Dziś znowu myślę o naszej sąsiadce. Stałam przed drzwiami, trzymając klucz w dłoni, gdy usłyszałam szelest w mieszkaniu. Krzysiek był w pracy, a ja wróciłam wcześniej, chcąc odpocząć po wyczerpującym tygodniu. Serce waliło mi jak młotem. Złodzieje? Ostrożnie uchyliłam drzwi i usłyszałam znajomy głos:
“Ojej, Aniu, Krzysiu, jacy wy nieporządni! Kurz na parapetach, firanki pogniecione! Powinniście zatrudnić sprzątaczkę, bo co to za dom?”
W przedpokoju, z miotłą w ręku, stała ciocia Halina, nasza sąsiadka. Zdrętwiałam.
“Ciociu Halino? Jak pani się tu dostała?” – mój głos drżał z mieszaniny zdumienia i irytacji.
“A no po sąsiedzku, kochanie!” – ciocia Halina rozpromieniła się, jakby jej obecność w cudzym mieszkaniu była czymś oczywistym. “Zobaczyłam, że drzwi uchylone, pomyślałam, sprawdzę, czy wszystko w porządku. A tu taki bałagan! No to zaczęłam sprzątać.”
“Drzwi były zamknięte” – odparłam zimno, ściskając torbę. “Pamiętam to dokładnie.”
“Oj, daj spokój, zamknięte czy nie” – ciocia Halina machnęła ręką, jakby odpędzała muchę. “W naszym bloku wszyscy swoi, czego się bać? Ważne, że to ja tu jestem, a nie jakiś chuligan!”
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Nasz nowy dom, pierwsze wspólne mieszkanie, nagle wydał mi się obcy. Wymamrotałam coś o “dziękuję” i wyprowadziłam sąsiadkę, ale w środku gotowała się we mnie złość. Skąd ciocia Halina miała dostęp do naszego mieszkania? Dlaczego zachowywała się, jakby miała do tego prawo?
Ta historia zaczęła się pół roku temu, gdy razem z Krzysiem wprowadziliśmy się do starego, ale przytulnego bloku na obrzeżach Wrocławia. Mieszkanie było naszą dumą: trzy lata oszczędzaliśmy na wkład własny, wzięliśmy kredyt, odmawialiśmy sobie wszystkiego, od kawy po wakacje. Gdy w końcu dostaliśmy klucze, omal nie rozpłakałam się ze szczęścia, a Krzyś, zwykle powściągliwy, kręcił się po pustym pokoju, śmiejąc się.
“To nasz dom, Aniu! Nasz!” – mówił, a jego oczy błyszczały.
Urządzaliśmy się powoli: kupiliśmy kanapę, powiesiliśmy jasne firanki, postawiliśmy na parapecie doniczkę z fikusem. Najbardziej cieszyły nas drobiazgi – poranna kawa w maleńkiej kuchni, wieczorne filmy pod kocem, plany na remont.
Drugiego dnia po wprowadzeniu się zadzwonił dzwonek do drzwi. Na progu stała niska kobieta około sześćdziesiątki, z zadbaną fryzurą i koszykiem w rękach.
“Dzień dobry, młodzi! Jestem Halina Nowak, wasza sąsiadka z trzeciego piętra. Ciocia Halina, mówiąc prościej” – uśmiechnęła się tak szeroko, że mimowolnie odpowiedziałam uśmiechem. “Przyniosłam wam pierogi z kapustą. Po sąsiedzku!”
“Ojej, dziękujemy bardzo!” – przyjęłam koszyk, czując się niezręcznie. “Wpadnie pani na herbatę?”
“A no tylko na chwilę” – ciocia Halina weszła, rozglądając się po mieszkaniu z ciekawością. “Ojej, jaka u was ciekawa aranżacja! Tylko ściany by pomalować, bo tapety już stare. I kuchnia trochę ciasna, co?”
Zaskoczyło mnie to, ale grzecznie skinęłam głową. Krzyś, zaparzając herbatę, dodał:
“Planujemy remont, ale na razie budżet nie pozwala. Powoli się urządzimy.”
“No to dobrze, brawo!” – ciocia Halina poklepała mnie po ramieniu. “Jak coś, to pytajcie, ja tu wszystkich znam, podpowiem, gdzie tanio kupić materiały.”
Pierogi były pyszne, a ciocia Halina gadatliwa. Opowiadała o sąsiadach, o tym, jak budowano blok za jej młodych lat, a nawet doradziła, jak namówić dozor



