Dziadka już nie ma
Jagoda dopiero co wróciła z kolejnej delegacji. Nie zdążyła nawet zdjąć płaszcza czy rozpakować walizki, gdy zadzwoniła do niej mama.
W głosie Barbary Zawistowskiej słychać było niepokój. Jednak Jagoda, wyczerpana po podróży, nie przywiązała do tego szczególnej wagi.
– Jago, córeczko, jesteś już w domu?
– Cześć, mamo. Tak, właśnie weszłam. Co się stało, że dzwonisz od razu?
– To dobrze, dobrze… że już wróciłaś.
Czuła, że mama chce jej coś powiedzieć, ale krąży dookoła, jakby nie wiedziała, jak zacząć.
Pewnie znowu zebrała plotki od sąsiadek i już nie może się doczekać, żeby mi to wszystko opowiedzieć… – westchnęła w duchu Jagoda. Ale nie miała teraz do tego głowy.
Najbardziej pragnęła teraz położyć się do własnego łóżka i porządnie się wyspać, bo w pociągu tej nocy o spaniu można było tylko pomarzyć.
W sąsiednim przedziale podróżowała grupa młodych chłopaków, którzy już od wieczora nie próżnowali z butelkami. Po północy zaczęli koncert z gitarą i śpiewaniem nawet o niej.
– Rozkwitały jabłonie i grusze,
Unosiła się mgła nad rzeką.
Wychodziła na brzeg Jagoda,
Na wysoki brzeg, nad rzeką…
W innym nastroju może uśmiechnęłaby się pod nosem. Ale tej nocy marzyła tylko, by w gitarze zerwały się wszystkie struny. Niestety, nie pękły.
– Mamusiu, ja muszę trochę odpocząć po podróży, doprowadzić się do ładu. Zadzwonię później, dobrze?
– Obawiam się, że to się nie uda westchnęła mama.
– Dlaczego? dopiero teraz Jagoda zwróciła uwagę, że mama mówi dziwnym głosem.
– Nie dasz rady odpocząć…
– Ale… Mamo, ja przecież muszę… Byłam na wyjeździe… Mam prawo! Nikt mi się tu nie zapowiedział… chyba, że coś się dzieje? Nie chcesz przypadkiem przyjechać do mnie bez zapowiedzi?
– Jago, dziadka już nie ma…
Jagoda pobladła, mocniej ścisnęła telefon przy uchu i powoli usiadła na kanapie.
Nie, tego się nie spodziewała.
– Rano zadzwoniła do mnie pani Maria Jankowska, sąsiadka. Przyniosła mu mleko, a dziadek… Leżał przy drzwiach, złapał się za serce i nie oddychał. Pewnie całą noc tam przeleżał. Trzeba jechać na wieś, zorganizować pogrzeb. Sąsiedzi pomogą, jeśli trzeba. Jagoda, słyszysz mnie?
Dziewczyna była tak zszokowana, że nawet nie wiedziała, co odpowiedzieć. Ledwo wydusiła z siebie ciche Mhm.
– Maria zadzwoniła też do rodziny dziadka, ale oni powiedzieli, że jeśli by zostawił po sobie jakiś spadek, to by przyjechali. Teraz nie widzą sensu tracić czasu i pieniędzy. Dom na wsi przecież sto lat będzie stał nikomu niepotrzebny… Barbara zwiesiła głos, po chwili znów przemówiła:
– Ja też szczerze mówiąc nie mam ochoty jechać na wieś, bo twój dziadek sam mi powiedział, bym więcej w jego domu się nie pojawiała nawet na pogrzebie! A pamiętasz, obiecałam to mu… Tak że wszystko w twoich rękach, córeczko. Dasz radę, Jago? Odprowadzisz dziadka?
Zapadła cisza. Jagoda patrzyła na komodę, na której leżał ostatni list od dziadka wysłany miesiąc temu, a ona nie zdążyła go odebrać przed wyjazdem.
To była już trzecia delegacja w pół roku, a pewnie nie ostatnia firma rozwijała się i tylko ona mogła jeździć, bo wszyscy inni mieli dzieci, choroby, wymówki… tylko ona była beztroska.
– Jago? usłyszała znów głos mamy. Szkoda, żeby sąsiedzi myśleli, że o staruszku wszyscy zapomnieliśmy. Był trudny… ale zawsze człowiek. Poza tym chyba miałaś z nim dobre relacje. Co powiedzieć pani Marii? Pojedziesz?
– Pojadę, mamo. Jasne, pojadę… tylko…
Jagoda wstała, sięgnęła po list od dziadka, po czym położyła go z powrotem.
– Mamo, nie rozumiem, jak to się mogło stać? Przecież dziadek się dobrze czuł. Na Nowy Rok przyjeżdżałam i wyglądał na zdrowego.
– Córeczko, skąd mam wiedzieć… Wiek robi swoje. Wielu mężczyzn dziś nie dożywa emerytury, a twój dziadek ósmy krzyżyk przekroczył. Niech mu ziemia lekką będzie.
Jagoda była wstrząśnięta. Kochała dziadka bardzo i jako jedyna utrzymywała z nim kontakt. Ani rodzina Andrzeja Górskiego, ani mama się już z nim nie spotykali.
Zresztą, z mamą wiadomo… Oboje mieli do siebie żal od lat.
Dziadek nigdy nie przebaczył mamie śmierci ojca Jagody oskarżał ją, że zagoniła go, aż odszedł przedwcześnie, tak, jak to niestety często w Polsce bywa.
Bo mama naprawdę namówiła męża, by zrezygnował ze szkoły i pojechał na budowę, za granicę, na długie tygodnie bo trzeba było odnowić mieszkanie, domek na działce postawić, żyć wygodniej…
A on, choć był z wykształcenia nauczycielem, godził się na niedole. Za to, jak wracał, zawsze przywoził podarunki, pieniądze…
Ale pewnego razu już nie wrócił serce nie wytrzymało.
Na pogrzebie dziadek szlochał przez całą ceremonię. Bali się go wszyscy, bo ból ojca, chowającego własnego syna, był nie do zniesienia.
Po tamtej tragedii Górski przestał rozmawiać z synową.
Proszę bardzo! rzuciła w sercu Barbara. Przecież to nie moja wina. Mężczyzna musi utrzymać rodzinę! Skąd miałam wiedzieć, że miał chore serce?
Dziadek ledwo powstrzymał się wtedy, by nie rzucić czymś w synową.
Od tamtej pory kontaktował się tylko z wnuczką, którą bardzo kochał.
Jagoda, jeszcze jako uczennica, spędzała u niego każde lato. A potem, już dorosła, pracowała w dużym mieście i pisała do niego listy.
Tak pisali do siebie listy. Żadnych sms-ów, maili, telefonów dziadek nie uznawał nowinek. Dlatego też bliscy nie utrzymywali z nim relacji. Pisać listy w XXI wieku? Po co, skoro można zadzwonić?
Ludzie mówili, że dziadek trochę odszedł od zmysłów. Nawet pani Maria, sąsiadka, zaczęła podejrzewać, że Górski popada w samotność i rozmawia ostatnio… z kotem. Tylko… tego kota nikt nigdy nie zobaczył.
Po rozmowie z mamą Jagoda długo gapiła się w jeden punkt, po czym rozszlochała się.
Tak bardzo chciała zobaczyć dziadka tego lata… Ale się nie udało. Praca, delegacje, obowiązki…
Szef się z niej śmiał, kiedy próbowała mu tłumaczyć, że jest już wyczerpana:
– Zgodnie z umową, pani Jagodo, mam prawo tak panią wysyłać. Nie pasuje są inne firmy. Ale takiej pensji pani nie znajdzie…
Rzeczywiście, zarabiała bardzo dobrze. Tak więc, zaciskała zęby. Ale w głębi duszy było jej bardzo źle.
***
Na cmentarzu wszystko odbyło się bardzo spokojnie po krótkiej modlitwie, zamknięciu trumny i złożeniu jej do grobu, sąsiedzi w milczeniu rzucili skibę ziemi.
Świeże kwiaty, wieńce. Nowa mogiła. To już wszystko? Przecież jeszcze wczoraj dziadek żył… nie mogło się jej pomieścić w głowie.
Jeszcze stypa została, gdzie wypito dużo wódki i powspominano zmarłego może i tylko dzięki tym słowom i wspomnieniom będzie dalej żył, już tylko w pamięci tych, co go znali.
Po zakończonych wspomnieniach ludzie rozeszli się do domów. Została zupełnie sama.
Nie zdążyłam… Nie zobaczę już nigdy dziadka. myślała z rozpaczą.
By oderwać się od tych myśli, zabrała się za sprzątanie domu: solidnie przewietrzyła izby, umyła drewnianą podłogę, otarła kurz, zmiotła pajęczyny pod sufitem, pochowała resztki jedzenia do lodówki.
Od razu zrobiło się lżej.
Drewniany, stary dom dziadka miał wiejski, ciepły klimat mimo skromnego wyposażenia.
Wyjrzała przez okno już był wieczór. Wyszła na ganek i wciągnęła zapach świeżej, pachnącej wsi.
Przeszła po podwórku ogród piękny, jabłonie w pełnym rozkwicie, porzeczki, maliny, ale grządki puste dziadek już nic nie zdążył posiać w tym roku. Może przeczuwał, że to już czas?
Ciekawe, kto teraz będzie się tym zajmować? westchnęła smutno.
Usiadła pod jabłonią i zadzwoniła do mamy, by powiedzieć, że pożegnała dziadka jak należy.
– Dobrze zrobiłaś, Jago. Jaki by nie był, człowiekiem był.
– Był dobry, mamo. Tylko życie go mocno doświadczyło. I wcale nie musisz mieć do niego żalu. Kochał ojca nade wszystko, a to, co ci powiedział… weź, nie przejmuj się.
– Darujmy już wszystko, córciu westchnęła Barbara. Niech spoczywa w spokoju. Ale powiedz mi, kiedy wrócisz do domu? Dzisiaj, jutro? Nie strasznie ci tam samej?
– Zostanę kilka dni, wzięłam wolne. Odpocznę trochę od miasta… I dziewięć dni trzeba jeszcze uszanować. Może wpadniesz?
– Co ty, dziecko. To kawał drogi, a i teraz działka, sezon… Sama rozumiesz.
– No trudno. Pamiętaj tylko, że tu jest też grób ojca… Jeszcze nigdy nie przyjechałaś na cmentarz od dnia pogrzebu.
– Chciałam tatę pochować w Warszawie, a dziadek się uparł na wieś… Zostawmy już te sprawy, córciu, mój serial leci. Jak coś, dzwoń.
Uśmiechnęła się, słysząc to. Jej matka zawsze potrafiła urwać niewygodną rozmowę.
Wróciła do domu, zaparzyła herbatę z liści czarnej porzeczki, mięty i melisy, które dziadek zostawił z zeszłego roku, i położyła się spać.
Przed snem wyjęła jeszcze z torby list od dziadka… Przeczytała go już pierwszego dnia, ale ten list wciąż budził emocje. Zwykle dziadek pisał o sobie, a tu o jakimś kocie…
Jakim Czarnuszku? Przecież nigdy nie miał żadnych kotów! Zawsze był obojętny wobec zwierząt.
Postanowiła jeszcze raz przeczytać ten list, w spokoju może coś zrozumie.
Wyobraź sobie, wnuczko, Czarnuszek uwielbia mleko. Mówią, że dorosłym kotom nie wolno, a on pół słoika wypił naraz. Muszę znów poprosić sąsiadkę o mleko, będzie zdziwiona. Zwykle trzy litry starczają mi na tydzień, a teraz ledwo przyniosła, już muszę znowu o mleko prosić. Ale jej to na rękę, bo przecież płacę. A Czarnuszek wiecznie głodny, nie wiem już, czym karmić. Lodówka prawie pusta. A co ciekawe wciąż się chowa. Ledwo go widziałem kilka razy kątem oka. Ta czarna plama przemyka koło szopy i znika. Ani w dzień, ani w nocy nie mogę go dorwać. Tylko czuję na plecach jego wzrok. Kocie oczy. Bardzo chcę, żebyś przyjechała, może razem go schwycimy. Wydaje mi się, że ludzie go skrzywdzili, dlatego się ich boi.
To był tylko fragment. Ale… Żadnego kota nie znalazła, choć była już kilka dni na miejscu.
Gdyby kot tu faktycznie był, musiałaby go zobaczyć. Chociaż… Czuła czasem na sobie ten wzrok, o którym pisał dziadek.
Jutro zapytam panią Marię o tego Czarnuszka…
***
Obudziła się o świcie. Cienkie promienie słońca nieśmiało zaglądały przez firanki, wróble ćwierkały pod oknem, a zza płotu słychać było pianie kogutów. Ot, zwyczajny poranek na wsi.
Otworzyła okno na oścież i z zamkniętymi oczami nasłuchiwała śpiewu ptaków. Wspomniała dzieciństwo, kiedy budowała z dziadkiem budki lęgowe… I przypomniała sobie, że chciała pójść do sąsiadki zapytać o kota.
– Jaki jeszcze kot? zdziwiła się Maria Jankowska.
– Sama nie wiem… Czarnuszek jakiś. W ostatnim liście dziadek tylko o nim pisał.
– Aaa pokiwała głową Maria, uderzając się w czoło. Chyba wiem… Od jakiegoś miesiąca dziadek rozmawiał na podwórku z jakimś kotem, nawet próbował go przekonać, by się pokazał. Zaglądałam przez płot nikogo nie widziałam. Następnego dnia to samo. Potem prawie codziennie dzielił się z przyjacielem swoimi wspomnieniami. O żonie, o synu, o wszystkim. I stale mówił: Czarnuszek, Czarnuszek… Słyszeli to także inni, kto przechodził obok. Ale kota nie widział nikt ani ja, choć chodziłam do niego często, z mlekiem czy z drożdżówkami, ani inni. Pytałam go wprost, tylko się śmiał, że jak złapie, to mi pokaże. Sama rozumiesz, Jagódko, stare lata, głowa już nie ta… A kotów czarnych na wsi nie brakuje, ale żeby nikt nawet kątem oka nie widział? Dziwne…
– Rzeczywiście… zamyśliła się Jagoda. Ale nie wydaje mi się, żeby dziadek postradał rozum. Może jednak kot dobrze się ukrywa. A nie mieliście tu ostatnio zaginięć kotów?
– Nic o tym nie słyszałam. A już czarnych to nikt nie hoduje…
Po powrocie, by nie kisić się w żalu, zaczęła porządki na podwórzu. Ciągle jednak myślała o Czarnuszku, którego nikt nie widział.
Tymczasem spod starej szopy ostrożnie przyglądał jej się właśnie on czarny, nieufny kot. Uciekł przed wszystkimi, a tylko ona budziła w nim coś dobrego; czuł jej bliskość, była taka podobna do dziadka. Dziadek karmił go mlekiem, dawał kiełbasę, resztki…
Kot wciąż się ukrywał, zostając niewidzialny. Strach przed ludźmi był silniejszy. Kiedy był mały, dzieci rzucały w niego patykami, potem dorośli poganiali kamieniami czy wiadrem wody.
Przemieszczał się od wsi do wsi, aż w końcu trafił do tego domu, gdzie staruszek okazał mu serce. Miał miękkie oczy i dobry głos Czarnuszek mógłby go słuchać całymi godzinami…
Słuchał jego żali, opowieści, kiedy dziadek przy herbacie wyznawał, jak bardzo brakuje mu żony i syna. Kotowi było go żal…
A teraz nie mógł mu już pomóc, bo pewnego dnia dziadka zabrakło.
Kot wyczuł wtedy śmierć. Biegał wokół zamkniętych drzwi, ale nie mógł wejść. Siadł pod gankiem i płakał po cichutku aż do rana.
Teraz czaił się i patrzył na Jagodę. Czuł, że ma dobre serce, tak jak dziadek. Jednak nie spieszył się, by pokazać się jej.
Pewnego dnia, dziewiątego po pogrzebie, dziewczyna zauważyła błysk czarnego futra. Tego dnia po raz pierwszy została sama na podwórku kot stracił czujność i przez ułamek sekundy wyjrzał zza szopy.
– No proszę, to ty jesteś, Czarnuszku! ucieszyła się. Dziadek wcale nie fantazjował! Chodź no tu, przyjacielu…
Ale gdy zrobiła krok w jego stronę, kot zniknął w trawie.
– Dlaczego się boisz? uśmiechnęła się, zaglądając między krzaki. Jutro muszę jechać, a chciałabym cię poznać!
Rozmowę podsłuchała Maria Jankowska, akurat niosła Jagodzie pierogi na drogę. Zobaczyła dziewczynę mówiącą do… nikogo. Kota nie wychwyciła.
Chyba coś z tym domem jednak nie tak… Najpierw dziadek mówił do niewidzialnego kota, teraz wnuczka… obróciła się na pięcie i wróciła do siebie, zostawiając pierogi na płocie.
***
Po południu niebo zasnuły granatowe chmury, zerwał się wiatr, gwałtowne grzmoty słychać było coraz bliżej. Jagoda spojrzała z niepokojem w niebo.
– To nie będzie zwykła burza mruknęła. Lepiej się schować.
Faktycznie, za chwilę lunęło. Dziewczyna kilka razy przywoływała kota do domu, ale Czarnuszek nie wychodził z kryjówki. Bał się burzy bardziej niż ludzi.
Deszcz dudnił o dach, wiatr targał okna, grzmoty trzęsły domem. W końcu Jagoda przewróciła się z boku na bok, nie mogąc zasnąć.
Nagle jak nie huknie! Siedzi wyprostowana, patrzy, a w oknie dwa świecące, żółte ślepia.
– O Jezu! krzyknęła przerażona.
Po chwili do pokoju wskoczył przez uchylone okno mokry, czarny kot. Przemknął przy jej nogach, schował się pod łóżkiem.
Jagoda z trudem wynęciła go spod łóżka, potem osuszyła ręcznikiem i pozwoliła spać koło siebie. Gdy burza szalała za oknem, ona i kot grzali się wzajemnie i już nie było tak strasznie.
***
Obudził ją dźwięk pazura skrobiącego okienko.
– A gdzie się wybierasz, przyjacielu? uśmiechnęła się do kota siedzącego na parapecie.
Czarnuszek spojrzał na nią niepewnie, jakby przepraszał za wczorajszą słabość.
– Miau zamruczał, prosząc o wypuszczenie.
– Jeszcze nie. Najpierw śniadanie. Potem sam zdecydujesz możesz zostać albo jechać ze mną do miasta. Chyba dziadek by tego chciał. Ja zresztą też.
Kiedy go nakarmiła i wypuściła, zaczęła się pakować. Do odjazdu autobusu zostało kilka godzin.
Kiedy wyszła z walizką przed dom, Czarnuszek już czekał na ganku. Położył się jej u stóp, ocierając się o łydkę.
Postanowił pojedzie z Jagodą do miasta. Bo tu już nie ma czego się bać.
– Wiedziałam, że się zdecydujesz uśmiechnęła się.
Kiedy poszła oddać klucz do domu Marii Jankowskiej, ta aż zrobiła wielkie oczy.
– To on? Ten kot?
– Tak, Czarnuszek. Nie mówcie źle o dziadku. Głowa w porządku, tylko kot był nieufny. Ale z moją pomocą przełamał strach.
– To dobrze. Nie martw się, Jagódko, przypilnuję wszystkiego. Przyjedziesz jeszcze kiedyś?
– Oczywiście. Teraz już nie sama z Czarnuszkiem.
– To dobrze. Weź pierogi na drogę.
– Dziękuję pani Mario za wszystko.
W autobusie, kiedy spojrzała przez okno, wydawało jej się, że w chmurze zobaczyła znajomą, uśmiechniętą twarz dziadka. Nawet Czarnuszek, siedząc na jej kolanach, wyciągnął łepek w stronę nieba.
To wszystko mogło być tylko ulotną iluzją, ale wiedziała, że dziadek nie zniknął bez śladu. Żyje w jej głowie i sercu gdziekolwiek teraz jest, na pewno się cieszy, że Jagoda i Czarnuszek odnaleźli się nawzajem.


