No i się poznali
– Michał, co się z tobą dzieje? zapytała Małgorzata po kilku minutach ciszy. Jakiś nieobecny jesteś. Twarz blada… Wszystko u ciebie w porządku?
– Tak, wszystko okej odpowiedział Michał, próbując się opanować. Odłożył widelec i sięgnął po szklankę z sokiem jabłkowym, odwlekając moment odpowiedzi.
*****
Michał stanął przed klatką schodową, chwycił za metalową klamkę, już miał ją pociągnąć, ale w ostatniej chwili się zawahał.
Wchodzić mu się nie chciało.
Wiedział, że czeka tam na niego Małgorzata, pamiętał, że jej obiecał, iż przyjdzie do niej w odwiedziny, ale zdenerwowanie było tak silne, że nie potrafił się z nim uporać.
Było mu nawet wstyd: dorosły facet, a nogi mu się trzęsą jak uczniakowi przy tablicy.
Wydawało się, że pozostał już tylko drobiazg wejść, wspiąć się na trzecie piętro i znaleźć tam mieszkanie numer 36
Coś mu jednak przeszkadzało.
Jakiś irracjonalny strach wiązał mu ręce i nogi.
Jedynym, co go teraz powstrzymywało od ucieczki, było pytanie, jak Małgorzata przyjmie jego wybranie odwrotu. W końcu prosiła go, by przyszedł.
A on obiecał, że będzie.
*****
Michał, mam sprawę tylko się nie przestrasz powiedziała wczoraj Małgorzata. Moim rodzicom bardzo zależy, żeby cię poznać….
Małgorzata była jego dziewczyną.
Siedzieli razem w kawiarni, jedli kolację, planowali wspólny weekend.
Nagle jej rodzice chcą go poznać. Dla Michała to była całkowita niespodzianka. Na moment zamroził widelec w powietrzu, patrząc na nią zdezorientowany.
W sumie, nie było w tym nic dziwnego. To normalne, że rodzicom Małgorzaty zależy na poznaniu ewentualnego zięcia, partnera córki. Nienormalne byłoby, gdyby go nie zaprosili.
Problem w tym…
…że Michał bardzo się martwił, czy przypadnie im do gustu. Albo raczej czy zaakceptują go jako przyszłego zięcia. Nie były to bezpodstawne obawy.
Miał powody. Poważne powody.
Matka Małgorzaty Wiktoria całe życie wykładała na Uniwersytecie Warszawskim, od zwykłego wykładowcy dochodząc do stanowiska rektorki, a od niedawna pracowała na wysokim stanowisku w Ministerstwie Edukacji.
Ojciec Małgorzaty Wiesław również zrobił wielką karierę.
Zaczynał jako inżynier budowy w jednym z warszawskich przedsiębiorstw, został wicedyrektorem, a obecnie prowadzi własną firmę budowlaną i zna się osobiście z prezydentem miasta. Człowiek z klasą i poważnym zapleczem.
Małgorzata, choć świeżo po trzydziestce, także osiągnęła już sukces kieruje działem prawnym w dużej instytucji finansowej.
Michał w wieku 35 lat?
Nic niezwykłego. Pracował jako administrator sieci bez dyplomu, bez perspektyw na awans.
Owszem, zarabiał nieźle, lecz przyszłości raczej nie widział.
Jak więc miał wyglądać przy wspólnym stole z rodzicami Małgorzaty? Co powiedzieć? Jak prosto w oczy spojrzeć?
Może zapytacie, jak w ogóle poznał Małgorzatę? Przypadek.
Pewnego dnia wybrał się na spacer do parku. Tak się złożyło, że Małgorzata również z przyjaciółkami. Gdy poszły po lody, Małgorzata została przy ławce, chroniąc ją przed zajęciem przez innych, a przy okazji dzwoniąc do mamy.
Zaaferowana rozmową nie zauważyła, jak rozpędzony chłopak na elektrycznej hulajnodze leciał w jej stronę.
Był pijany i nie planował nawet zwolnić.
Michał w ostatniej chwili chwycił Małgorzatę za rękę i odciągnął na bok hulajnoga przeleciała obok, po czym wpadła na kosz na śmieci.
Co pan sobie wyobraża?! oburzyła się Małgorzata.
Jednak widząc upadającego hulajnogistę, zrozumiała… i spojrzała na Michała zupełnie inaczej.
Tak się poznali.
Podczas gdy przyjaciółki kupowały lody (śmietankowe w waflach), wciągnęła się w rozmowę z Michałem, wymienili się numerami i umówili znów. I już pół roku byli razem.
Michał wracał myślami do tej chwili, gdy próbował przetrawić propozycję Małgorzaty podczas kolacji.
Bał się, że prędzej czy później czeka go spotkanie z jej rodzicami, którzy mogą uznać go za materialistę czy kogoś nieodpowiedniego. Przeżył już podobne rozczarowanie w młodości.
Teraz mógł stracić i Małgorzatę
– Michał, co się dzieje? zapytała po dłuższej chwili. Zbladłeś, wszystko okej?
– Tak, tak… wszystko dobrze Michał wziął się w garść. Odłożył widelec i sięgnął po szklankę soku.
– To weźmiesz udział?
– Co? W czym?
– No, w jutrzejszej kolacji uśmiechnęła się Małgorzata. Mama coś pysznego ugotuje, tata przywiezie dobre wino od znajomego kolekcjonera. Ty tylko powiedz, że przyjdziesz. Michał, zgadzasz się?
Wiesz Michał się zawahał. Wydaje mi się, że twoi rodzice mogą nie zaakceptować twojego wyboru.
Dlaczego?
Bo nie mam wyższego wykształcenia, jestem zwykłym adminem. Pewnie marzą o biznesmenie, polityku albo chociaż jakimś młodym urzędniku. Ja… jestem zwyczajny. Czy mam szansę im się spodobać?
Przestań się tak martwić Małgorzata ścisnęła jego dłoń. Moi rodzice to naprawdę zwyczajni ludzie. Po prostu ich nie znasz. Czekam na ciebie jutro o dziewiętnastej. Nie spóźnij się.
Uhm przytaknął Michał. Choć w głębi duszy nadal nie wiedział, czy się odważy.
*****
No i nadszedł następny dzień.
Michał stał przy klatce Małgorzaty, pięć minut przed dziewiętnastą, na dworze było zimno. A on…
nie wiedział, co robić.
Prędzej czy później musiał stanąć twarzą w twarz z jej rodzicami z Małgorzatą miał poważne plany, nawet oświadczyny rozważał. Ale nie dziś. Za kilka miesięcy przeniosą go do nowego oddziału IT i wtedy może… będzie miał większe szanse, że Wiktoria i Wiesław nie odrzucą go w progu.
Już miał odejść, gdy w kieszeni zadzwonił telefon.
To była Małgorzata.
Cześć, Michał odezwała się radośnie. Z mamą już prawie wszystko gotowe. Tata będzie za chwilę, bo się spóźnia. Gdzie jesteś? Już idziesz?
Cześć, Gosiu wymamrotał Michał. Tak, ja już…
Słabo cię słyszę. Jesteś już blisko, tak?
Tak, już prawie jestem westchnął. Tylko
Michał, jeśli zamierzasz znów się wykręcić, to nic nie chcę słyszeć. Będzie dobrze. Jeśli chcesz, wyjdę po ciebie.
Nie, nie, poczekaj zająknął się Michał. Zaraz przyjdę.
Dobrze. Czekamy.
Schował telefon do kieszeni. Przeszedł się po osiedlu, rozmyślając, co zrobić. Po drodze poprosił przypadkowego chłopaka o papierosa, choć już od dawna nie palił. Musiał się uspokoić.
Usiadł na rogu bloku, zaciągał się dymem, dmuchał w zimową ciemność, rozglądając się dookoła.
Z prawej strony śmietnik, z lewej pusty plac po dawnych garażach. Jak mówiła Gosia, teraz mają tu budować nowe osiedle.
W oczy Michała rzucił się leżący na śniegu pies. W pierwszym odruchu się przestraszył bezdomne psy bywają rozmaite, mogą być niebezpieczne dla obcych. Ale przyglądając się dłużej, Michał się uspokoił. Pies w ogóle się nim nie zainteresował.
Leżał po prostu. Na zimnym śniegu.
Dziwne, że nie podszedł gdzieś, gdzie cieplej – no ale gdzie miał pójść? Do klatki nikt go przecież nie wpuści…
*****
Azor (tak miał na imię pies, którego zauważył Michał) od kilku dni nic nie jadł.
Jeszcze niedawno mieszkał na innym podwórku, ludzie go tam dokarmiali, nawet lubili. Jednak…
pewna kobieta z bloku uznała, że pies przeszkadza. Pisała petycje do urzędu miasta, szukała poparcia u sąsiadów.
I w końcu ludzie podzielili się na dwa obozy: niech zostanie i usunąć psa.
Ten kundel obok placu zabaw! A dzieci się bawią! Jeszcze kogoś ugryzie! Popatrzcie, jakie on ma złe, głodne oczy! Strach! narzekała kobieta.
W rzeczywistości oczy Azora były nie złe, a smutne.
Pierwszym właścicielem Azora był chłopiec – Maciuś. Podczas wakacji u dziadków znaleźli szczeniaka Azora. Mamo, tato, zabierzmy go do domu! błagał chłopiec. Rodzice ulegli. Ale wracając do Warszawy we wrześniu, nie chcieli brać psa do mieszkania.
No gdzie pies w bloku? Kto będzie wyprowadzał rano i wieczorem? Ty sam nie dasz rady mówili.
Nie dam… przyznał smutno chłopiec.
Tak więc Azor został na wsi. Długo wyglądał rodziny. Potem przygarnęła go jakaś kobieta, ale szybko sprzedała przypadkowemu małżeństwu, przekonując, że to rasowy pies (choć dokumentów nie miała, bo – jak tłumaczyła zgubiła).
Gdy okazało się, że Azor to przerasowany kundel, nowi właściciele wywieźli go za miasto i zostawili. Tym razem akurat było już ciepło.
Od tej pory był sam.
Tułał się, aż trafił na warszawskie blokowisko. Tam polubił dzieci, przypominały mu właściciela z przeszłości. Codziennie patrzył na bawiących się i marzył, że ktoś znów go przygarnie.
Niestety, pewnego dnia musiał uciekać. Ludzie patrzyli na niego z nienawiścią, dzieci odganiali, kobieta obrzucała go patykami i kamieniami. Azor nie chciał być ciężarem, więc odszedł sam.
Teraz…
…leżał na pustym placu, na zimnym śniegu, tak zmęczony i wygłodzony, że nie miał siły się ruszyć.
Widział mężczyznę z papierosem na rogu bloku, ale nie miał już nadziei, że ktokolwiek pomoże. Dopali, pójdzie dalej pomyślał smutno.
*****
Michał skończył papierosa i ruszył w stronę klatki, żeby wrzucić niedopałek do śmietnika. Ot, odruch wyniesiony z domu: Chcesz zmieniać świat na lepsze zacznij od siebie, mawiała jego mama.
Przy śmietniku podjechała elegancka, czarna limuzyna. Michał na chwilę przystanął, oślepiony światłami. To pewnie ojciec Małgorzaty.
Postanowił uciec bokiem, na pusty plac.
Zapomniał o psie. Przypomniał sobie dopiero, gdy prawie na niego wszedł.
Tylko niech nie zacznie szczekać… przemknęło mu przez głowę.
Ale pies nie szczekał. Leżał cicho, jakby spał… lub umierał…
Hej, wszystko w porządku? rzucił Michał.
Żadnej reakcji.
Michał podszedł bliżej, potem jeszcze bliżej. Kucnął koło psa, dotknął go. Zero reakcji.
Był jednak żywy. Michał czuł, że pies oddycha. Musiał tak przemarznąć, że nie miał siły nawet drgnąć.
Jeśli mu teraz nie pomogę, nie przeżyje do rana pomyślał Michał.
Wziął Azora na ręce i ruszył do klatki, licząc, że znajdzie się jakiś otwarty korytarz, w którym przy kaloryferze pies się ogrzeje. Stamtąd chciał zadzwonić po taksówkę do nocnej weterynarza.
Wszystkie klatki były zamknięte na domofon. Michał skierował się do kolejnego bloku, próbując po drodze nie zwracać na siebie uwagi. Telefon dzwonił w kieszeni, ale nie miał możliwości odebrać za bardzo był zajęty.
Gdy przechodził koło okna Małgorzaty na trzecim piętrze, spojrzał w górę. Przez chwilę przyszło mu do głowy poprosić ją o pomoc. Ale jej rodzice… czy rzeczywiście przyjęliby psa pod dach?
Na końcu osiedla zatrzymała się czarna limuzyna. Z okna wychylił się starszy mężczyzna.
Co tam u pana? Pomóc w czymś? zagadnął.
Pies… Leży na śniegu. Chyba przemarznięty… Nie wie pan, gdzie tu nocna lecznica dla zwierząt?
Tu nie ma, ale wiem, gdzie jest. Mój kolega jest tam weterynarzem. Wskakujcie na tylne siedzenie, zawiozę was.
Naprawdę pan nas podrzuci?
A na co czekasz? Chodzi o czyjeś życie!
Nie trzeba było długo namawiać Michała. Po kilku minutach pędzili przez Warszawę.
W trakcie jazdy mężczyzna zadzwonił do kogoś:
Cześć, córeczko, mam niespodziewaną sprawę, będę się spóźniał. Kogoś? Nie, nie widziałem. Dziwne, nikogo przy bloku nie było… A jak wygląda? Dobrze, zadzwonię, gdyby co.
Przeze mnie ma pan kłopoty? spytał Michał, kiedy rozmowa się zakończyła.
Skądże! odparł kierowca. Ważniejsze, żeby pies przeżył. Jak się trzyma?
Oddycha. Ciężko, ale oddycha…
Oby zdążyliśmy na czas.
Za dziesięć minut byli na miejscu. Weterynarz czekał na nich bez kolejki. Psa zabrano na zaplecze.
Michał został na korytarzu. Wyciągnął telefon kilka nieodebranych połączeń od Małgorzaty i SMS: Michał, gdzie jesteś? Wszystko w porządku?.
Nie chciało mu się tłumaczyć. Jego myśli krążyły wokół psa.
Zapomniał nawet podziękować kierowcy kiedy wybiegł przed lecznicę, auta już nie było.
Wrócił do środka, postanawiając, że jeśli z Małgorzatą nie wyjdzie, zabierze Azora do siebie przynajmniej będzie miał wiernego przyjaciela.
*****
Minęło około czterdziestu minut. Z gabinetu nie wychodził ani lekarz, ani nikt inny.
Nagle przy recepcji rozległy się ożywione głosy. Jeden głos wydał się Michałowi znajomy.
Odwrócił się, zobaczył Małgorzatę, potem elegancką kobietę i… tego samego mężczyznę. Ojca Małgorzaty.
Ojciec szeroko się uśmiechnął.
A mówiłem, że twój Michał będzie tu siedział i czekał na tego psa rzucił do córki.
Michał zorientował się, kto przed nim stoi.
Michał, czemu nie dzwoniłeś? Martwiłam się zapytała Małgorzata.
Przepraszam, Gosiu, nie chciałem cię kłopotać. Bałem się, że twoi rodzice nie zrozumieją, gdy przyjdę z psem.
Jesteś głupi! zaśmiała się Małgorzata. Moi rodzice uwielbiają zwierzęta. W domu mamy trzy koty wszystkie znajdki, przyprowadzone przez mamę.
Tak? Naprawdę?
No jasne!
Podszedł ojciec z matką.
No, to się wreszcie poznaliśmy uścisnął mu dłoń Wiesław.
Panie Michale powiedziała Wiktoria musi pan wiedzieć, że zrobił pan coś bardzo mądrego i odważnego. To nas naprawdę przekonuje, że jest pan wartościowym człowiekiem. Mam nadzieję, że pies przeżyje i znajdzie dom.
Oczywiście, będzie żył. Już jest lepiej oznajmił weterynarz, który właśnie wyszedł z gabinetu. Teraz tylko troska, miłość i dobra karma.
Jeszcze tego samego dnia Michał mógł zabrać Azora do domu. Trzeba było tylko pielęgnować i… kochać.
Miłość czyni cuda powiedział przy pożegnaniu weterynarz. To właśnie ona przywraca do życia.
Michał chciał od razu ruszyć do siebie, jednak Małgorzata i jej rodzice namówili go, by Azor pierwszą noc spędził u nich.
Koty się nim zajmą lepiej niż niejeden lekarz śmiała się matka Małgorzaty. A takie wydarzenie trzeba uczcić przy winie.
Azor, otoczony kocimi towarzyszami, rozciągnął się na kanapie w salonie, nie mogąc uwierzyć, że już nie musi bać się chłodu i głodu.
Michał zaś, siedząc w kuchni do późnego wieczora przy herbacie, rozmawiał z rodzicami Małgorzaty. Okazali się bardzo serdeczni, zupełnie nie tacy, jak sobie wyobrażał.
Kilka dni później Azor wrócił do pełni sił wtedy Michał postanowił wziąć go do siebie.
Na odchodne Małgorzata, już z torbą w ręce, podeszła do niego:
Nie zabierzesz czasem i mnie?
Ciebie? Jesteś pewna?
Jak najbardziej! Wiesz, co rodzice mi powiedzieli? Że mam przestać tu nocować, bo… chcą wnuków. Twierdzą, że czas zadbać o przyrost naturalny.
Michał wybuchnął śmiechem, Małgorzata też. Azor szczęśliwie merdał ogonem.
Jeszcze nie wszystko rozumiał, ale czuł, że zaczyna się coś bardzo dobrego.
***
Tak kończy się ta historia. Bo czasem największe obawy i nieśmiałość nie mają żadnego znaczenia, kiedy stajemy w obliczu prawdziwej dobroci, miłości i życzliwości. Pomagając słabszym, tak naprawdę pomagamy sobie uczymy się otwierać serce i ufać ludziom. A to jest w życiu najważniejsze.


