Niewidzialna żona

Basia! usłyszałam znajomy głos, gdy moja przyjaciółka zdarła z siebie krople deszczu z ciemnoczerwonego płaszcza i z rozmachem zajęła krzesło naprzeciw mnie. Przepraszam, korki są okropne. Zamówiłaś już coś?

Tylko kawę uśmiechnęłam się blado. Czekałam na ciebie.

Rena zrzuciła płaszcz, omiotła mnie wzrokiem jak rentgenem i gwizdnęła cicho.

Jezu, Basia, ty patrzysz rano w lustro? Co to za strój? Szara bluza, szare spodnie. Masz doła czy chciałaś zostać niewidzialna?

Wygodnie mi wzruszyłam ramionami. Wiesz, mam już pięćdziesiąt dwa lata, Rena, przestało mi zależeć na stylówce.

No jasne machnęła ręką, zamawiając sobie cappuccino i rogalika z jakimś rozmachanym gestem. A gdzie twój Marek? Znowu na rybach?

Kiwnęłam głową.

Pojechał w piątek po południu. Wróci w niedzielę na obiad, klasyka…

No tak, jak zwykle powtórzyła prześmiewczo Rena. A ty, jak zawsze, sama w domu siedzisz, co? Telewizor, darnie, cerowanie skarpet? Basia, powiedz mi, kiedy cię ostatnio Marek gdzieś zaprosił? Do restauracji, do teatru, no choćby do kina? Przypominasz sobie? No, myśl!

Poczułam, że policzki mi płoną.

Byliśmy razem na działce, w lipcu…

Na działce! parsknęła Rena śmiechem. Ty pieliłaś grządki, a on naprawiał szopkę! Ależ romantycznie! Basia, kochana, życie ci przecieka przez palce. No nie jesteśmy już młode, racja, ale do trumny nam jeszcze daleko. A ty chowasz się żywcem, jak cień.

Nie przesadzaj upiłam kawę, która wydała mi się wyjątkowo gorzka. Jesteśmy normalną rodziną. Dwadzieścia osiem lat razem. To się liczy, prawda?

Dwadzieścia osiem lat nawyku, powiem ci przecięła krótko. Wiesz, co ja widzę? Stałaś się przezroczysta. Dla niego jesteś jak lodówka albo stołek. Jest, działa, dobrze. Kiedy ostatnio powiedział ci coś dobrego? Albo w ogóle spytał, co u ciebie?

Zacisnęło mi gardło. Chciałam zaprotestować, ale prawda była taka, że wieczory mijają nam w ciszy. Marek czyta na tablecie jakieś artykuły o przynętach, ja dziergam albo oglądam seriale. Czasem zapyta, co na kolację. Czasem ja przypomnę mu o opłaceniu rachunków. Tyle rozmowy.

Trafiłam w punkt, widzę to Rena pochyliła się bliżej, jej oczy błyszczały. Posłuchaj. Poznałam ostatnio świetnego faceta. Fotograf, Tomek. Inteligentny, umie słuchać! W sobotę ma wernisaż w galerii przy ulicy Słowackiego. Pójdziesz ze mną? Oddechniesz trochę.

Rena, ja nie…

Nawet nie próbuj się wymigiwać! Rena machnęła ręką. Wydostaniesz się z tej skorupy. Zobaczysz, jakie to fajne, kiedy ktoś na ciebie patrzy, słucha cię, a nie gada tylko o cieknących kranach.

Westchnęłam. Kłócenie się z Reną to walka z wiatrakami. A szczerze mówiąc, perspektywa wyjścia nie była taka straszna. W domu rzeczywiście była tylko cisza, aż dzwoniło w uszach.

***

W sobotę wieczorem, stojąc przed lustrem, nie mogłam się rozpoznać. Rena wparowała do mnie z bordową sukienką nie jakaś tandetna, ale bardzo z klasą, z fajnym paskiem w talii. Umalowałam się pierwszy raz od chyba roku, wygładziłam włosy.

No, pięknie mruknęłam do siebie patrząc w lustro. A myślałam, że już kompletnie…

Że już się zamieniłaś w babcię? Rena była z siebie zadowolona. Oj nie, kochana. Jeszcze niejedno cię czeka. Po prostu o tym zapomniałaś.

Galeria okazała się malutka, ale przytulna, z bielutkimi ścianami i wysokimi sufitami. Wisiały tam czarno-białe fotografie: stare kamienice, twarze nieznajomych, zapomniane przystanki. Było może trzydzieści osób, kieliszki z winem, ciche rozmowy.

Rena z miejsca zaprowadziła mnie do wysokiego faceta z siwizną na skroniach, ubranego w czarny golf i dżinsy.

Tomek, to moja najlepsza przyjaciółka, Basia przedstawiła nas. Basia, to Tomek, autor tych perełek.

Tomek odwrócił się i spojrzał mi w oczy. Szare, ciepłe, uśmiech w kąciku ust. Wyciągnął rękę.

Miło mi. Mam nadzieję, że się spodoba.

Ja… słabo się znam na fotografii przyznałam, ściskając jego dłoń. Była sucha, ciepła.

Nie trzeba się znać uśmiechnął się szerzej. Chodzi o to, żeby poczuć. Chodź, pokażę ci moją ulubioną pracę.

Zabrał mnie pod fotografie w rogu. Była na niej starsza kobieta w oknie, światło padało na jej twarz tak, że zmarszczki wyglądały jak linie powstałe z historii. Oczy patrzyły w jakąś dal, zamyślone, smutne.

Widzisz? powiedział cicho Tomek. To moja sąsiadka. Ma osiemdziesiąt trzy lata. Robiłem to zdjęcie półtora roku temu. Opowiadała o wojnie, o mężu, o samotnym wychowaniu trojga dzieci. Wiesz, co mnie zdumiało? W jej oczach nie było litości nad sobą. Tylko taka smutna, ale dumnie uniesiona głowa.

Patrzyłam na tę kobietę i coś ścisnęło mnie w sercu.

Ona jest piękna wyszeptałam.

Tak. Piękno ma tysiące twarzy. Nie chodzi o młodość i gładką cerę. Piękno to suma życia, ran, ale i godności przyjrzał mi się uważnie. Ty też masz trochę tej nostalgii w oczach. Takiej szczególnej. Jakbyś ciągle o czymś myślała, ale nigdy nie powiedziała tego na głos.

Speszyłam się. Nikt już od lat nie patrzył na mnie w ten sposób. Marek patrzył na mnie, ale nie widział. A ten obcy facet jakby zaglądał prosto do mojej duszy.

Po prostu… chyba jestem trochę zmęczona wydukałam.

Czym? zapytał spokojnie, jakbyśmy się znali od dawna.

Chciałam zażartować, ale słowa posypały się same.

Monotonią. Tym, że każdy dzień jest taki sam. Pobudka, śniadanie, dom, mąż w pracy, albo nad Wisłą. Dzieci dorosły, wyjechały. A ja siedzę w tym mieszkaniu i myślę: gdzie właściwie jestem ja? Ta dziewczyna, która kiedyś marzyła o dalekich podróżach?

Zamilkłam, zaskoczona własną szczerością.

Przepraszam, nie wiem, co we mnie wstąpiło mruknęłam.

Nie przepraszaj. To się nazywa szczerość. Rzadkość dziś lekko dotknął mojego łokcia. Mam pomysł. Prowadzę taki mały klub, co środę spotykamy się rozmawiamy o fotografii, czasem o książkach, czasem wyjazd nad jezioro na plenery. Przyjdź w środę. Spodoba ci się, obiecuję.

Chciałam odmówić. Powiedzieć, że mam obowiązki. Ale głos zdradził mnie pierwszy.

Dobrze, przyjdę.

***

Marek wrócił w niedzielę, jak zawsze pachnąc rzeką i dymem ogniska. Wyszłam mu na przedpokój.

To jak, złowiłeś coś? spytałam.

Dwa okonie stwierdził, idąc do kuchni. Ujdzie. A ty jak? Wszystko gra?

Tak, wszystko okej odpowiedziałam. W sobotę byłam z Reną na wernisażu.

To dobrze. Powinnaś częściej wychodzić, bo tak tylko siedzisz w domu.

Mówił, nie patrząc na mnie, już myśląc o czymś innym. Poczułam przypływ irytacji.

Marek, może byśmy gdzieś wyszli razem? No wiesz, do restauracji? Albo do teatru?

Popatrzył na mnie zdziwiony.

Po co? Przecież drogo. Poza tym jestem zmęczony po rybach. Zrobimy to innym razem, dobra?

«Innym razem». Zawsze innym razem. Skinęłam głową i wyszłam do salonu. Napisałam do Reny: Daj mi adres tego klubu. Idę w środę.

***

Klub spotykał się w piwnicy starej kamienicy, urządzona na przytulny salon z kanapami, regałami książek i aparatami porozkładanymi po stołach. Było z piętnaście osób, większość po czterdziestce, niektórzy po pięćdziesiątce. Tomek czekał na mnie przy drzwiach.

Cieszę się, że przyszłaś uśmiechnął się. Siadaj, gdzie chcesz.

Oglądaliśmy zdjęcia jakiegoś francuskiego artysty, potem ktoś przeczytał wiersz Miłosza, później po prostu gadaliśmy. Milczałam, słuchałam i było mi dobrze. Nikt nie pytał o rachunki, nie oceniał, nie rozkazywał.

Po spotkaniu Tomek odprowadził mnie na przystanek.

Jak ci się podobało? spytał.

Bardzo przyznałam. Nie spodziewałam się, że będzie mi tak dobrze. Jakby inny świat.

No bo jesteś w innym świecie uśmiechnął się. I wiesz co? Obserwując cię, widać, że od dawna nie robisz nic dla siebie. Cały czas dla innych: męża, dzieci, domu. Kiedy ostatnio zrobiłaś coś tylko dla siebie?

Nie pamiętałam.

I tu jest pułapka dojrzałości dodał. Oddajemy siebie innym, i nagle nie wiemy, kim jesteśmy. Ale nigdy nie jest za późno, żeby sobie o tym przypomnieć.

Te słowa padły mi na serce jak plaster. Byłam jak zahipnotyzowana.

Słuchaj Tomek nagle się zatrzymał. Może w sobotę pojedziesz ze mną za miasto? Jest stara posiadłość pod Warszawą, jesienią cudowne światło. Chcę tam pofotografować. Będzie ciekawie, obiecuję.

Zamarłam. Sobota, Marek znów na rybach. Będę sama… jak zwykle.

Nie wiem… wymamrotałam.

Boisz się, że to nie wypada? uśmiechnął się smutno. Proponuję po prostu spacer z aparatem, nic więcej. Życie, Basia. Masz prawo żyć, wiesz?

Wiem wyszeptałam.

To przyjedź pod metro o dziesiątej. Weź coś ciepłego, tam wieje.

Poczułam, że serce wali mi jak przed randką w liceum.

***

W piątek Marek jak zwykle szykował się na ryby.

Wracam w niedzielę rzucił, zapinając plecak. W razie co, dzwoń.

A może pojechałabym z tobą? rzuciłam nagle, patrząc jak sprawdza przynęty.

Spojrzał zdziwiony.

Po co? Przecież narzekałaś, że ci zimno i komary gryzą.

Po prostu… pobylibyśmy razem.

Ależ my jesteśmy ciągle razem machnął ręką. Albo odpocznij w domu. Serial sobie puść.

Cmoknął mnie w policzek i wyszedł. Stałam w przedpokoju, patrzyłam na drzwi.

My jesteśmy ciągle razem, powtórzyłam bezgłośnie. Czy na pewno?

Nazajutrz wstałam wcześnie, długo wybierałam strój. Jeansy, ciepły sweter, kurtka. W lustrze zobaczyłam w sobie inny błysk, młodszy.

To tylko wyjazd za miasto przekonywałam siebie. Ze znajomym. Przecież to nic złego.

Tomek czekał z gorącą kawą.

Gotowa na przygodę? uśmiechnął się.

Jechaliśmy jego wysłużonym polonezem, jakaś muzyka leciała, rozmawialiśmy, śmiałam się, czułam się lekka.

Posiadłość okazała się zrujnowana, ale piękna: stare kolumny, dziki park, staw. Tomek fotografował, ja zbierałam żółte liście.

Stań przy kolumnie, proszę. Tak. Spójrz w dal, nie w aparat…

Pstryknął parę zdjęć, potem mi je pokazał.

Widzisz? Jesteś bardzo fotogeniczna. I ten smutek w oczach nadaje ci wyjątkowej głębi.

Patrzyłam na tę kobietę… to byłam ja? Czy naprawdę?

Siedzieliśmy potem w małej kawiarni, jedliśmy pierogi, piliśmy herbatę i rozmowa szła coraz głębiej.

Jak długo jesteś mężatką? zapytał nagle.

Dwadzieścia osiem lat.

I jesteś szczęśliwa?

Zamilkłam. Czym jest szczęście? Rutyną? Stabilizacją?

Nie wiem wyszeptałam. Kiedyś tak. A teraz… czuję się, jakbym śniła na jawie. Wszystko jest jak powinno, ale mi czegoś brakuje.

Emocji podsunął. Smakowania życia. Poczucia, że jesteś kimś więcej niż funkcją.

Położył dłoń na mojej.

Basia, jesteś cudowną kobietą. Mądrą, piękną, poruszającą. I zasługujesz na szczęście. Na swoje własne szczęście.

Spojrzałam na jego rękę, na swoją i serce zaczęło walić. Powinnam się odsunąć, wyjść. Ale nie chciałam.

***

Kolejne tygodnie minęły w zamęcie. Coraz częściej spotykałam się z Tomkiem: w klubie, na wystawach, podczas spacerów. Dawał mi to, czego nie dostawałam w domu: uwagę, ciepłe słowa, rozmowy bez końca.

Z Markiem wszystko było po staremu. Praca, ryby, wiadomości. Ja gotowałam, sprzątałam, prałam. Niewiele słów.

Kupiłaś śmietanę? pytał.

Kupiłam.

Super. A gdzie skarpetki?

Tam gdzie zawsze.

I już. Zero pytań o uczucia.

A Tomek pytał, zawsze. I rozkwitałam przy nim jak w ciepłe dni tulipan.

Rena oczywiście wszystko widziała.

No, zakochałaś się, co? mrugnęła, gdy spotkałyśmy się w naszej kawiarni.

Nie gadaj głupot zarumieniłam się. To tylko znajomość.

Taa, znajomość! Basia, promieniejesz. Od lat cię takiej nie widziałam. I wiesz co? Nawet dobrze. Zasłużyłaś.

Ale ja przecież jestem zamężna… szepnęłam.

I co z tego? wzruszyła ramionami. Twój Marek nawet nie zauważa, że istniejesz. Czemu masz rezygnować z własnego życia? Jesteś kobietą, masz prawo do odrobiny szczęścia.

Te słowa we mnie osiadały. Usprawiedliwiałam się. Po prostu żyję. Przecież Marek sam wybrał samotność.

Punkt kulminacyjny przyszedł w listopadzie. Tomek zaprosił mnie na dzień do Kazimierza Dolnego festiwal fotografii ulicznej.

Mam dwa oddzielne pokoje w pensjonacie, w razie czego.

Trzymałam się tego jak ratunku.

Markowi powiedziałam, że jadę z Reną na shopping do Lublina.

Okej mruknął, nawet nie patrząc na mnie. Tylko kup z głową.

Chciałam, żeby zapytał, spojrzał, ale nie.

Festiwal był super, Tomek naprawdę miał dwa pokoje. Wieczorem w restauracji rozmowy się rozlały. On delikatnie wziął mnie za rękę:

Baśka, spotkałem wiele kobiet, ale ty jesteś wyjątkowa. Masz w sobie jakąś czystość i tak głęboki smutek, że chciałbym go wygonić.

Nachylił się i pocałował w policzek.

Dobranoc. Jeśli chcesz pogadać, jestem za ścianą.

Leżałam w łóżku, myśli szalały, serce gnało. Mam męża od prawie trzydziestu lat. Nie mogę…

A kiedy on ostatni raz powiedział ci, że jesteś mu bliska?

W środku nocy przeszłam korytarz i zapukałam. Otworzył od razu, jakby czekał.

Basia…

Weszłam.

***

Rano bolała mnie głowa, choć nie z wina. Leżałam w obcym łóżku, z obcym facetem. Niedowierzałam sobie.

Cicho się ubrałam, wróciłam do swojego pokoju, usiadłam na łóżku z głową w dłoniach.

Co ja zrobiłam, Boże…

Ale w drodze powrotnej Tomek był czuły, ciepły, trzymał mnie za rękę. Wino poczucia winy odsuwało się przed jakimś nowym szczęściem.

Żyję! myślałam. Po raz pierwszy od lat naprawdę żyję!

W domu Marek jak zwykle:

No co, coś nakupiłaś?

Niewiele. Nic ciekawego nie było.

Rozumiem. Co na kolację?

Wróciła codzienność. Za dnia byłam żoną Marka, robiłam wszystko, co zawsze. Wieczorem pisałam do Tomka, spotykaliśmy się dyskretnie. Zabierał mnie do nowych miejsc, dawał książki, czytał poezję.

Z Markiem rozmawiałam tylko o czynnościach, nie o uczuciach.

Mleczna cisza.

Rena triumfowała.

No i masz: żyjesz! A nie gnijesz w tej swojej rutynie.

Próbowałam się usprawiedliwiać. To Marek pierwszy się odsunął. Mam prawo do szczęścia.

Ale nocami nie spałam, słysząc jego oddech obok i czując, że coś we mnie się łamie.

***

Grudzień nadszedł z mrozem i śniegiem. Z Tomkiem widywałam się prawie co tydzień. Wynajął małą pracownię, chodziłam tam niby na kurs komputerowy.

Marek przyjmował to bez pytań.

Tomek był cudowny: namiętny, czuły, sypał komplementami. Ale czasem łapałam się, że jego teksty są wyuczone. Że nie jestem jedyna. Ale było już za późno na odwroty.

W połowie grudnia Marek się rozchorował. Weszłam do apteki kupić mu lek, a przy ladzie z torebki wypadło małe pudełeczko flakonik perfum, prezent od Tomka. Nocna Sonata. Słodkawy zapach.

Nie zauważyłam, że wypadło. Wieczorem Marek wrócił wcześniej niż zwykle. Gotowałam obiad. Położył pudełko na stole.

Twoje? spytał cicho.

Odwróciłam się, zamarłam.

Tak, moje. Znalazłam na ulicy walnęłam odruchowo.

Na ulicy… Perfumy za dwieście złotych. Na ulicy.

Otworzył pudełko, powąchał.

Basia, ja nie jestem głupi. Myślisz, że nie zauważyłem jak się zmieniłaś? Że ciągle wychodzisz. Że patrzysz na mnie jak na przybysza.

Stałam przy kuchence jak wmurowana.

Basia, kto to był?

To nikt… tylko znajomy… wyszeptałam.

Nie kłam. Zdradziłaś mnie?

Cisza była jak uderzenie. Widziałam zmianę w jego oczach, coś pękło.

Tak wyszło ze mnie. Tak, Marek. Przepraszam. Nie chciałam, ale…

Nie chciałaś? gorzko się zaśmiał. Ale tak wyszło. Jasne.

Odwrócił się.

Marek, proszę, pogadajmy. Muszę ci wszystko wyjaśnić…

Co chcesz wyjaśniać? Że poszłaś do innego, bo ja za mało cię zauważałem? Może faktycznie za bardzo wsiąkłem w pracę i ryby. Może. Ale nigdy, słyszysz, nigdy cię nie zdradziłem. Bo kochałem. Kocham. A ty… wszystko zburzyłaś.

Marek, proszę… Nie zostawiaj mnie. Daj nam szansę.

Muszę pomyśleć. Jadę do Artura. Zostanę tam.

W ciągu kwadransa się spakował. Stałam w drzwiach patrząc jak zgarnia rzeczy.

Nie zostawiaj mnie…

A ty mnie? Kiedy szłaś do niego?

Wyszedł bez trzaskania drzwiami. Po nim została cisza pusta, zimna.

***

Chodziłam po mieszkaniu jak zwierzę w klatce. Dzwoniłam do Marka, nie odbierał. Wysłałam mu sms: Przepraszam. Proszę, wróć. Bez odpowiedzi.

Napisałam do Tomka.

Tomek, Marek wszystko wie. Odszedł. Nie wiem, co robić.

Słuchaj, spotkajmy się, pogadamy. Wesprę cię.

Spotkaliśmy się w jego pracowni. Płakałam, opowiadałam, on przytulał, głaskał.

Wszystko się poukłada, zobaczysz. I tak nie byłaś z nim szczęśliwa, był impas. Teraz możesz zacząć od nowa.

Od nowa? Jaką nową? ryczałam.

No, jesteś wolna. Możesz żyć jak chcesz. Będziesz sobą.

A ty? Jesteś ze mną? Razem?

Tomek się wycofał.

Widzisz, Basiu… ja nie umiem mieć stałego związku. Jestem wolnym duchem. Spotkaliśmy się, daliśmy siebie, było super, ale…

Czyli byłam tylko… rozrywką? spytałam, zamarzając.

Nie! Byłaś ważna. Ale nie mogę być z nikim na stałe. Potrzebuję wolności. Ty też przecież chciałaś poczuć swoje istnienie. I poczułaś. Czy to takie złe?

Wstałam sztywna jak deska.

Masz rację, Tomek. Poczułam, co to życie. Teraz już czuję tylko, jak się rozpadam. Przez ciebie, przez siebie.

Wyszłam, nie oglądając się. Śnieg padał, topniał na policzkach zmieszany z łzami.

***

W mieszkaniu było ciemno. Usiadłam na kanapie i długo się nie ruszałam. W końcu zadzwoniłam do Reny.

Rena, muszę pogadać.

Spotkałyśmy się jak zwykle w kawiarni U Marysi, tam, gdzie wszystko się zaczęło. Rena słuchała mojego opowieści, popijając kawę.

No i masz, swoje emocje dostałaś. W sumie, nie zbutwiałaś w tym nudzie, no nie?

Patrzyłam na nią z niedowierzaniem.

Ty tak serio? Moje życie się rozpadło, a ty…

A co mam mówić? Ty sama tego chciałaś. Ja tylko was poznałam. Co potem, to twój wybór. Dorosła jesteś.

Wiecznie mnie podpuszczałaś! Marek cię nie docenia, żyj dla siebie…

A może nie miałam racji? Nie doceniał cię. Może teraz coś zrozumie. Albo nie. To życie, Basia. Chcesz planować wszystko? Życie takie nie jest.

Myślałam, że jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Teraz widzę, że chyba zazdrościłaś mi tej stabilizacji. Chciałaś, żebym była równie nieszczęśliwa, co ty. Samotna i wiecznie szukająca.

Oj, daj spokój przewróciła oczami. Przestań dramatyzować.

Do widzenia, Rena.

Wyszłam.

***

Minął tydzień. Marek nie wrócił. Pisałam, dzwoniłam, odpisał tylko: Potrzebuję czasu.

Byłam sama w pustym mieszkaniu. Nocami myśli gryzły mnie do kości.

Co ja zrobiłam? Boże, co zrobiłam?

Wspominałam, jak Marek naprawiał cieknący kran, jak podał mi herbatę przy grypie, jak razem sadziliśmy jabłonkę. Te codzienne drobnostki. Kiedyś wydawały się nudne. Teraz oddałabym wszystko, by je odzyskać.

W sylwestrowy wieczór nie wytrzymałam. Pojechałam pod dom Artura, gdzie zatrzymał się Marek. Otworzył Artur.

Cześć, Basia. Do Marka?

Proszę, tylko chwilę…

Artur westchnął.

On nie chce… Ale spytam.

Wrósł z Markiem.

Marek wyglądał źle, postarzał się w tydzień.

Czego chcesz?

Żebyś wiedział, jak bardzo żałuję. Straciłam głowę. Ten facet był złudzeniem, a ty… ty byłeś prawdziwy. Proszę, daj mi szansę to odbudować.

Marek milczał długo.

Nie wiem, Basia. To mnie boli tak, że ciężko oddychać. Kiedy patrzę na ciebie, widzę tylko was dwoje. Nie wiem, czy to kiedyś przejdzie. I czy zdołam wybaczyć.

Ja… już sama nie wiem, kim jestem. Zniszczyłam wszystko. Ciebie, dom, siebie.

Długa, ciężka cisza.

Muszę iść wyszeptał. Przepraszam.

Zamknął drzwi. Stałam na klatce, słysząc cichnące kroki.

Potem wyszłam w śnieg. Wokół świat świętował, a we mnie była tylko pustka.

***

Sylwestra spędziłam sama. Włączyłam telewizor, nalałam sobie szampana. O północy wzniosłam toast.

Za nowe życie mruknęłam ni to do siebie, ni do nikogo.

Na początku stycznia zadzwoniła Rena.

Basia, czemu się tak zamknęłaś? Poznałam fajnego faceta, uczy jogi. Myślę, że ci się spodoba. Spotkamy się?

Trzymałam telefon i milczałam.

Basia, słyszysz mnie?

Słyszę.

To jak, spotkamy się w naszej kawiarni?

Zamknęłam oczy. Zobaczyłam oczami wyobraźni: znowu ta sama rozmowa, nowy fajny facet, kolejna próba gonienia za czymś nieuchwytnym.

Nie, Rena powiedziałam cicho. Nie mogę.

Co znaczy nie możesz?

Po prostu… nie mogę. Przepraszam.

Odłożyłam słuchawkę.

Kilka dni później usiadłam sama w kawiarni U Marysi. Patrzyłam przez okno na śnieg i ludzi spieszących się do swoich spraw.

Weszła Rena, rozpoznawszy mnie, podbiegła.

O, Basiu, i ty tutaj! Mam twojego jogina… No mówiłam ci przecież…

Patrzyłam na nią. Na jej perfekcyjny makijaż, uśmiech, energię. I widziałam pustkę. Tę samą, która jest we mnie. Tylko ona jej nie czuje, albo nie chce.

No co, czemu nie odpowiadasz? Powinnaś zacząć nowe życie, otworzyć się na ludzi. Siedzenie w domu ci nie pomoże.

Wpatrywałam się w nią, a w głowie wirowało: ile razy jeszcze powtórzę ten sam błąd? Może szczęście było bliżej, a nie tam, gdzie szaleństwo, romanse, nowe początki?

Słyszę cię wyszeptałam w końcu.

Rena patrzyła pytająco, czekała. Milczałam. Za oknem padał śnieg. W tej ciszy była cała moja odpowiedź. Taka, do której sama dopiero muszę dojrzeć.

Rate article
Fajna Tajna
Niewidzialna żona