Dobra żona – prawdziwy skarb każdej polskiej rodziny

Dobra kobieta.

Dobra kobieta. Co byśmy bez niej zrobili?
A ty jej tylko dwa tysiące złotych miesięcznie płacisz.
Zosiu, przecież na nią zapisaliśmy mieszkanie.

Karol wstał z łóżka i wolno przeszedł do sąsiedniego pokoju. W świetle nocnej lampki zmrużonymi oczami spojrzał na swoją żonę.

Przysiadł obok niej, nasłuchiwał. Chyba wszystko w porządku.

Wstał i powoli podreptał do kuchni. Otworzył kefir, poszedł do łazienki, potem wrócił do swojego pokoju.

Położył się znowu. Sen nie przychodził:

Nam ze Zosią już po dziewięćdziesiątce. Ile to przeżyliśmy Niedługo już, pewnie do Boga, a obok nikogo.

Córki, Agnieszki już nie ma, nawet sześćdziesiątki nie dożyła.

Pawła także brak Lubił się bawić za dużo Wnuczka, Ola, mieszka już od ponad dwudziestu lat w Niemczech. O dziadkach chyba nie pamięta. Pewnie i jej dzieci są już duże

Nie zauważył, kiedy zasnął.

Obudził się od dotyku dłoni:

Karolu, wszystko w porządku? rozległ się cichy głos.

Otworzył oczy. Nad nim pochylała się żona.

Co ty, Zosiu?

Patrzę, leżysz i się nie ruszasz.

Żyję jeszcze! Idź spać!

Za chwilę rozległy się powolne kroki, kliknął włącznik światła w kuchni.

Zofia napiła się wody, odwiedziła łazienkę i poszła do swojego pokoju. Usiadła na łóżku:

Tak to już jest, pewnego ranka się obudzę, a jego już nie będzie. Co wtedy zrobię? A może ja pierwsza odejdę.

Karol już zamówił dla nas stypę. Nigdy bym nie pomyślała, że można to załatwić z wyprzedzeniem. Z drugiej strony, dobrze. Kto to za nas ogarnie?

O wnuczce już nawet nie wspominam. Jedynie sąsiadka Ania nas odwiedza. Ma klucz do naszego mieszkania. Dziadek oddaje jej po tysiącu z naszej emerytury. Robi zakupy i czasem przynosi, co potrzeba. A na czwarte piętro i tak już sami nie dajemy rady zejść.

Karol otworzył oczy. Za oknem świeciło słońce. Wyszedł na balkon i zobaczył zieloną koronę dzikiej wiśni. Na twarzy pojawił się uśmiech:

No proszę, dożyliśmy do lata!

Poszedł do żony. Siedziała zamyślona na łóżku.

Zosiu, już przestań się martwić! Chodź, coś ci pokażę.

Ojej, zupełnie nie mam siły! stara babcia ledwo podniosła się z łóżka. Co ty wymyśliłeś?

Chodź, chodź!

Podtrzymując ją pod ramieniem, doprowadził żonę do balkonu.

Popatrz, dzika wiśnia zielona! A mówiłaś nie doczekamy lata. Doczekaliśmy!

O, prawda! I słoneczko świeci.

Usiedli na ławeczce na balkonie.

Pamiętasz, jak pierwszy raz zaprosiłem cię do kina? Jeszcze w liceum. Wtedy też dzika wiśnia już się zazieleniła.

Czy można takie rzeczy zapomnieć? Ile to już lat minęło?

Siedemdziesiąt Siedemdziesiąt pięć.

Siedzieli długo, wspominali młodość. Z wiekiem wiele się zapomina i to, co się wczoraj robiło, czasem umyka. Ale młodość tego się nie straci.

Oj, zagadaliśmy się! wstała żona. A śniadania jeszcze nie jedliśmy.

Zosiu, zrób porządną herbatę! Mam dość tej ziołowej.

Ale nie wolno nam.

Choć chociaż słabą i po łyżeczce cukru dodaj.

Karol pił ten ledwo zaparzony napar, popijając małą kanapkę z serem, i wspominał czasy, kiedy do śniadania była mocna, słodka herbata z ciastkami lub naleśnikami.

Przyszła sąsiadka. Uśmiechnęła się ciepło:

Jak się dziś macie?

Jak to mogą się mieć dziewięćdziesięciolatkowie? zażartował dziadek.

Jak żartujesz, to dobrze. Co wam kupić?

Aniu, kup mięsa! poprosił Karol.

Przecież wam nie wolno.

Kurczaka można.

Dobrze. Ugotuję wam rosół z makaronem!

Sąsiadka posprzątała ze stołu, pozmywała naczynia i wyszła.

Zosiu, chodź na balkon, zaproponował Karol. Ogrzejemy się na słonku.

Chodźmy!

Za chwilę dołączyła sąsiadka. Wyszła na balkon:

Brakowało wam tego słońca?

Dobrze tutaj z tobą, Aniu! uśmiechnęła się Zofia.

Dobrze, zaraz wam przyniosę tutaj kaszę. I zacznę robić rosół na obiad.

Dobra kobieta, Karol patrzył za nią z wdzięcznością. Co byśmy bez niej zrobili?

A ty jej tylko dwa tysiące miesięcznie płacisz.

Zosiu, przecież całe mieszkanie na nią zapisaliśmy.

Ona o tym nie wie.

Tak przesiedzieli do obiadu. Na obiad był rosół z kurczaka, mocno mięsny, z ziemniakami.

Taki zawsze gotowałam Agnieszce i Pawłowi, jak byli mali wspomniała Zofia.

A nam, na starość, gotują obcy westchnął Karol.

Może taka nasza dola, Karolku. Odejdziesz nikt nawet nie zapłacze.

Wystarczy, Zosiu. Nie smućmy się. Odpocznijmy trochę!

Karolu, nie bez powodu mówią:

Stary czy mały jedno w głowie.

U nas wszystko jak u dzieci rosół przecierany, drzemka, podwieczorek.

Karol przysnął, ale coś nie pozwoliło mu spać długo. Pogoda się zmieniała, czy co? Poszedł do kuchni. Na stole stały dwie szklanki soku, przygotowane przez Anię.

Wziął je ostrożnie i zaniósł do żony. Siedziała na łóżku, patrząc przez okno:

Co ci, Zosiu? uśmiechnął się. Czas na sok!

Wzięła, upiła łyk:

Też nie możesz zasnąć?

Pogoda taka.

Od rana źle się czuję, Zofia smutno pokręciła głową. Czuję, że niewiele mi zostało. Karolku, pochowaj mnie jak należy.

Zosiu, co ty mówisz. Jak ja będę żył bez ciebie?

Ktoś z nas zawsze pierwszy

Już, już! Chodźmy na balkon!

Siedzieli do wieczora. Ania zrobiła serniki, zjedli i zasiedli do telewizora. Co wieczór tak przenosili się w inny świat. Nowych filmów i tak nie rozumieli. Najlepiej oglądało się stare komedie i bajki.

Dzisiaj zobaczyli tylko jedną bajkę. Zofia wstała z kanapy:

Idę spać. Coś się zmęczyłam.

To i ja też pójdę.

Daj, popatrzę na ciebie, poprosiła żona.

Po co?

Po prostu popatrzę.

Długo patrzyli na siebie, pewnie wspominali młodość, gdy wszystko jeszcze było przed nimi.

Chodź, zaprowadzę cię do łóżka.

Zofia podparła się ramieniem męża, powoli szli razem.

Karol troskliwie przykrył żonę kołdrą i wrócił do swojego pokoju.

Coś ścisnęło mu serce i długo nie mógł zasnąć.

Wydawało mu się, że wcale nie spał, lecz na zegarze była druga w nocy. Wstał i poszedł do żony.

Leżała z otwartymi oczami:

Zosiu!

Złapał ją za rękę.

Zosiu, co się dzieje? Zo-si-u!

I nagle sam poczuł, jakby zabrakło mu tchu. Doszedł do swojego pokoju, wyjął przygotowane dokumenty, położył na stole.

Wrócił do żony. Długo patrzył na jej twarz. Potem położył się obok, zamknął oczy.

Zobaczył swoją Zosię młodą i piękną, jak przed siedemdziesięciu pięciu laty. Szła gdzieś w stronę światełka w oddali. Pobiegł za nią, złapał za rękę.

Rano Ania weszła do sypialni. Leżeli obok siebie. Na ich twarzach zastygły szczęśliwe uśmiechy.

Zadzwoniła po pogotowie.

Lekarz, gdy przyjechał, spojrzał i pokręcił głową:

Odeszli razem. Musieli bardzo się kochać

Zabrano ich razem. Ania opadła bez sił na krzesło, które stało obok stołu. Wtedy zauważyła dokumenty i testament na swoje nazwisko.

Oparła głowę o dłonie i zapłakała

Życie jest kruche i nieprzewidywalne, a prawdziwa bliskość i troska nawet jeśli przybierają zwykłe, codzienne gesty znaczą więcej niż wielkie słowa. Dbajmy o siebie nawzajem, dopóki mamy jeszcze czas.

Rate article
Fajna Tajna
Dobra żona – prawdziwy skarb każdej polskiej rodziny