Przypadkowe spotkanie
Mój stary puchowy płaszcz ogrzewał mnie tylko od bioder w dół. Cały puch zsunął się z góry, przez co górna część stała się cieniutką warstwą przewiewaną przez wszystkie wiatry. Tam, na dole, ratowały mnie grube, wełniane spodnie i walonki, a chustę z wełny szczelnie zarzucałam na ramiona przez rękawy, żeby nie zmarznąć.
Samochód, który obiecała mi Teresa znajoma z hali targowej zawiódł. I tak, otoczone wielkimi torbami, łapałyśmy dziś autostop na obrzeżach Warszawy. Nasze bagaże w jednym aucie by się nie zmieściły, dlatego rozeszłyśmy się w różne strony, każda próbując szczęścia na własną rękę.
Kiedy pracowałam jeszcze u szefowej, takich problemów nie było. Ale pieniędzy wciąż brakowało samotnie wychowywałam dwóch synów, więc niedawno wybrałam się z Teresą jako tzw. mrówka po towar za granicę.
Od tego nie przybyło pieniędzy, towar wciąż leżał nie sprzedany, a kłopotów tylko przybyło.
Każdego ranka trzeba było znieść paczki na bazar, wieczorem zabrać je do domu i tachać na czwarte piętro, chyba że akurat syn był w domu i pomógł.
Jeszcze niedawno śpiewałam głośno Chcemy być sobą, chcemy być wolni, wierząc, że zmiany odmieniają życie na lepsze. Teraz te zmiany wtargnęły brutalnie PKS, gdzie pracowałam, padł, wszystkich zwolnili. Mąż dawno zniknął, więc nie miałam wyjścia, zaczęłam handlować, choć zawsze uważałam, że nie nadaję się do tego.
I stałam teraz na poboczu, w śnieżnym błocie, niby jeszcze młoda kobieta, ale z ustami spierzchniętymi od wiatru, z czerwonymi policzkami od godzin na mrozie i łzami w kącikach oczu.
Samochody przejeżdżały, ochlapując błotem. Starałam się patrzeć nie na brud, a na dachy i drzewa, gdzie śnieg był biały i czysty. W życiu zbyt wiele tego szarego błota lepiej nie zwracać na nie uwagi.
Po raz kolejny pomachałam ręką bez nadziei i nagle zatrzymał się brudny jak cała Warszawa, stary volkswagen.
Podrzuci pan na ulicę Gagarina za rozsądną cenę? zaczęłam mówić przez uchylone drzwi i nagle zamilkłam.
Poznałam go natychmiast. Jakby nie minęły całe lata. Wyglądał niemal tak samo, może jeszcze bardziej przystojnie. Te same poważne, tajemnicze oczy, lekko uniesione brwi, uśmiech tylko musnął usta.
Nim ochłonęłam, wysiadł, przerzucił szybko moje torby do bagażnika.
Usiadłam na przednim fotelu, poprawiłam chustę i czułam, że muszę znaleźć jakieś wytłumaczenie dla mojego obecnego wyglądu. Na pewno mnie poznał…
Albo i nie…
Tyle lat minęło. Ile?
***
Miałam wtedy dwadzieścia dwa lata. Rzucono mnie na praktyki dyplomowe do leśnictwa niedaleko Siedlec. W Warszawie czekał już na mnie Przemek, narzeczony. Wszystko szło zgodnie z planem: praktyka, dyplom, ślub.
Cóż mogły zmienić trzy miesiące praktyk? Nic…
Zamieszkałam u starszej pani, Marianny, też pracującej w leśnictwie, z jej głuchym teściem. Charakter zawsze miałam otwarty, więc szybko się zaprzyjaźniłyśmy, a nad staruszkiem czuwałyśmy wspólnie.
Pewnego dnia dziadek zasłabł. Wybiegłam po pomoc do sąsiadów nikogo nie było. Na ulicy jechał traktor. Zamachałam. Zeskoczył z niego młody mężczyzna: wysoki, przystojny, z zamyślonym spojrzeniem.
Wpadliśmy razem do domu, on podniósł dziadka, zaniósł do traktora. Ja w podenerwowaniu zastanawiałam się, czy dowieziemy go na czas.
Udało się. U lekarza już czekała karetka. Zabrał się z nami, nie pytał, czy może. Dopiero pod ambulatorium, gdy dziadek był pod opieką, zamieniliśmy parę słów.
Okazało się, że pracujemy w tej samej firmie i mieszkamy po sąsiedzku. Nazywał się Andrzej.
Było już późno. Szybko ogarnęliśmy się a jak wracać? Karetka na wieś przecież nie wraca.
Wpadniemy na noc do matki mojego znajomego, mieszka blisko. Rano wrócimy z chłopakami.
Pozwoliłam się namówić. Odpoczęłam na wysokich pierzynach, dopóki nie obudziła mnie rano ciepła, rozmowna pani Halina.
Przy śniadaniu opowiedziała, że Andrzej był już żonaty, ma synka, żona go zostawiła. On sam, poza pracą, prowadzi małą hodowlę, dorabia, stawia dom. Wychwalała go, jakby chciała przekonać mnie, że warto zwrócić na niego uwagę.
Tylko się uśmiechałam. Miałam przecież narzeczonego, dobrze zapowiadającego się inżyniera. Ja młoda, ambitna, wdowy z dziećmi mnie nie interesowały.
A jednak po tej przygodzie zaczęłam spotykać Andrzeja coraz częściej: w lesie, w stołówce, na ulicy. Marianna uważała go za świetną partię, swoje rzucała:
Wpadłaś Andrzejowi w oko. Pytałam go o ciebie, to zarumienił się jak chłopak. Pasujecie do siebie.
Co pani, mam Przemka…
To jeszcze nie mąż. A Andrzej rzetelny chłop. Całą chlewnię rozkręcił. I dzieciak potrzebuje matki.
A moje serce biło coraz mocniej, bo coraz częściej wypatrywałam jego wzroku. Był opanowany, silny, miał w sobie spokój, który czuło się z daleka. I wszyscy go szanowali.
Mężczyźni powtarzali: Skonsultuj się z Prudzińskim bo tu, w leśnictwie, byłam jak kobieta z miasta wysoka, w karmelowym płaszczu, śmigająca po błocie jakby unosiła się nad nim. Zatrzymywali przy mnie przekleństwa, spoważniali.
Proszę pani, jak pani zdecydowała się tu przyjechać?
Zaczekaj, Natalko, podrzucę cię.
Wieś była niedaleko, ale lało, więc wsiadłam do traktora.
A z kim syn zostaje? zapytałam.
Mów mi po prostu Andrzej. Synek z mamą, pomaga sąsiadka. W przedszkolu też bywa… Dorasta.
Jak się nazywa?
Jędruś odparł z błyskiem w oku istny żywioł. Trzeba mieć na niego oko.
Później opowiadał, że wiosną wszystko tu robi się piękne. Latarnie nie świecą, to chwilowe, naprawimy. Czułam, że czuje się odpowiedzialny za całą wieś i mieszkańców.
Czy mogłam wtedy wiedzieć, że ta odpowiedzialność to najważniejsza cecha mężczyzny?
Coraz częściej wpadał do nas, przywoził drewno, lekarstwa. Ja jednak zmagałam się z własnymi uczuciami.
Nie potrafiłam sobie siebie wyobrazić na tej wsi. Niby w Warszawie już nic mnie nie trzymało poza Przemkiem i przygotowaniami do ślubu. Wyobrażałam sobie rozczarowanie narzeczonego, czemu go porzuciłam dla innego, i rozczarowanie mamy…
Wieczorami, słuchając wiatru i szczekania psów, wyobrażałam sobie życie z Andrzejem: byłby wdzięczny, kochał i szanował mnie, dzieci jeszcze by się urodziły… Ale te myśli odsuwałam. Był przecież Przemek, już miałam obrączkę na palcu, rodziny czekały.
A jednak w sercu rozbudzało się ciche, niejasne przeczucie wielkiej miłości. Ono i zbliżająca się wiosna mąciły mi w głowie.
Coraz częściej myślałam, że Przemka nigdy nie kochałam, a Andrzeja naprawdę. To, że w domu czekał narzeczony, nadawało temu dramatyzmu a dramatyzm wszystkim romantycznym dziewczynom wydaje się konieczny.
I nagle, podczas pewnej szczególnej rozmowy, niemal sama sprowokowałam to, co nieuchronne. Sama nie wiedziałam, z czego to wynika: pożegnanie z przeszłością czy przyszłością? On odradzał mi pochopnych kroków, patrzył głęboko w oczy; w końcu zrozumiał, że dla mnie to koniec tamtych relacji.
To był mój pierwszy raz, ale niczego nie żałowałam.
Ostatecznej decyzji jednak nie podjęłam. Głupota, naiwność, brak doświadczenia?
Pewnego dnia przy studni zobaczyłam białowłosego chłopca, skaczącego po kamieniach. Jeśli wpadłby do studni… Przyspieszyłam kroku.
Hej, nie wolno! To niebezpieczne! Gdzie twoja mama?
W oddali biegła dziewczyna, taka szara, bez wyrazu. Chłopiec, przerażony, wyrywał się do niej z płaczem.
Dziękuję, uciekł mi… powiedziała cicho, kierując się z malcem w stronę domów.
Jędruś? Czyżby syn Andrzeja? Przestraszyłam się obce dziecko, nie wiadomo, czy zaakceptuje mnie kiedykolwiek.
Niedługo przyszedł Andrzejowa matka, Zofia. Płakała, mówiła, że Jędruś przywiązał się do Haliny, sąsiadki, że ona kocha Andrzeja, a ja wszystko zburzyłam.
Byłam w szoku. To ja wcięłam się w czyjeś życie? Sądziłam, że to Andrzej mnie oderwał od narzeczonego! Uznałam, że to ja jestem poszkodowana, a wychodziło na to, że zrobiłam komuś krzywdę.
Andrzej błagał, żebym została. Odprowadził na dworzec, mówił, że Halina i Zofia sobie urojenia stworzyły. Halina rzeczywiście zdawała się niknąć przy nim cicha, drobna, nieśmiała kobieta.
Ona ciągle milczy, jakby wiecznie zawstydzona mówiła Marianna oni do siebie nie pasują. Co innego ty.
Ale byłam już zraniona, nie chciałam więcej słuchać. Wracałam z podniesioną głową do swojego miasta, narzeczonego.
Andrzej został na peronie: w kraciastej koszuli, z opuszczonymi ramionami i smutkiem między brwiami. Takiego go zapamiętałam na lata.
Wysiadłam na swoim przystanku i długo płakałam.
Tak skończyła się moja trzymiesięczna praktyka.
Ale młodość wszystko leczy. Wyszłam za Przemka, pochłonęło mnie życie rodzinne.
**
W ciężkim płaszczu i spodniach usiadłam na fotelu, poprawiłam chustę i czułam, że chciałabym mu wyjaśnić, dlaczego dziś wyglądam tak mizernie. Przecież musiał mnie poznać.
Albo…
Zmieniłam się. Przytyłam, twarz mam spękaną od zimna, płaszcz znoszony…
Ile to już lat? Szesnaście. Tak, aż szesnaście.
Jechaliśmy w milczeniu.
Ale pogoda zaczęłam, gdy jakiś samochód ochlapał nas jeszcze raz.
W mieście jest źle, ale pod Warszawą czysto. Drogi dobrze, zaskakująco, odśnieżone Andrzej mówił spokojnie.
Jeździsz tam często?
Tak, biznes.
Dzięki, że się zatrzymałeś, bo dziś nas zawiodło auto. Mam opłacić kurs…
Spojrzał na mnie z tym swoim dawnym, tajemniczym wzrokiem. Już wiedziałam poznał.
Cześć… powiedziałam cicho, na wszelki wypadek.
Cześć, Natalio!
Znałeś mnie? Myślałam, że już zapomniałeś.
Nie zapomniałem odpowiedział poważnie.
Coś ścisnęło mi się w środku, mocniej niż wtedy na praktykach; jego głos, ręce, wszystko wróciło. Zrobiło mi się gorąco, zdjęłam chustę z głowy.
Jak się żyje, Andrzeju?
Cisza trwała chwilę, trochę jakby otrząsał się ze wspomnień.
Wiesz co? Nie jest najgorzej. Daję radę. Czasy trudne…
Pracujesz dalej w leśnictwie?
Nie, tam już nie ma od kilku lat. Zbudowałem własną firmę. Zajmuję się mięsem, trzymam farmę.
Teraz to wszyscy handlują.
I nagle przypomniałam sobie szyld na sklepie Prudziński. Wyroby mięsne. Kiedyś mnie to rozbawiło zbieg okoliczności.
Chwileczkę. Kiełbasy i wędliny Prudzińskiego to twoje?
Można powiedzieć. Niesmakują ci?
Nie, wręcz przeciwnie. Mama je kupuje na zapas. Nie wiedziałam…
On, jakby usprawiedliwiając się za sukces, zaczął tłumaczyć:
Najpierw zupełnie domowo, poszerzyłem hodowlę, sporo mięsa było przerabianego. Ludzi do roboty dużo. Potem zbudowałem małą fabrykę i sklepy.
Sam czy z kimś?
Mam zespół, ale firmę prowadzę ja. Zresztą, sporo ludzi z mojej wsi ze mną pracuje Działamy już na całą Mazowsze.
Poczułam się dziwnie wobec tego kontrastu: ja w starym płaszczu, on z chłopaka z traktora wyrósł na przedsiębiorcę. Tak jakbyśmy zamienili się miejscami.
Jak tam synek?
Andrzej się uśmiechnął.
Mam już trzech synów.
Trzech?
Tak, trzech chłopaków. A ty?
Syn i córka odparłam, wycierając pot z czoła.
Jędrek w wojsku, był nawet za granicą pod misji. Przeżyliśmy strachów. Halinka osiwiała. Ale wraca na wiosnę. Środkowy chodzi już do technikum, najmłodszy w piątej klasie.
Halinka czyli jednak się z nią ożenił.
Najchętniej powiedziałabym teraz, jak żałuję, że wtedy uciekłam. Tyle razy tego żałowałam! Teraz, kiedy znowu go zobaczyłam
Przemek nie sprawdził się jako mąż. Początek był jako-taki, pracował jako inżynier. Pojechaliśmy nawet do Kalisza za pracą, mieszkanie służbowe. Dzieci małe, bieda, ale wszystko można znieść.
Potem zaczął się spierać, pić, straciliśmy mieszkanie, wróciliśmy do teściowej. W końcu zaczął się szlajać, rozwód był nieunikniony. Zamieszkałam z dziećmi u swojej mamy. Ojca już wtedy nie było.
Tak bardzo chciałam mu wszystko opowiedzieć, o wszystkim, czego doświadczyłam. Ale powiedziałam tylko:
Syn jest w pierwszej liceum, córka w ósmej klasie. Czas leci
Oj, leci.
Zamilkliśmy. O tym, co dla nas naprawdę ważne, oboje chcieliśmy porozmawiać, ale obawialiśmy się, że tylko dla nas to jest ważne.
Poczułam nagle wyrzuty sumienia wobec Andrzeja, ale natychmiast przypomniałam sobie jego matkę i Halinkę. Przecież im właśnie wtedy ustąpiłam. Ale wtedy myślałam tylko o własnej dumie
A u ciebie jak? zapytał.
A u mnie? Jak widzisz, mnie zwolnili, zaczęłam handlować na własną rękę Ale ciężko, samej
A mąż? Przemek chyba?
Pamiętasz?
Pamiętam, widziałem cię jako narzeczoną. Jechałem wtedy za waszym orszakiem aż pod salę weselną.
Słucham?!
Tak. Dzień przed ślubem Marianna mi powiedziała. Zostaw to, Natalka ma jutro wesele. Wskoczyłem w auto i pojechałem, chciałem zobaczyć. Wyglądałaś jak szczęśliwa królowa. Nie pokazałem się. Wróciłem i oświadczyłem się Halinie.
Boże. Gdybym to wiedziała szepnęłam osłupiała.
Tylko bym wszystko zepsuł. Byłaś wtedy szczęśliwa.
Tak, to duży dzień w życiu kobiety. Tyle że krótko byłam szczęśliwa. Po pięciu latach byłam już po rozwodzie, wróciłam do mamy.
Szkoda kiwnął głową.
Przywykłam. Okazałam się silną kobietą. Dzieci są zadbane, dobrze się uczą. Starszy chce na medycynę. Damy radę. A na targu, w walonkach zaśmiałam się, miejsce mam przewiewne, ale obrotne, nie oddam go nikomu.
Chciałam, żeby widział, że nie jestem tak całkiem nieszczęśliwa. Może nie mam takiej firmy, ale nie klepię biedy.
Andrzej zasępił się, milczał z brwiami ściągniętymi w skupieniu.
A jak twoje małżeństwo? Jak Halinka?
Wzruszył ramionami.
Halinka? Teraz… prowadzi piekarnię. Stara Piekarnia znasz?
Jasne, czasem bywam. To ona to prowadzi?
Tak, specjalnie dla niej zbudowałem. Dobrze jej wychodziły chleby, więc otworzyliśmy razem sklepik, potem większy.
I przypomniałam sobie, jak kiedyś koleżanka ciągnęła mnie do tej Starej Piekarni, zachwalała chleb. W kolejce pokazała właścicielkę: drobna, rezolutna, krótko ostrzyżona, z białym fartuchem i różową apaszką. Wydawało mi się, że skądś ją znam… Teraz już wiedziałam dlaczego.
To gdzieś tu, prawda? dojeżdżaliśmy właśnie w pobliże mojego bloku.
Następny kwartał wskazałam.
Andrzej zahamował, wysiadł, podbiegł do kiosku Kwiaty, wrócił z wielkim bukietem białych chryzantem. Otworzył drzwi i postawił mi je na kolanach, na tych moich śmiesznych szarych spodniach.
Patrzyłam na kwiaty i w oczach mi się wszystko zamgliło. Szybko otarłam łzy. Przecież przed chwilą twierdziłam, że jestem silną kobietą.
Pomógł mi znieść torby pod mieszkanie klatka schodowa z zamalowanymi sprayem ścianami. Przytuliłam kwiaty do piersi.
Wstąpisz? spytałam trochę z nadzieją, trochę z obawą. Pewnie bałaganię, wszędzie worki i paczki z towarem, a do tego mama z pytaniami.
Byłoby może lepiej, gdyby się zgodził, może by zrozumiał…
Nie, Natalio, muszę jechać. Dzień mam napięty uścisnął mi nadgarstek, potrzymał chwilę jakby na pożegnanie.
Zbiegł po schodach.
Krzyknąć za nim? Powiedzieć mu?
Patrzyłam za nim z ciężkim sercem. On już się pożegnał. Nie zobaczymy się więcej. A jednak zrobiło mi się lżej.
Wtaszczyłam torby.
Od razu przywitała mnie mama: pytania, zmartwienia, rodzinne nowiny. Słuchałam jednym uchem, wciąż czułam na ręku dotyk jego dłoni. Odłożyłam walonki, zachowywałam się z przyzwyczajenia, po omacku.
Mama snuła się za mną, opowiadała o wszystkim, nie zauważając, że jestem nieobecna.
Dopiero wieczorem, gdy usiadłyśmy przy stole, powiedziałam:
Mamo, pamiętasz, jak przed ślubem mówiłam ci o chłopaku z praktyk w leśnictwie? Ten, co mi się kiedyś podobał?
Pamiętam… spojrzała czujnie A czemu pytasz?
Wtedy powiedziałaś: żeby córka nie mieszkała na wsi i świni nie hodowała.
Dobrze powiedziałam. Byłabyś w gnoju…
Dzisiaj go spotkałam.
Spotkałaś? Gdzie?
Nie ważne gdzie. Produkty Prudzińskiego, które tak wychwalasz to jego. A żona prowadzi Starą Piekarnię. No i tyle.
Mama zaniepokojona spojrzała w okno, milczała przez chwilę, w końcu powiedziała, bardziej do siebie niż do mnie:
Losu się nie wybiera. Gdyby się dało, ludzie by się pobili o szczęście.
Poczułam litość dla niej.
Daj spokój, mamo. Przecież żyjemy. Dziś sprzedałam dwa garnitury i trzy kurtki. Przebijemy się, nie smuć się!
Tak, lepiej nie wiedzieć, gdzie się przewrócisz, to i nie kładziesz pod siebie słomy I dobrze ale widać było, że przejęła się tą historią głęboko.
Po chwili wrócił syn wysoki, przystojny, o poważnym spojrzeniu. Teraz widziałam wyraźniej niż kiedyś, jak bardzo przypomina własnego ojca…
I kto by uwierzył całej rodzinie, że trzykowy chłopak mógł być wcześniakiem? Uwierzyli. Nikt nigdy nie miał podejrzeń do mojej roztropności.
Syn usiadł przy stole.
Mamo! Tylko się nie denerwuj. Zatrudniłem się w klubie jeździeckim. Opieka przy koniach, płaca od pracy. Na naukę nie wpłynie, słowo daję, mamo…
Westchnęłam. Wczoraj byłabym zła, dziś…
W porządku, Andrzejku. Jesteś dorosły. Każda praca jest potrzebna. A i pieniądze ci się przydadzą. Nie mam nic przeciwko.
Zamieszał zupę szczęśliwy, zerkał na mnie: coś się we mnie zmieniło i nie wiedział co, ale czuł się lepiej przez matczyne zaufanie.
Nie mogłam zasnąć. Nie płakałam, nie rozpaczałam, ogarnęło mnie dziwne poczucie spokoju.
Patrzyłam na białe chryzantemy, rozmyślałam o losie, spotkaniu, o tym, że każde z nas idzie dalej, przechodzi w nowy etap życia osobno.
To spotkanie rozdarło moją przeszłość na dwoje: przed nim, i po nim. I teraz znów było podobnie.
A przyszłość niesie nam jeszcze niejedną niespodziankę i szansę na szczęście. Już się nie zobaczymy, a jednak będziemy na siebie wpływać w myślach.
Wszystko, co się dzieje, ma swoją przyczynę.
I może po to dziś się spotkaliśmy, żebym to zrozumiała na nowo.


