Dziennik, 18 maja
Czuję, że od lat gram w jakąś dziwną grę. Moja historia zyskała ostatnio nowy rozdział i muszę ją opisać może wtedy łatwiej mi ją poukładać w głowie.
Wszystko zaczęło się w jeden z tych wieczorów, które planowaliśmy z Rafałem od tygodnia. Miało być spokojnie, kolacja przy świecach, rolada mięsna, na którą namówił mnie w zeszły weekend, kawałek sernika jeszcze ciepłego z piekarnika. W kuchni pachniało cudownie, a potem, jak zwykle, telefon Rafała rozdzwonił się w nieodpowiednim momencie. Oczywiście to była znowu ona Ewelina.
Rafciu, błagam! Ja nie wiem, co robić, woda mi cieknie, zaraz zaleję sąsiadów, a ta wariatka spod jedynki mnie zamęczy! Ręce mi się trzęsą, nawet nie wiem, gdzie ten cholerny zawór! jej piskliwy głos było słychać mocniej niż włączony dzwonek.
Odłożyłam widelec na talerz z taką dbałością ustawiłam dzisiaj wszystko na stole, żeby on mógł się poczuć wyjątkowo, a znowu wszystko poszło na marne.
Ewela, spokojnie Rafał mruczał do telefonu, zerkając na mnie raz po raz. Pod zlewem szukałaś? Przy toalecie też czasem bywa. Spróbuj zakręcić główny zawór.
Ja nie wiem, gdzie on jest, Rafciu! Przyjedź szybko, proszę! Sama sobie nie poradzę!
Spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem, a ja poczułam tę znajomą rezygnację.
Wiesz, Terenia, słyszysz? Jak jej zaleje, to będzie wesoło… Ona jest bezradna, jak małe dziecko. Muszę jechać.
Wzięłam głęboki wdech, schowałam wszelkie emocje głęboko i odpowiedziałam spokojnie:
Jasne, przecież dzisiaj nie mamy rocznicy ślubu, nie rezerwowaliśmy tego wieczoru od tygodnia, a ja nie gotowałam dla nas przez pół dnia. Jedź, Rafał. Ratuj Ewelinę. Bez ciebie nie da sobie rady.
No już nie bądź złośliwa rzucił w pośpiechu, łapiąc kluczyki do auta. Przecież to tylko stara przyjaciółka, człowiek, który jest w potrzebie. Wpadnę, założę uszczelkę i wracam. Schowaj kolację, żeby nie wystygła.
Drzwi się zatrzasnęły. Wdusiłam żal razem z powietrzem w piersiach. Podeszłam do okna i przez chwilę patrzyłam, jak jego auto znika w nocnych światłach Warszawy.
Imię Eweliny od roku wisi nad naszym małżeństwem jak ciemna chmura. Koleżanka z podstawówki, sąsiadka na osiedlu, taka chłopczyca jak Rafał ją czasem nazywał. Pojawiła się nagle, zaraz po swoim rozwodzie, i od tego czasu wiecznie coś jej się psuło. Najpierw wynosił jej stare meble, potem pomagał z zakupem pralki, później naprawiał komputer. A potem telefony zaczęły padać akurat wtedy, kiedy planowaliśmy wspólny czas: raz jej samochód nie odpalił, raz zepsuła się półka w łazience, koniecznie trzeba było pojechać i ratować świat.
Nie jestem zazdrosną żoną. Rozumiem przyjaźń. Ale moja kobieca intuicja już od dawna mnie ostrzega przed niepozorną pozą bezradnej kobiety, którą Ewelina opracowała do perfekcji: zawsze zalotnie przeciąga Rafciu, zawsze z błyskiem w oku i słodkim uśmiechem, zawsze w potrzebie. Rafał prostuje wtedy plecy jak paw, a ja zastanawiam się, ile jeszcze takich wieczorów przed nami.
Po powrocie Rafał był zmęczony, cały brudny, ale dumny z siebie.
Uff, zdążyłem, w ostatniej chwili. Z pralki zaczęło lać, musiałem w nocy jechać po uszczelki do Żabki. Ewela taka przerażona, aż nerwy ją złapały, walerianę musiała łyknąć.
I co, nakarmiła cię za to? rzuciłam, udając, że wpatruję się w książkę.
Napoiła, postawiła sernik, upiekła, jakby wiedziała, że padnę z głodu. Przepraszała, że popsuła nam kolację.
Sernik upiekła zanotowałam w myślach. Ciekawe, że w tym dramatycznych popłochu zdążyła jeszcze rozgrzać piekarnik. Rzeczywiście, bardzo poważne zalanie.
Nie powiedziałam nic na głos. Wiedziałam, że kłótnie nie mają sensu. Rafał zamyka się wtedy w sobie, zarzuca mi bezduszność, a Ewelina wygrywa kolejną rundę. Postanowiłam, że następnym razem pojadę z nim.
I ten następny raz przyszedł szybciej, niż myślałam. Zbliżała się sobota, mieliśmy jechać na działkę, pogoda cud słońce, ciepło, pyszne mięso w marynacie, już widziałam nas na werandzie, popijających chłodne wino. Rafał pakował auto na podjeździe, ja wynosiłam sadzonki petunii, kiedy zabrzęczał jego smartfon. Specjalny dzwonek, ustawiony tylko na Ewelinę.
Co się znowu stało, Ewelina? Co? Iskrzy jak? Mocno? Pali się coś? Dobra, nie dotykaj niczego, wyłącz bezpieczniki w przedpokoju… Zaraz będę.
Wyłączył telefon i spojrzał na mnie znowu z tą miną nie mam wyboru.
Terenia, sprawa jest poważna… iskrzy jej skrzynka elektryczna, śmierdzi palonym plastikiem. W soboty pogotowie energetyczne się nie kwapi, prywatni fachowcy to żyła złota, a i nie wiadomo, ile poczeka…
Rozumiem, jedziemy do niej razem powiedziałam spokojnie.
Po co ty? zdziwił się szczerze. Przecież i tak nie znasz się na prądzie.
Nie zostawię cię. Jedziemy razem. Przy okazji zobaczę się z Eweliną. Jadąc na działkę, mamy po drodze jej blok.
Nie miał argumentów, wsiadł więc ze mną do auta. Jechał sztywno, jakby na egzamin. Ja w środku czułam podenerwowanie, ale postanowiłam być spokojna i opanowana.
Przywitała nas w koronkowym szlafroku, którego dolny brzeg ledwie zasłaniał uda, a makijaż była tak perfekcyjny, jakby przyszli do niej goście z telewizji. Gdy zobaczyła, że wysiadam razem z Rafałem, uśmiech zniknął jej na sekundę z twarzy, ale po ułamku sekundy już grała rolę przestraszonej, wymizerowanej kobiety.
Tereska! Co za niespodzianka! W takim stanie… nawet się nie uczesałam! Chodźcie, wejdźcie. Rafałku, uratuj mnie, coś paskudnie iskrzy w tym korytarzu!
W środku przeczuwałam fałsz tego teatru. Szczególnie, gdy Ewelina próbowała mnie odciągać do kuchni na kawę, kiedy Rafał już był przy skrzynce z narzędziami. Stanęłam twardo.
Zostanę tutaj. Może Rafał będzie potrzebował pomocy.
Roześmiała się sztucznie.
Daj spokój, Teresko! Rafał wie, co robi! On potrafi wszystko, cudowne złote ręce. Prawda, Rafciu?
Przyglądałam jej się z ciekawością. Odpowiedziałam chłodno:
Ewelino, dlaczego nie zadzwoniłaś na pogotowie energetyczne? Przecież to niebezpieczne…
Ojeju, tam same chamy pracują! Wpadną, nachlapią, podłogi zniszczą. A Rafciu to swój człowiek, on mi nie naśmieci i nie nakrzyczy.
Popatrzyłam na Rafała wymownie. Poczuł się głupio, ale po chwili naprawił luźny kabel i powiedział jej, że czas wezwać elektryka i zmienić całą skrzynkę. Ewelina jednak wiadomo zaczęła mlaszczeć, użalać się:
Ależ Rafciu, może byś potem sam naprawił, znajdziesz mi tę część?
Rafał nie będzie mógł, Ewelina. Jedziemy razem na działkę, a za tydzień mamy bilety do opery. Spisz numer automatu, niech elektryk przyjdzie.
Obruszyła się, próbując jeszcze namówić nas na eklerki i kawę, ale byłam nieugięta.
Jesteśmy najedzeni zerwałam rozmowę, łapiąc Rafała za rękę. Musimy lecieć, mamy plany.
Kiedy byliśmy już w drodze, znowu próbował ją tłumaczyć, lecz tym razem nie miał już argumentów.
Czułam, że to nie koniec.
I rzeczywiście dwa tygodnie później Rafał wyjechał służbowo, a ja szykowałam mu kolację na powrót. Nagle telefon: Terenia, będę trochę później, Ewelina zadzwoniła przewrócił jej się karnisz na nogę, nie może chodzić, trzeba pomóc wejść po lekarstwa. Zrobiło mi się zimno.
Rafał, ja pojadę. Lepiej wiem, co dać na stłuczone palce. Ty odpocznij po drodze powiedziałam stanowczo.
Był zaskoczony, ale się zgodził.
Nie pojechałam do Eweliny jako jej anioł stróż. Zamówiłam solidnego pana z Złotej Rączki, zamówiłam w aptece zestaw dla ofiar domowych wypadków, a sama ruszyłam pod jej adres.
Pod blokiem minęłam kuriera z torbą leków, odebrałam zamówienie. W mieszkaniu Eweliny paliły się świece, na stoliku stała przygotowana butelka pinot grigio i dwa kieliszki, a ona leżała w szlafroku rozciągnięta na kanapie, niby z obolałą stopą. Nawet nie zakluczyła drzwi, chyba liczyła na ratownika.
Weszłam i zapaliłam główne światło.
To ty, Tereska?! zbladła. Rafał?!
Rafał odpoczywa w domu. Przywiozłam ci lekarstwa, a za pięć minut przyjdzie majster z serwisu, zamontuje karnisz.
Przecież chciałam, żeby to Rafał mi pomógł! syknęła. On zawsze mi wszystko naprawiał!
W tym momencie rozległ się dzwonek do drzwi. Wprowadziłam pana Zbigniewa, który od razu zabrał się za pracę.
Ewelina patrzyła na mnie, wściekła jak osa.
Po co ty to robisz? wysyczała.
Pomagam ci. Teraz, kiedy ci się coś zepsuje, wiesz już, kogo wołać. Nie mojego męża. Odpowiedziałam spokojnie. Twoje problemy domowe nie są już problemami mojej rodziny.
Zostawiłam ją całą czerwoną na twarzy, wyszłam lekka, jakby spadł ze mnie ciężar.
W domu Rafał czekał niecierpliwie.
I jak? Bardzo stłukła nogę? Bo nie odbiera telefonu…
Ma się dobrze. Karnisz montuje fachowiec. Nie trzeba się już zamartwiać. Powiedziałam krótko.
Usiadł naprzeciw mnie, spuścił głowę.
Terenia, chyba powinienem przeprosić…
Chyba tak, Rafał. Zapomniałeś, jak się stawia granice. Trzeba pomagać innym, ale nie kosztem rodziny. Od teraz Ewelina ma pana Zbigniewa, nie ciebie.
I tak Ewelina zniknęła z naszej codzienności. Już nie dzwoniła, nie zapraszała na eklerki, nie psuła planów. Po kilku miesiącach spotkałam ją w Złotych Tarasach z bogatszym panem pod rękę. Udawała, że mnie nie zna i całe szczęście.
Teraz z Rafałem wieczorami pijemy herbatę, planujemy wyjazdy, a jeśli jedziemy na działkę to rzeczywiście docieramy na działkę. Pilnuję granic naszej rodziny, nawet jeśli przekracza je najsłodsza bezradność świata.
Mam nadzieję, że już nigdy nie zapomnę, że to ja decyduję, kto jest po naszej stronie drzwi.



