Słuchaj, muszę ci opowiedzieć historię z mojego dzieciństwa, ciarki mnie przechodzą na samą myśl, jak do dzisiaj ją pamiętam.
Miałem wtedy jakieś pięć albo sześć lat, jeszcze przed szkołą, początek lat dziewięćdziesiątych. To było w naszej wiosce, gdzie czas płynął wolniej, a ludzie znali się nawzajem z imienia. I nagle do nas, prosto z miasta, przyjechali na starość emeryci babcia Zofia i wujek Stanisław. Kupili sobie domek dokładnie naprzeciwko naszego niski, z dwoma okienkami na ulicę, ale za to z ogromnym ogrodem. Chociaż byli już niemłodzi, nie mieli siły go uprawiać, więc raczej spacerowali po wiosce, czasem poszli do lasu lub na rzekę. Do sklepu w miasteczku jeździli rzadko, tylko po zakupy raz na jakiś czas. Żyli bardzo spokojnie i cicho, właściwie można ich było nie zauważyć. Do nas w odwiedziny nie chodzili, tylko dwa razy w tygodniu wpadała babcia Zofia po mleko bo my wtedy mieliśmy spore gospodarstwo. Ale sami nie mieliśmy wiele. I wiesz co, babcia Zofia zawsze mi coś podrzucała czekoladę, zeszyt, czasami nawet kilka złotych. Dzieci nie mieli.
Minęły około trzy lata ich mieszkania w naszej wsi, aż któregoś zimowego wieczoru właśnie mieliśmy już iść spać, telewizor wyłączony, a tu nagle ciche pukanie w okno. To babcia Zofia. I ledwo szeptem mówi: Stanisław odszedł.
Jak umieliśmy, tak pomagaliśmy jej w tej ciężkiej chwili, przy pogrzebie i nie tylko. Po śmierci męża babcia była zupełnie załamana, chorowała, unikała ludzi, z domu prawie nie wychodziła. Zaczęliśmy ją odwiedzać prawie codziennie. Zawsze opowiadała, jak z wujkiem przeżyli razem 52 lata, jak ciężko pracowali w fabryce, a po przejściu na emeryturę zdecydowali się sprzedać mieszkanie w mieście i wyjechać na wieś, żeby odpocząć bliżej natury.
Nadeszła wiosna. Babcia Zofia powoli przyzwyczaiła się do życia w pojedynkę, już trochę lepiej się czuła. I któregoś dnia wzięła mnie do siebie do domu i pokazuje: w kartonowym pudełku pełza szary szczeniaczek. No mówię ci, nie przepadałem za psami jako dzieciak, ale jak zobaczyłem tego malca, to od razu mi serce zmiękło, zupełnie się w nim zakochałem.
Siedziałem potem na podłodze, głaskałem tego szczeniaka jednym palcem, a babcia Zofia patrzyła to na mnie, to na niego i uśmiechała się tak cieplutko, jak dawno nie widziałem pierwszy raz od śmierci wujka.
Nigdy nie mieliśmy z Staszkiem ani kota, ani psa, nawet dzieci jakoś nam się nie trafiły mówiła. Ale ciężko tak samej. Tego szaraczka znalazłam dzisiaj w miasteczku, koło targu. Na śmietniku był, nie mogłam go zostawić. Popatrz, jaki śliczny.
Wpatrywałem się w niego i bałem się nawet oddychać, żeby mu nie przeszkodzić.
A co on je? zapytałem prawie płacząc. Chyba jest głodny?
Podgrzałam mu mleka, ale nie umie pić z miseczki, trzeba mu dawać ze smoczka, a ja nie mam, jutro pójdę kupić wyznała trochę zawstydzona babcia Zofia.
Wybiegłem jak szalony do domu i wyrwałem smoczek śpiącej siostrze z buzi. Okazało się, że szczeniak miał może tydzień. Wpychałem mu ten smoczek do pyska, wciskałem ciepłe mleko i modliłem się, żeby przeżył.
Ponad tydzień nie mogliśmy z babcią wymyślić mu imienia. Śmiała się, że za rude uszka nazwiemy go Rudy, a ja się buntowałem i nalegałem na Tadzio, bo był taki cichutki, spokojny, w ogóle nie piszczał tak jak my z babcią, pochylając się nad nim, też mówiliśmy cicho jak makiem zasiał. No i zostało Tadzio, Tadek, Tadziutek.
Przez całą wiosnę i prawie do lata opiekowaliśmy się Tadkiem grzaliśmy mu mleko, gotowaliśmy jedzenie. Jak nastało ciepło, wypuszczaliśmy go na podwórko. Tadzio jakoś był słabiutki, chorowity pewnie przez to, że został porzucony jako noworodek, nie zdążyła go nawet matka polizać. Ale robiliśmy co się dało, żeby go wzmocnić. Po szkole, zanim wracałem do domu, leciałem do babci, sprawdzać, czy z Tadziem wszystko w porządku, potem odrabiałem lekcje, pomagałem mamie przy gospodarstwie, a wieczorami znów byłem u babci. Bawiłem się z Tadkiem jak z kotkiem, a babcia siedziała na kanapie i uśmiechała się, patrząc na nas.
Przez lato Tadzio urósł, ale okazało się, że wyrośnie z niego jakiś mały kundelek, z pół metra wzrostu ledwo. Chodziliśmy razem z Tadkiem rano łowić ryby, wyprowadzać krowy na pastwisko, a jak miałem coś do roboty, to kręcił się przy babci. Po pojawieniu się Tadźki babcia Zofia odmieniła się nie do poznania zrobiła się weselsza, nawet zdrowie jej wróciło. O pieska dbała jak o dziecko szykowała mu osobno jedzenie, czesała, czytała wszystkie książki o psach, jakie znalazła.
Mijały kolejne lata dwa, trzy, pięć. Cały czas Tadzio mieszkał u babci Zofii, ale rankiem przybiegał do naszego ganku i czekał, aż wyjdę do szkoły musiałem iść trzy kilometry na piechotę. Po lekcjach wracał po mnie i razem szliśmy do domu. Czy to była wiosenna chlapa, czy zimowy mróz zawsze mi towarzyszył. I tak minęło dziewięć lat.
Po dziewiątej klasie, żeby dalej się uczyć, musiałem wyjechać do większego miasta, do technikum albo do liceum w powiecie, zamieszkać w internacie. Po rodzinnej naradzie ustalono, że jadę do miasta.
W dzień wyjazdu długo siedziałem na ganku babci Zofii, trzymałem Tadzia na kolanach i płakałem.
Weź go ze sobą, jeśli nie chcesz się rozstawać mówiła też łkając babcia.
Gdzie ja z nim pójdę? Tadzio przecież jest wasz, babciu. Dbajcie o niego. Mama będzie was codziennie odwiedzać. A ja będę dzwonił, obiecuję.
Gdy płynąłem promem, stałem na pokładzie i płakałem, a Tadzio, z językiem na wierzchu, biegał po starym pomoście i cały czas patrzył na mnie, nie rozumiejąc, czemu go zostawiłem.
Na studiach w technikum rolniczym pochłonęło mnie wszystko książki, nauka o zwierzętach, ekonomia rolnicza. Z nikim się specjalnie nie zaprzyjaźniłem, poza jednym kolegą ze szkoły, z którym czasem się spotykałem. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia, gdy już miałem wracać na ferie, zadzwoniła mama. Powiedziała, że babcia Zofia zupełnie się rozchorowała, od tygodnia nie może wstać z łóżka, a Tadzio nie odstępuje jej na krok, nawet miskę z jedzeniem trzeba było przynieść do jej łóżka.
Nie czekałem do planowanej daty pojechałem wcześniej do domu. Tadzio naprawdę siedział na krześle przy łóżku babci i patrzył na nią smutnymi oczami, cicho popiskiwał. A babcia Zofia, słabą dłonią próbowała pogłaskać go po głowie i dotknąć jego mokrego noska. Oboje byli wyraźnie wychudzeni. Patrzyłem na nich i miałem łzy w oczach schorowana, stara kobieta i jej pies, ostatnia pociecha w bezdzietnym życiu.
Kiedy po świętach odjeżdżałem z powrotem do miasta, już wiedzieliśmy wszyscy, że więcej babci Zofii nie zobaczę żywej. Tadzio odprowadził mnie tylko do ganku nie mógł jej zostawić nawet na chwilę. W jego oczach widziałem ogromne cierpienie, jakby chciał być dla niej dzieckiem, które się opiekuje chorą matką.
W lutym babcia Zofia zmarła.
Może ktoś powie co tam, szesnastoletni chłopak, czemu się rozczula nad jakąś babcią i jej psem? Ale nie każdy zrozumie ten ból po stracie jedynej bliskiej osoby, gdy jednocześnie otrzymuje się w zamian miłość wiernego psa. Psa, który przeżyje cię, i pewnie przeżyje okropny ból po twoim odejściu.
Do domu mogłem wrócić dopiero po egzaminach, pod koniec maja. I nie uwierzysz Tadek zniknął. Nikt nie wiedział, gdzie jest. Mama opowiadała, że podczas pogrzebu Tadzio biegał wokół grobu babci i próbował wskoczyć do środka, ale grabarze go odganiali. Potem zabrali go na rękach do naszego domu, ojciec nawet sklecił mu specjalną budę z ciepłym posłaniem. Ale Tadek nie chciał mieszkać z nami, kręcił się po starym domu babci aż do ciepłych dni, a potem przepadł. Nie doczekał się, aż wrócę z miasta.
Pół lata chodziłem po sąsiednich wsiach, szukałem go, pokazywałem zdjęcia ludziom, przeszukałem całe miasteczko. Tadzia nigdzie nie było. Czułem, że kiedy babcia została pochowana, on myślał, że wróci, więc na nią czekał, ale oczywiście się nie doczekał i wtedy pobiegł jej szukać. Taka miałem wersję.
Przyszedł sierpień. I pewnego dnia całą rodziną pojechaliśmy na cmentarz do Nosa. Od naszej wsi to z pięćdziesiąt kilometrów, nie przyszło mi nawet do głowy, że warto by tam szukać Tadzia.
Wysiadamy z samochodu pod kościołem, patrzę a tu, jak szalony, z uszami na boki, z jęzorem na wierzchu biegnie mój Tadek!
Padłem przed nim na kolana i zacząłem ryczeć:
Tadek, Tadziunio, Boże święty Szukałem cię całe lato, głuptasie mój, a ty tutaj!
Kucnąłem na ziemi, a Tadzio wskoczył na tylne łapy i zaczął lizać mi twarz. Było widać, że sam płacze. Gdy wstałem, skakał do mojej głowy i machał ogonem jak szalony.
Był cały ubrudzony i wychudzony. Od razu wyciągnąłem cały prowiant, co mieliśmy na cmentarz kanapki, kotlety, ciasto i karmiłem go, a on jadł łapczywie i ani na chwilę nie spuszczał ze mnie wzroku.
To wasz piesek? pyta jakaś kobieta wychodząca spod kościoła.
To Tadek, nasz Tadek mówi mama, ocierając łzy chusteczką.
Ja tu pracuję w kościele i zauważyłam tego psa już późną wiosną. On mieszka tu, na jednym grobie. I rozkopał całą tę mogiłę łapami. Już raz musiałam łopatą przysypać, a on znowu rozkopał.
Wszyscy wiedzieli to był grób babci Zofii.
Poszliśmy na rodzinne groby, a Tadzio nie odchodził ode mnie na krok, biegł przy nodze i cały czas patrzył na mnie z dołu.
Cała mogiła babci i wujka była przekopana Tadziowymi łapkami, szczególnie od strony, gdzie leżała babcia. Tata poprawił krzyż, mama ułożyła kwiaty, a ja trzymałem Tadzia na rękach, a on patrzył na mnie smutno i co chwilę lizał po twarzy.
Nie zmuszaj go teraz, żeby jechał z nami. Może woli tu zostać, niech sam zdecyduje powiedział tata, przysiadając obok.
Nie chcę go tu zostawiać. Niedługo jesień, potem zima. Tadzio już nie jest młody, ma prawie 10 lat odpowiedziałem, ale wiedziałem, że jak zechce zostać, to i tak się wymknie, nawet pięćdziesiąt kilometrów go nie powstrzyma.
Przy odjeździe Tadzio biegał raz do grobu, raz do nas. Gdy weszliśmy do auta, długo stał obok, patrzył na mogiły, aż w końcu wskoczył mi na kolana do środka.
Tadek, kochany, już nigdy cię samego nigdzie nie zostawię mówiłem przez łzy.


