Papierki po cukierkach

– Aleś ty pustak, Jędrusiu! Wyłoiłabym ci skórę jak trzeba, ale komu już teraz i po co! Do takich lat dożył, a rozumu jak nie miał, tak nie ma!

Ciocia Stefania splunęła pod nogi sąsiadowi i ociężale, podpierając się na bolącej nodze, poszła przed siebie. Zrobiła swoje, a teraz już niech sumienie Jędrusia prowadzi, jak dalej żyć ma. Ludzie nie potrafili nauczyć go mądrości, to może los się tym zajmie?

A cóż on sobie roi? Własną matkę do domu opieki oddawać, jakby to była obca! Przecież leżąca jest teraz Wanda, ale czy to jego matka, czy jakiś cudzy wuj? Aż gotuje się w środku! Gdybym miała więcej sił nie zastanawiałabym się ani chwili, zabrałabym przyjaciółkę do siebie. Ale co z tego…

Żal mi Paulinki. Dobra z niej dziewczyna, ale przecież nie koń. Wszystko na swoich barkach dźwiga. Została na wsi, choć mogła pojechać na studia, kiedy matka zachorowała. Właściwie wyjechała, ale potem wróciła. Nie mogła zostawić matki i babci. Pomagała, bo wiedziała, że Stefanii już nie stać na opiekę nad córką. Swoich spraw ledwo ogarnia. Od kiedy dwa lata temu złamała nogę, wszystko się pogorszyło. Już wcześniej ledwo się ruszała, a teraz to już dno.

Młodsza córka proponowała, żeby Stefania przeprowadziła się do niej do miasta, ale musiała odmówić. Ciężko kawalerka mała, ledwo się wszyscy mieszczą. Zięć porządny, ale bez przebojowości. Pracuje, a efektów niewiele. Dwójkę dzieci mają, ciężko to wszystko pociągnąć. I Stefania im teraz już nie pomoże. Kiedyś prowadziła gospodarstwo i dzieciom pomagała, a teraz? Rozpadlina… Paulina złości się, kiedy tak mówi o sobie, ale po co się oszukiwać? Zdrowia nie ma, a siły gdzieś uciekają. Rano nawet z łóżka wstać ciężko. Otworzy oczy, poleży, rozmyśla i zbiera się do kupy jak okruszki na zmiotkę. Jeszcze trochę i wstała! Ruszyła!

Dobrze jeszcze, że Pola, wnuczka, lekka w nogach jak sarenka. Zanim Stefania się zbierze, Pola już ze wszystkim dom ogarnie, matce pomoże i do pracy poleci. Żwawa! Od dziecka tak miała.

Stefania swoją starszą córkę, matkę Poli, późno urodziła. Już nawet nie myślała, że zostanie matką. Nie spodziewała się

Pierwszy mąż nigdy jej tej pustki nie darował. Odszedł. Stefania przeżywała, ale nie aż tak. Widziała, że szczególnie jej nie kochał. Ona płonęła, a on

Za młodu Stefania była bardzo urodziwa. Jak zorza poranna. Ładniejszej dziewczyny nie było w całej okolicy. Chłopcy za nią biegali jeszcze od szkoły, ale ona trzymała się z godnością. Czekała na miłość. Myślała, że zaraz pojawi się ten jedyny, a on się nie pojawiał. Czas mijał, Stefania już nawet przestała się oglądać za kimkolwiek. Matki upomnienia za głowę spuszczała.

– Czego ty wybierasz? Zostaniesz starą panną!

A co powie, że na niekochającego nawet patrzeć nie chce…

I wtedy pojawił się chłopak z sąsiedniej wsi, który właśnie wrócił z wojska. Stefania go nie znała. Mieszkał z rodzicami gdzieś indziej, a po wojsku przyjechał do dziadków. Nikt przez długi czas nie wiedział, czemu nie wrócił do domu rodzinnego. I Stefania też o nic nie pytała.

Ale zakochała się od pierwszego wejrzenia. Wystarczyło jedno spotkanie z Antkiem i przepadła…

I on długo nie zwlekał. Zobaczył ją, to zaraz wysłał swaty. Stefania była szczęśliwa, a matka cieszyła się jeszcze bardziej. Wszak już był czas, by wyjść za mąż, a ona zwlekała i zwlekała!

Wesele było huczne i wesołe. Stefania nie wiedziała, gdzie oczy podziać ze szczęścia. Dopiero po czasie zauważyła, że przy stołach jakiś szept się niesie. Zrozumiała, że coś nie gra, kiedy teściowa podeszła, wzięła ją za rękę i poprowadziła do kobiety w ciemnej chuście obok wózka.

Od razu poczuła się, jakby zabrakło jej tchu, serce zaczęło łomotać. O co chodzi było jasne.

Antoni opowiedział jej potem, że wychodził do wojska, mając narzeczoną, ale nie dowierzał, że dziecko które się urodziło, jest jego. Rodzina mu powtarzała, że terminy się nie zgadzają. Dopiero później matka Antoniego poszła z sąsiadkami do byłej narzeczonej. Tam mały Antoś śpi w łóżeczku. Jak własny syn! Ale już było za późno innej się oświadczyli…

Dziewczyna, która urodziła syna Antoniemu, nie chciała już z nim być. Nie wybaczyła zdrady. O tym, że matka pojechała z dzieckiem na ślub byłego narzeczonego, nawet nie wiedziała. Powiedziano jej, że jedzie do siostry, pokazać wnuka.

– Po co? spytała Stefania, dotykając rączki wózka, patrząc na zmęczoną kobietę z zaciśniętymi ustami.

– Żebyś wiedziała, za kogo wychodzisz.

Stefania i tak kochała swojego męża, a co było przed nią Na tym świecie świętych nie znajdziesz. Każdy popełnia błędy. Ważne, że jest człowiekiem.

Synowi nigdy nie broniła spotykać się z ojcem. Ale Antoni tego nie chciał. Stefania szybko zrozumiała, że Antoni kocha tylko siebie. Wszyscy inni byli tylko tłem dla jego obrazu.

Nie była w stanie mu niczego zarzucić. Gospodarz dobry, dom dostatek a szczęścia nie było. Przez te piętnaście lat z nim nie wyczuła od niego ciepła. Był, a jakby go nie było. Pusto i cicho w domu było.

Dopóki żyła nadzieją, że będą dzieci, jeszcze sobie tłumaczyła, że to przejściowe. Może jeszcze się obudzi.

A gdy pewnego dnia powiedział jej, że nie jest prawdziwą kobietą, bo nie może urodzić dziecka, zrozumiała, że jej życie idzie donikąd. Chcesz idź tą ścieżką, chcesz stój w miejscu i tak nic się nie zmieni.

Rozeszli się szybko, nawet nie wszyscy na wsi od razu zorientowali się, że rodzina Karpińskich już nie istnieje. Została tylko Stefania.

Antoni wyjechał prawie od razu, zostawił jej dom, przyznając się na koniec do winy.

– Nie trzymaj urazy. Oboje zawiniliśmy, ale to mnie wypadało podjąć decyzję.

Do końca mu nie wybaczyła, ale ulżyło trochę na sercu. Jaka jej dola? Urody jej Pan Bóg dał, ale szczęścia nie wystarczyło.

Dwa lata Stefania żyła sama. Pracowała, chodziła przez wieś z podniesioną głową, na plotki nie zwracała uwagi. Przecież nie te czasy! Zostawił cię mąż no i co z tego? Kogo jeszcze to rusza!

A tylko serce ściskało. Pragnęła wracać do domu, gdzie słychać czyjś żywy głos…

Z Władysławem zeszli się dopiero po czasie. Długo się przyglądała. Już nie była młoda, no a on przyjezdny. Kto go tam wie, co za człowiek? Żył sobie samotnie, nie bywał po gościach, dom po dziadkach wyremontował, gospodarstwo prowadził. Komu trzeba, pomógł, ale sam pomocy nie prosił.

Ale generalnie był spokojny, grzeczny. Zaczął o nią zabiegać.

Stefania już zapomniała, jak to jest. A szczerze mówiąc, może nigdy dobrze nie wiedziała. Antoni raz przyniósł jej bukiet rumianków, a resztę uważał za zbędne. Kiedy była zakochana jak kot, nie zwracała uwagi, potem już nie miała głowy do sentymentów.

A Władysław choć nic spektakularnego nie robił, nigdy z pustymi rękami nie wchodził. Zawsze coś naprawił, jakoś pomógł. Stefania stwierdziła, że gorzej niż teraz już i tak nie będzie. Niech sobie ludzie gadają samotności już dłużej nie zniosę. Przynajmniej nie sama będę się starzeć.

Nie oczekiwała niczego po nowym związku. Ale los zatańczył z nią niespodzianą oberka i Stefania przyjęła to, co życie dało.

Przy pierwszej córce Stefania nie podejrzewała nawet przez pięć miesięcy, że jest w ciąży. U niej nigdy nic nie było regularne. Ale czuła się dobrze, żadnych dolegliwości.

To właśnie Wanda, sąsiadka, zauważyła, że coś ze Stefanią nie tak.

– Ty nie jesteś czasem w ciąży, Stefania? wykrzyknęła kiedyś, widząc, jak Stefania przymyka oczy od słońca i niemal się przewraca.

– Co ty, skąd! Przecież jestem pusta w środku

– Babcia mówiła, że to nie zawsze wina kobiety. Lekarze też tak teraz twierdzą. Może to po prostu z Antonim nie wychodziło? Jedź do miasta, zbadaj się. A nuż szczęście przyjdzie?

Stefania wróciła z miasta odmieniona. Szła przez wieś uśmiechnięta, promieniała jak słońce wszystkim było jasne, że u niej wszystko gra, a będzie jeszcze lepiej!

Jedna córka, za chwilę druga, i Stefania przestała się garbić i chować oczy. Nie miała już czego się wstydzić.

Swoje dziewczynki kochała tak, aż sąsiedzi się dziwili. Codzienność, a one w sukienkach i kokardach, zawsze czyste i zadbane. Chociaż biegały po drzewach, w błocie, latem nad rzeką i tak nigdy nie usłyszą reprymendy od Stefanii. Przyniesie wodę w misce, da mydło i uczy jak prać skarpetki. Jeśli coś podrą igła, nić, naprawcie. Czego nie umiecie nauczę.

Władysław odszedł, kiedy młodsza córka wyszła za mąż. Pojechał ją odwiedzić do miasta, a w drodze powrotnej już nie wrócił zginął w wypadku.

Stefania wtedy zupełnie oklapła. Gdyby nie dzieci, poszłaby za mężem. Ale musiała się zebrać. Rok później starsza córka urodziła Polę i Stefanii wróciło życie. Wszystko zakwitło, zazieleniło się.

Wnukowie byli dla niej wszystkim. Młodsza córka daleko, w mieście. Tylko na święta i wakacje przyjeżdżają. Ale Pola zawsze obok.

Dziewczyna rosła cała Stefania: i uroda, i postawa, tylko charakter twardszy. Uparciuch. Jak postanowi, to koniec.

Dopóki chodziło o naukę, Stefania się cieszyła. A jak weszła w dorosłość przyszły łzy.

A wszystko przez to, że Pola zakochała się bez pamięci. I to w sąsiedzie. Jędrzej był starszy o pięć lat, już dorosły chłop, a Pola dopiero szesnaście skończyła. Co ona mogła wiedzieć? A jednak powtarzała uparcie, że kocha i koniec.

Jędrzej nie zwracał uwagi na Polę. Kto to? Sąsiadka. Nawet jeszcze nie kobieta. On już dorosły, miłości własne miał.

Lidka, na którą zerkał Jędrzej dziewczyna ładna, może nie najładniejsza, ale umiała się pokazać, zawsze najmodniej ubrana. Ojciec ją rozpieszczał jedynaczka, a przecież trzeba dogadzać.

Lidii nie służyło to, bo wyrosła na wielką paniusię. Jak coś nie po jej myśli, zaraz dzień nieudany.

Początkowo Lidka nie dopuszczała Jędrzeja zbyt blisko, przyglądała się. Potem wydarzyło się coś dziwnego.

Lidka miała adoratora z sąsiedniej miejscowości typ rozpieszczony, jak ona. Lubił się pokazać, pójść z dziewczyną na tańce czy gdzieś. Któregoś dnia pojechali razem na motorze do sąsiadów i coś się stało. Lidka wróciła dopiero nad ranem, cała posiniaczona i w rozerwanym ubraniu.

Nikt o tym nie wiedział poza Stefanią. Nie spała tej nocy, zbierała się do ogrodu przed świtem, żeby przed upałem coś zrobić. Zobaczyła, jak Lidka idzie okrężną drogą przez pola, nie zwracając uwagi na Stefanie.

Po tygodniu rozniosło się po wsi, że będzie ślub Lidki, i to w pośpiechu.

Jędrzej chodził wniebowzięty, ale Wanda była niepocieszona.

– Stefciu, to coś podejrzanego. Ale co powiem synowi? Nic nie posłucha. Jak się zakochał, to koniec. On ją naprawdę kocha. Noce nie śpi, całkiem się wykończył.

Stefania kiwała głową, milczała. Nikomu nigdy nie powiedziała, że widziała Lidkę tamtego poranka. Teraz nie miała już do plotek głowy. W jej domu działy się większe tragedie.

Pola jakby oszalała. Całymi dniami siedziała przy oknie, patrząc na dom sąsiadów, gdzie trwały przygotowania do ślubu. Albo leżała twarzą do ściany, jęcząc bez łez, jak po śmierci.

Stefania próbowała namówić ją, żeby pojechała do ciotki do miasta. Jedyna nadzieja, że tam zostanie, wykształci się, wyjdzie za mąż i już nigdy nie wróci, by nie patrzeć na swojego ukochanego, który nawet nie wie o jej istnieniu. Dobrze Stefania wiedziała, że nawet gdyby powiedziała o wszystkim co widziała nic by to nie dało. Bo miłość Jędrzeja…

Ale Pola nie chciała słuchać ani babci, ani matki. Ojca już nie miała, a nikt inny nie miał na nią wpływu.

Na co czekała? Nie było wiadomo.

I doczekała do dnia ślubu. Przyszła z babcią i matką, po raz pierwszy od dawna z oczami suchymi. Stanęła z daleka, nie usiadła do stołu, nie odpowiadała na zaczepki koleżanek. Potem po prostu wyszła do domu.

Matka prawie od razu zauważyła, że jej nie ma, pobiegła za nią, przestraszona. Nigdy nie wiadomo, co nastolatce do głowy przyjdzie.

Ale Pola ją zaskoczyła. Spakowała walizkę, przytuliła matkę i babcię, i pojechała do miasta. Zapłakały za nią, ale przeżegnały i postanowiły czekać.

Czas leczy rany. Może i Polę uleczyłby, ale nie było jej dane do końca życia doczekać. Zanim się rozgościła w nowym miejscu, matka trafiła do szpitala. I już o własnych siłach z niego nie wyszła.

Znów spakowała Pola walizkę. Bo co miała robić? Stefania sama nie podołałaby z chora przykutą do łóżka.

Jednego tylko Pola się bała żeby Jędrzej z żoną nie wrócili mieszkać po sąsiedzku. Tu jednak los jej oszczędził. Po ślubie wyjechali.

Pola rozpakowała walizki, ogarnęła dom, przygotowała matce miejsce, poszła pracować do gospodarstwa. Bo gdzie iść? Bez zawodu i dyplomu, w małej wsi? Do roboty chętnych wielu, a po szkole tylko na gospodarstwo.

Ale Pola nigdy nie bała się pracy. Zwierzęta zawsze kochała. Wiedząc, że z samej pensji nie wyżyje, założyła małe gospodarstwo. Co miała robić?

I tak trwały. Pola pomagała Wandzie na ile mogła. Ta, pogrzebawszy męża, całkiem się załamała. Syn daleko, rzadko słowo odezwie, nie pisze o sobie. Co tam się dzieje Wanda martwiła się, wiedziała tylko, że Lidka urodziła dwoje dzieci chłopca i dziewczynkę. Ale Wanda wnuków nigdy nie widziała. Albo Lidka nie chciała do wsi wracać, albo Jędrzej miał kiepsko w życiu. Pracował jako kierowca ciężarówki, znikał w trasach, żeby jakoś zarobić. I Wanda, czytając listy, wyciągała z nich smutek syna narzekać nie zwykł, ale matka sercem czuje, jak dzieciakowi ciężko.

Może to troska o syna Wandę złożyła, a może coś innego ale położyła się do łóżka. Pola poszła do urzędu, załatwiła jej szpital wojewódzki. Jeździła, odwiedzała, a potem płakała w pustym domu. Lekarze nie dawali wielkich nadziei.

Jędrzejowi Stefania napisała od razu, jak Wandę zabrano. Ale czy list się zgubił, czy co, w każdym razie nie przyjechał. Przepadł, nawet kartki nie przysłał. Stefania napisała drugi list, potem powiedziała Poli:

– Zrezygnował z matki. Kukułka nocna, zawsze śpiewa głośniej od dziennej… Ech, pustak! A myślałam, że człowiek z niego!

– Babciu! Poczekaj z oceną! Sama mnie uczyłaś nie osądzać, zanim nie będziesz pewna. A potem tez po co? Niech on sam ze sobą rozmawia. Co teraz?

– Sama nie wiem, dziecko. Nigdy bym nie podejrzewała, że tak potraktuje matkę. Przecież zawsze taki czuły był. Matkę kochał Gdzie to się wszystko podziało?

– Czemu mówisz o nim “pustak”?

– To stara historia. I przez to nie myślałam nigdy, że Jędrzej aż tak upadnie.

– Opowiedz!

– Co tu opowiadać? Był chłopięciem, może pięć, sześć lat. Kiedyś dzieci zbierały opakowania po cukierkach całe kolekcje. A zdobyć je niełatwo. Ciężkie czasy, od wypłaty do wypłaty, a i wtedy rzadko coś zostało. Cukierki tylko na święta, a te lepsze to już w ogóle rarytas. Dzieciaki zamieniały się na nie prawie jak pieniądze. Kto miał, to prawie miał skarb! A Wanda miała wtedy dwie rasowe kury, jak śnieg białe, z grzebieniami jak korony. Kochała je nad życie, nie wiem skąd mąż je zdobył. Marzyła, żeby z nich się wykluły kolejne. I wtedy się stało: najlepszy kumpel Jędrzeja miał psa, łobuza wielkiego, niby rasowego, ojciec przywiózł z miasta. Ale miał jeden feler napadał na wszelką żywinę. Jędrzej zaprosił kolegę, ten przyszedł z psem… i białe piórka poleciały po całym podwórku.

– Babciu, naprawdę…

– Tak, Polu, pies rozszarpał obydwie kury. Wanda płakała, ale syna nie ganiła, tylko dniami z nikim nie chciała rozmawiać. A Jędrzej co zrobił?

– Co?

– Oddał całą kolekcję cukierkowych opakowań innemu koledze, który jeździł z ojcem do miasta. Prosił, by ten zabrał go kiedyś ze sobą, gdy ojciec znów będzie jechał. Wysupłał wszystko, co miał na nowe rower, i przywiózł matce taką samą kurkę.

– Dzielny chłopak!

– Lepiej nie można… Wanda była szczęśliwa, nie tyle przez tę kurę, co zobaczyła, że syn ma w sobie człowieka. A teraz? Gdzie to wszystko w ludziach znika, Polu? Stefania westchnęła, ale już nie dawała wnuczce się sprzeciwiać.

Co to za syn, który matki nie odwiedzi, gdy ta leży chora?

Ale straciła mowę, gdy tydzień po powrocie Wandy ze szpitala nagle zjawił się Jędrzej. Pola już przyzwyczaiła się opiekować dwoma chorymi naraz. Najpierw matka, potem Wanda. Jeszcze wystarczało sił.

Stefania zrzędziła, że Pola się przepracowuje, ale nie zostawi człowieka potrzebującego. To przecież nie obca matka Jędrzeja…

Pola szorowała podłogę w Wandzie, kiedy nagle drzwi się otworzyły i wbiegł mały chłopczyk, zostawiając brudne ślady na świeżym linoleum. Stanął naprzeciw Poli i zapytał:

– Ty jesteś moją mamą?

Pytanie było tak proste, że Pola aż zamarła z szmatką w ręku.

– Sąsiadka – Jędrzej położył rękę na ramieniu córki i przywitał się z Polą. Przepraszam, że tak późno przyjechałem. Wina moja. Maks był w szpitalu, nie mogłem go zostawić, a Milenka nie miała z kim zostać.

– A co z Lidką? wyrwało się Poli, zaraz tego pożałowała.

– Nie ma Lidki. Zostawiła nas. Wyjechała z nowym mężem. Jestem sam.

– Jak to sam? A dzieci? Pola już nie bała się wysokiego, postawnego mężczyzny, trzymającego za rękę małą dziewczynkę, tak do niego podobną.

– No właśnie, masz rację. Co ja mówię… Spała? zapytał, wskazując na łóżko. Usiadł, zdjął sznurowadła córce.

– Odpoczywa. Bardzo zmęczona. Lekarze powiedzieli, że tak będzie lepiej. Ale mogłaby chodzić. Twoja mama zawsze była ruchliwa, nie potrafiła usiedzieć sekundy. Teraz leży tylko.

– Wszystko już mnie boli od leżenia! rzuciła Wanda. Pola pośpiesznie skończyła sprzątanie, postawiła na stole miskę z ciepłą zupą i mleko dla dzieci, po czym wybiegła, nie żegnając się z Jędrzejem. Zbrakło jej już sił na rozmowy.

Pola myślała, że przez ten czas serce jej się uspokoiło, ale nie I przestraszyła się. Bo już nie była tą nieśmiałą dziewczynką, co kiedyś rumieniła się na widok Jędrzeja. Oni oboje się zmienili. Starsi. Może mądrzejsi a może tylko inni?

A po dwóch dniach Wanda powiedziała Stefanii, która zjawiła się o lasce, że chce prosić syna, aby zawiózł ją do domu spokojnej starości.

Stefania tak się oburzyła, że aż nie dała jej skończyć. Skąd miała tyle siły?! Wyszła na ganek, zawołała Jędrzeja, splunęła mu pod nogi i odeszła do siebie. Ani patrzeć, ani słuchać go nie chciała! Nawet Poli nie pozwoliła słowa powiedzieć.

– Nie ma co go tłumaczyć! Dorosły! Co to za człowiek, żeby matkę na śmietnik oddać… nie wytrzymała, rozpłakała się.

A Pola, jak stała w wysłużonym szlafroku, w którym zwykle obracała się po domu, wybiegła w galoszach na podwórko.

– Jędrzej! Gdzie jesteś?! wołała, otwierając drzwi. Rozczochrana, z wizytą gniewu i piękna jak wiosna. Co kombinujesz? Nie oddam ci cioci Wandy! Nawet nie myśl! Wracaj, skąd przyjechałeś! Damy sobie radę! Co za różnica: opiekować się jedną czy dwiema i tak wszystko jedno! Dostawimy łóżko i koniec! Ech, ty! A ja przecież…

Pola nagle ucichła widząc, jak Wanda płacze ze śmiechu, a Jędrzej się uśmiecha.

– Uspokój się, Polu! Wanda otarła łzy. On mnie nigdzie oddawać nie chciał! Sama prosiłam. Powiedziałam to tylko Stefanii, bo nie chcę być synowi na zadrę. Ona nie dosłuchała i już się obraziła!

– Zostaję tu, Polu. Gdzie mam jechać od matki?

– Tak? Pola zdezorientowała się, rozejrzała się, spojrzała na spakowaną torbę. To po co ta torba?

– Muszę załatwić sprawy w domu. W pracy wypowiedzenie, rzeczy zabrać, nie wiem ile to potrwa. Ale dzieci zostają. Już z lekarzem się dogadałem przypilnuje mamy.

Wtedy Pola pokazała, na co ją stać.

Podeszła do Jędrzeja, spojrzała mu w oczy i powiedziała:

– Dzieci nie będziesz ciągał tu i tam! Zostają. Zajmę się nimi. I czekać na ciebie będę. Zrozumiałeś?

– Zrozumiałem… Jędrzej patrzył na nią, jakby widział po raz pierwszy. Jak mogłem cię nie zauważyć?

– Spraw sobie okulary w tym mieście! Jeszcze coś przeoczysz… Pola wzięła na ręce dziewczynkę, która objęła ją za nogi. Chodźmy do cioci Stefanii. Drożdżowe już wyrasta. Lubi ciasto? To dobrze!

A kilka lat później Jędrzej wyprowadza na ganek najpierw Wandę, potem teściową.

– No, mamusie! Wygodnie? Patrzcie, jakie leżaki z miasta przywiozłem!

Siedzisz czy leżysz, a wszystko na świeżym powietrzu! Pięknie?

Ostrożnie, dostosowując się do tempa Wandy, Jędrzej pomoże mamie usiąść, potem nasłuchuje.

– Obudzili się młodsi! A Poli jeszcze nie ma. Idę zobaczyć, co tam płaczą.

– A Pola niedługo wróci?

– Dziś ma ostatni egzamin. Powiedziała, że będzie w pierwszej piątce, więc zaraz wróci.

Samochód zahamuje pod furtką, a dzieciaki, siedzące na rozłożystej wiśni i zapełniające wiaderka do przetworów według polecenia babci Stefanii, zeskoczą z drzewa z okrzykiem:

– Mama! Mama przyjechała!

I Pola, już nie ta nieśmiała dziewczynka, co drżała przed Jędrzejem, rozłoży ramiona, łapiąc swoje szczęście, i puści oko do męża:

– Piątka!

– A jakże! Jędrzej uśmiechnie się i pójdzie do środka.

Bliźniaki są posłuszne, w matkę, ale cierpliwości do czekania nie mają tu po ojcu.

Jeszcze takie pustaki!

Rate article
Fajna Tajna
Papierki po cukierkach