truskawki też rosną. Widziałam. Czemu swoich nie zbierasz?

U mnie? E tam, zebrać nie ma czego! machnęła ręką Ludmiła, zupełnie nie zakłopotana. Małe, kwaśne, nawet chrabąszczom chyba niesmaczne. Ja się nie bawię z nawozami i tym wszystkim, jak ty. U mnie wszystko jak Matka Natura dała. U ciebie za to owoce jak pięści! Szkoda, żeby się zmarnowały. Zresztą wy z Włodkiem sami, co zrobicie z tyloma? Przekąsicie się!

Ola westchnęła ciężko. Tok rozumowania sąsiadki był nieprzepuszczalny jak stary fortepian. Ludmiła szczerze wierzyła, że jeśli ktoś ma dużo, to musi się podzielić z tym, kto nie ma i przyczyna niedostatku, taka jak lenistwo, zupełnie się nie liczyła.

Działka Ludmiły wyglądała żałośnie: krzywe jabłonki, wykrzywione przez wiatr, grządki, które grabki nie widziały od świętego Jana, a wszędzie dmuchawce roznoszące swoje parasolki po sąsiednich ogródkach. Sama Ludmiła przyjeżdżała na działkę głównie odpocząć psychicznie: leżała w hamaku, smażyła tanie kiełbaski na cegłach i głośno słuchała Radia Złote Przeboje.

Ola tymczasem upajała się ogrodnictwem znała każdy krzaczek z imienia, zamawiała przez internet nietypowe odmiany pomidorów, wstawała o piątej, by przewietrzyć szklarnie, a szła spać po zapadnięciu zmroku, kończąc podlewanie. Każdy ogórek, każda marchewka to był efekt jej wysiłku, bolących pleców i nieprzespanych nocy, kiedy na wiosnę uderzały nocne przymrozki.

Ludka, odstaw tę miskę powiedziała Ola. Te truskawki są na dżem. Każda sztuka się liczy.

Jejku, znowu się zaczyna! Ludmiła przewróciła oczami. Sknera z ciebie. Ja tylko trochę wezmę, żeby dzieci spróbowały. Co, zabierzesz małemu z ust?

Zanim Ola zdążyła podejść do płotu, Ludmiła wsadziła wielką truskawkę do ust, pokazała jak przeżuwa i z tryumfem odpłynęła do swojego domku.

Ola stała pośród grządki, czując narastającą złość. Włodek, jej mąż, wyszedł właśnie z szopy z młotkiem w ręku.

Znowu Ludka coś podjada? zapytał, podchodząc.

Znowu. Jak koza na cudzym polu. Włodek, to już przegina. W zeszły weekend zabrała cukinię, gdy pojechaliśmy do sklepu. Powiedziała, że ją przerośnie, jeśli nie zerwie. Teraz truskawki na naszych oczach grabi, jakby była u siebie!

To postaw wysoki płot z paneli zaproponował Włodek. Dwumetrowy.

A gdzie tam… Regulamin ROD mówi, że tylko siatka albo płotek, żeby cienia nie robić. Zresztą na nowy płot kasy brak, przecież szklarnię założyliśmy…

Z tygodnia na tydzień było coraz gorzej. Lipiec upalny, plony szalone. Pomidory dojrzewały, ogórki chrupały już od patrzenia, papryka puchła z sokiem. Im więcej warzyw w ogródku Oli, tym częściej Ludmiła kursowała przy płocie.

Któregoś sobotniego popołudnia Ludmiła zwołała na działkę cały tłum gości dziesiątka ludzi, muzyka, skrzynki piwa. Wieczorem, gdy Ola podlewała kwiaty, sąsiadka już mocno podchmielona, zawołała:

Ola! Sąsiedzka pomoc potrzebna! Zabrakło nam zakąski! Wyślij trochę tych swoich Bawolich serc” pomidorów, garść zieleniny, bo sklep daleko, a impreza się rozkręca!

Ola wyprostowała się, z wężem wodnym w ręku.

Ludka, pomidory nie wszystkie dojrzały, a te które są, jadą jutro do miasta dla córki.

Przestań udawać biedną! Ludmiła przechyliła się przez płot, czując piwo. Przecież widzę, wiszą czerwone jak lampiony. Żal ci dla znajomych? Ja ci potem czekoladę kupię…

Nie powiedziała twardo Ola. Nie ma mowy.

Na twarzy sąsiadki uśmiech zgasł. Oczy się zwęziły.

Siedź ze swoimi pomidorami! Niech ci popękają! Takich sąsiadów mieć… Nawet zimą śniegu by nie pożyczyła! Tfu!

Odeszła głośno tupiąc. Przez całą noc od strony działki Ludmiły dobiegały złośliwe komentarze i śmiech, które Oli łamały serce. Weszła w końcu do domu i puściła telewizor głośniej.

Rankiem, wychodząc na taras, Ola znieruchomiała. Drzwi nowej szklarni uchylone. Serce podeszło jej do gardła. Pobiegła sprawdzić grządki.

Oczywiście. Największe kiście dojrzałych pomidorów połamane, część gałęzi złamana, na ziemi leżały podgnite i niedojrzałe sztuki. Zniknęły też ogórki. W rzędzie z ziołami dziura, koperek i pietruszka wyrwane razem z korzeniami.

Ola stała patrząc na zniszczenia. To nie była zwykła kradzież to było pogardzenie jej pracą, czasem i nią samą.

Włodek! zawołała drżącym głosem.

Mąż dokładnie wszystko obejrzał i skrzywił się.

To już nie żarty, Ola. To kradzież.

Jaka kradzież? Kto udowodni? Kamery nie mamy. Powie, że nie ona, że sami zerwaliśmy i ją oczerniamy… Przecież znasz Ludkę, gardła sobie da nie poderżnąć.

Ola zbliżyła się do płotu. U Ludmiły cisza goście odsypiali. Na werandzie, między pustymi butelkami, stała miska z resztą sałatki. W niej było widać kawałki Oli Bawolich serc i typowe liście jej pietruszki.

No dobrze, powiedziała Ola, głosem ze stali. Dość tego. Próbowałam po ludzku nie działa. Będzie po mojemu. Ale z głową.

Co wymyśliłaś? spytał Włodek nieco zaniepokojony. Tylko nie rób nic nielegalnego, proszę cię. Nie chcę mieć policji na karku za wiadro pomidorów.

Nie będzie nic nielegalnego uśmiechnęła się Ola. Tylko psychologia. I odrobina chemii.

Plan powstał natychmiast. Pojechała do dużego centrum ogrodniczego w Warszawie. Wróciła po kilku godzinach z dziwnym zestawem: żółty kombinezon z kapturem, maska, opryskiwacz do ogrodu, kilka opakowań niebieskiego barwnika spożywczego i butelka najtańszego, intensywnie pachnącego szarego mydła.

Wieczorem, gdy Ludmiła z gośćmi pili herbatę na tarasie, na działce Oli zaczęło się przedstawienie.

Ola wskoczyła w żółty kombinezon, założyła maskę, rękawice, Włodek sztormiak. Stanęli przy szklarni.

Ola wlała do wiadra wodę, dorzuciła niebieskiego barwnika i pół butli mydła. Zapach był wyjątkowo drażniący, a ciecz w opryskiwaczu przybrała kolor atramentu.

Włodek, nie podchodź! krzyknęła Ola przez maskę, głośno, by słyszała sąsiadka. To bardzo mocne środki! Trzeba uważać!

Zaczęła obficie zraszać pomidory, papryki i kapustę. Niebieska ciecz zostawiała widoczne ślady. Ogród wyglądał, jakby przeszedł mutację po katastrofie radiacyjnej lub jakby ktoś polał go siarczanem miedzi w dziesięciokrotnej dawce.

Ludmiła z ciekawości i lekkim niepokojem podeszła do płotu.

Ola, co ty wyprawiasz? Palisz coś? Szkodniki cię atakują? Śmierdzi aż strach!

Ola nie zdejmując maski odparła:

Gorzej, Ludka! W sieci przeczytałam o nowej zarazie wirus mozaikowy z grzybem. Cały plon w dzień się psuje. Musiałam kupić środek eksperymentalny. ChemAgro-Trucizna. Groźna rzecz, cała żywina ponoć ginie!

Cała żywina? Ludmiła pobladła.

No, robactwo, ptactwo, myszy… Dla ludzi też niebezpieczne, jeśli zje się za wcześnie. Trzeba czekać 21 dni. Jak wcześniej dramat, ze szpitala nie wyjdziesz, wątroba siada podobno. Ale po trzech tygodniach wsio okej, rozkłada się na nieszkodliwe substancje. No, próbuję ratować plon, ryzykuję…

Dwadzieścia jeden dni?! powtórzyła Ludmiła, łapiąc się za brzuch. A jak dotknę?

Jeśli ręce zaraz umyjesz spirytusem lub kwasem, to pewnie przeżyjesz. Ale jeśli sok dostanie się do oczu czy ust… Wolę nie myśleć. Nawet kombinezon potem spalę.

Ola znów zaczęła pryskać warzywa. Ludmiła chwilę stała, po czym powoli wycofała się do domu.

Słuchajcie! rozległ się jej ściszony głos do wnuków. Nie jedzcie tej sałatki. Lepiej ją wyrzućcie. Jakaś gorzka była…

Pod maską Ola się uśmiechnęła. Operacja Darmocha rozpoczęta.

Przez tydzień Ludmiła omijała płot szerokim łukiem. Z przerażeniem wpatrywała się w niebieskie pomidory barwnik trzymał się świetnie. Gdy wnuki zbliżały się do płotu, krzyczała:

Nie podchodźcie! Tam trujące! Nawet nie oddychajcie w tamtą stronę!

Ola spokojnie dbała o swoje grządki. Wieczorami z Włodkiem spłukiwali barwnik z ogórków (bo szybko rosły, szkoda zostawiać), a pomidory zostawiali niebieskie odstraszały nie tylko Ludmiłę, ale i ptaki.

Sprytna Ludmiła jednak nie pozwoliła się długo zwieść. Tydzień później strach osłabł, a ciekawość wróciła głupim pytaniem:

Ola! zawołała w sobotę rano. A co, ogórki jesz? Przecież mówiłaś, że nie wolno przez trzy tygodnie! Czy na was trutka nie działa?

Ola siedząc na werandzie z kawą i ogórkiem nie mrugnęła nawet okiem.

Ze sklepu te ogórki, Ludka. Swoich nie ruszam, patrz, wiszą niebieskie. Zdrowia żal. Sklepowe plastikowe, ale co zrobić? Swoje trzeba ocalić.

Ludmiła skrzywiła się i poszła mrucząc coś o chemikach i o ekologii zatrutej. Do warzyw już nie próbowała podchodzić.

Prawdziwy finał przyszedł jednak w sierpniu, porze zbiorów. Pod wpływem słońca i deszczu barwnik się wytarł z pomidorów, pozostał lekki niebieski odcień przy szypułce.

Ludmiła chyba uznała, że kwas już wywietrzał. Albo chciwość wygrała ze strachem.

Ola miała jechać do miasta na dwa dni. Przed wyjazdem założyła na furtkę duży kłódkę, a na siatce od strony Ludmiły zawiesiła poważną, zalaminowaną kartkę:

Uwaga! Obiekt monitorowany. Działka opryskana eksperymentalnym środkiem 3. klasy zagrożenia. Spożycie owoców bez odkażenia grozi poważnymi skutkami dla przewodu pokarmowego. Zarząd ROD został powiadomiony o sytuacji. W przypadku wtargnięcia zgłoszenie na policję!

Kamery to była ściema ale notka o chemikaliach i policji brzmiała groźnie.

Po dwóch dniach Ola widzi niespotykany widok. Ludmiła dyskutuje przy płocie z przewodniczącym ROD, poważnym panem Piotrem.

Panie Piotrze, niech pan zobaczy co się dzieje! wrzeszczała Ludmiła, wskazując kartkę. Ona nas truje! Robi eksperymenty! Moje wnuki miały wczoraj ból brzucha przez jej trucizny! Nakazać jej niech zdejmie chemikalia! I kamery… jeszcze mnie szpieguje!

Pan Piotr przetarł zmęczone okulary. Na widok wracającej Oli spojrzał z ulgą.

Pani Olgo, dzień dobry. Mamy tu małą skargę… Chodzi o te środki ochrony i kamery.

Panie Piotrze, nie ma tu żadnych zakazanych chemikaliów odparła Ola. Kartka to zabezpieczenie przed złodziejami. Często ostatnio grasują na działkach dwunożne szkodniki. A o wnuczkę… Gdyby Ludmiła i jej goście nie kradli warzyw, brzuchy byłyby zdrowe.

Ja kradłam?! Ludmiła aż się zaczerwieniła. Udowodnij! Nie złapałaś, nie kradłam!

Mam wszystko na nagraniu odparła spokojnie Ola, patrząc jej w oczy. Kamery niby-dummy już zdjąłam, zostawiłam prawdziwe, za szklarnia. Chcesz, Ludka, obejrzymy z przewodniczącym jak przez płot sięgasz? Albo jak twoi goście w sobotę koperek wyrywają? Miałam właśnie pisać zgłoszenie na policję.

To był blef, ale trafił w sedno. Ludmiła zsiniała dobrze pamiętała swoje grzeszki i nie wiedziała, kiedy Ola mogła założyć te mityczne kamery. Strach przed zawstydzeniem i mandatem przeważył nad cwaniactwem.

Po twoich warzywach to i tak bym nawet kury nie nakarmiła! krzyknęła. Sama sobie zjedz! Też umiem wyhodować!

Obruszona pobiegła do swojego domu i trzasnęła drzwiami.

Pan Piotr spojrzał na Olę, potem na tabliczkę i niebieskawe pomidory. W jego oku błysnęła iskra.

Pani Olgo, naprawdę taki mocny środek?

Barwnik spożywczy i szare mydło, panie Piotrze. Mszyce omijają szerokim łukiem… A na chciwych sąsiadów to najlepszy środek prewencyjny.

Rozumiem uśmiechnął się przewodniczący. Nie mam pytań. Proszę nie zdejmować kartki na innych też podziała.

Od tej pory z Ludmiłą nastąpiła zimna wojna. Przestała się odzywać, odwracała głowę na widok Oli i wszędzie opowiadała, że ma za sąsiadkę wiedźmę-trucicielkę. Oli to nie przeszkadzało. Najważniejsze, że plony były nienaruszone.

Największa niespodzianka przyszła jednak wiosną. Całą majówkę Ola obserwowała pracę na sąsiedniej działce. Ludmiła, stękając, zaczęła uprawiać grządki. Krzywo i chaotycznie, ale swoimi rękami. Obok stały skrzynki z marną rozsada ale były.

Ola podeszła do płotu. Ludmiła spojrzała spod czapki i wystawiła łopatę jak dzidę.

Czego chcesz? Przyszła zaglądać?

Powodzenia, Ludka powiedziała spokojnie Ola. Głębiej nie kop, tu glina pod spodem. Trochę piasku warto dodać.

Sama wiem! Bez rad sobie dam radę. Swoje wyhoduję! Bez twojej chemii.

Wiesz, własne zawsze smakuje najlepiej.

Latem u Ludmiły wyrosły pierwsze, pokrzywione ogórki i drobne pomidory. Pilnowała ich jak oczka w głowie i zupełnie przestała zaglądać do Oli. Okazało się, że gdy poświęca się własny trud, nie chce się już korzystać cudzym kosztem. Docenia się każdą truskawkę.

Pewnego wieczoru Ola widziała, jak Ludmiła przegania miejscowych chłopaków, którzy pobiegli po piłkę przez jej grządki.

Wynocha! Tu nie boisko! Tu praca jest!

Ola spojrzała na Włodka, który właśnie rozgrzewał grilla, i oboje cicho się zaśmiali.

Widzisz powiedziała Ola a ty chciałeś płot. Najlepszym nauczycielem jest własna praca.

Na koniec sezonu Ludmiła sama zbliżyła się do płotu. W dłoni trzymała słoik z mętną zalewą, w której pływały trzy różne ogórki.

Masz tu burknęła, podając słoik. Wypróbujcie. Swoje. Z przepisu zagranicznego.

Ola przyjęła prezent jakby to była kosztowna pamiątka.

Dziękuję, Ludka. Na pewno spróbujemy. A ja dam ci nasiona na przyszły rok odmiana Bawole Serce, tylko zacząć trzeba w lutym. Pomogę ci.

No… dobra mruknęła Ludmiła, starając się ukryć zadowolenie. Jeśli ci nie żal.

Nie żal. Dla tych, co pracują sami, nigdy nie żałuję.

Stały tak chwilę w milczeniu, patrząc na żółknące sady. Kartka o chemikaliach dawno spłynęła z deszczem ale niewidzialna granica szacunku została. I była mocniejsza niż najgrubszy płot.

Tego roku Ola zrobiła rekordową ilość przetworów z pomidorów i nic się nie zmarnowało.

Niech ta historia będzie przestrogą cudze łatwo wziąć, ale największą satysfakcję daje to, nad czym samemu się napracujemy. Własny trud budzi szacunek i do własnych plonów, i do sąsiadów.

Rate article
Fajna Tajna
Sąsiadka z działki myślała, że mój plon należy do wszystkich, ale szybko oduczyłam ją korzystania z …