Ja też kiedyś nie mogłam złapać tchu

Ja też się dusiłam

Seweryn oświadczył to w niedzielę wieczorem, kiedy Bogusia układała na łóżku wyprasowane koszule. Wszedł do sypialni, usiadł na brzegu łóżka i rzucił to tak, jakby opowiadał o przeciekającym kranie.

Boguśka, duszę się.

Nie podniosła nawet głowy. Położyła jedną koszulę, sięgnęła po następną.

Od czego?

Od tego wszystkiego. Od rutyny. Każdy dzień taki sam. Wstaję, jem, jadę, wracam, jem, kładę się spać. I tak w kółko.

Bogusia starannie złożyła rękawy, poprawiła kołnierzyk. Ona miała pięćdziesiąt jeden lat, Seweryn pięćdziesiąt trzy. Od dwudziestu sześciu lat mieszkali razem w tym mieszkaniu na ul. Ogrodowej, wychowali syna Marka, który już od pięciu lat mieszkał w innym mieście i dzwoni tylko na święta.

I co proponujesz? zapytała spokojnie.

Chcę wyjść.

Tu się zatrzymała. Nie dlatego, że się przestraszyła, po prostu spojrzała na niego uważnie, jak patrzy się na człowieka, który wreszcie mówi coś dawno oczekiwanego.

Wyjść dokąd?

Wynająć mieszkanie. Pobyć sam. Pooddychać.

Dobrze powiedziała Bogusia i sięgnęła po kolejną koszulę.

Seweryn chyba oczekiwał czegoś innego. Pośpieszył się z wyjaśnieniem.

Nic nie powiesz?

A co mam mówić? Jesteś dorosły, Seweryn. Jak chcesz iść, idź.

Nie będziesz robić scen?

Złożyła koszulę, położyła na stercie i w końcu spojrzała wprost.

Nie. Mam tylko jeden warunek.

Jaki?

Nie dzwoń do mnie z pytaniami domowymi. Gdzie leży to, jak działa tamto, gdzie jest sól, czy jak naprawić coś. Jeśli wychodzisz, sam sobie radź.

Zamyślił się.

Tylko tyle?

Tylko tyle.

Seweryn nie za bardzo wiedział, co z tym zrobić. Był przygotowany na łzy, wyrzuty, trzymanie za rękaw i opowieści o latach razem, o Marku, no i że tak się nie robi. Nawet miał gotowe odpowiedzi! A tu Bogusia prasowała koszule.

No to… ja się spakuję.

Spakuj się.

Poszedł do garderoby. Długo stał, patrząc na półki. Zaczął wrzucać do torby dżinsy, T-shirty, skarpetki. Wziął golarkę, ładowarkę i książkę, której nie mógł się zebrać do czytania przez pół roku. Wyszedł na korytarz. Bogusia była już w kuchni i hałasowała czymś.

Idę rzucił w kierunku kuchni.

Powodzenia odpowiedziała z tamtej strony.

Drzwi się zamknęły. Postał chwilę na klatce. Cisza, żadnych kroków, żadnego pośpiesznego “wróć!”. Nic.

Nacisnął przycisk windy.

***

Mieszkanie znalazł przez znajomego w dwa dni. Kawalerka w sąsiedniej dzielnicy, czwarte piętro, okna na podwórko. Właściciel, starszy pan z wąsem, pokazał mieszkanie, wziął dwa tysiące złotych za dwa miesiące z góry i pojechał. Był tam tapczan, stół, dwa krzesła, lodówka z PRL-u i gazowa kuchenka. Na oknie szarzały żółtoszare firanki.

Seweryn postawił torbę, usiadł na tapczan. Cisza była jak z reklamy. Nikt nie chodził w drugim pokoju, nie grał telewizor, nikt nie krzyczał: “Seweryn, zupa gotowa!”. Położył się na plecach, ręce pod głową i pomyślał: no, oto ta wolność.

Pierwsze dwa dni były prawie udane. Wstawał, kiedy chciał, jadł co chciał (czyli to, co kupił przypadkiem w Biedronce), łaził po mieszkaniu w samych skarpetach i nikomu się nie tłumaczył. Wieczorami dzwonił do starego kumpla, Dariusza. Daruś się śmiał: Słusznie, Seweryn, trzeba było dawno!

Trzeciego dnia okazało się, że skończyły mu się czyste skarpetki.

Spojrzał na pralkę w łazience. Niewielka, okrągła. Otworzył, zajrzał. Zamknął. Otworzył znów. Proszek coś właściciel mówił o szafce pod zlewem. Znalazł opakowanie, napis: Do białego i kolorów. Wsypał na oko, wybrał, nacisnął start.

Zagadała.

Godzinę później wyjął były mokre i podejrzanie różowe. Po chwili mu zaświtało: dołożył nową, czerwoną koszulkę

Skargi powiesił na kaloryferze. Wyschły następnego dnia.

Czwartego dnia postanowił ugotować coś normalnego. Kupił pierś kurczaka, ziemniaki, cebulę. Z szafki wygrzebał patelnię z poważnie startą powłoką. Na kuchnię położył kurczaka nie pokroił go, od razu wrzucił, przykleił się. Ziemniaki skrobał długo, połowę wyrzucił razem ze skórką. Cebula poszła do oczu.

Na talerzu leżało coś brązowo-białego, twardego z zewnątrz, niedopieczonego w środku.

Zjadł pół, resztę wrzucił do kosza i zamówił przez aplikację jedzenie z baru mlecznego.

Po tygodniu policzył, ile wydał na jedzenie na wynos. Wyszło, że prawie tyle, ile wydawali z Bogusią na zakupy w miesiącu. Postanowił się ogarnąć. Kupił kaszę gryczaną, ugotował wyszła w miarę, trochę się uspokoił.

Ale codzienność przypływała z każdą godziną, nieubłaganie jak polski deszcz.

***

Przełom nastał dziesiątego dnia.

Seweryn brał prysznic i nagle stwierdził, że woda nie odpływa. Spojrzał: po podłodze rozlewa się mętna kałuża. Zakręcił, poczekał, nakapało jeszcze. Pamiętał coś o syfonie. Bogusia mawiała: Trzeba oczyścić syfon, bo woda będzie stała. Wtedy kiwał głową i uciekał.

Kucnął pod wanną. Rura, potem jakaś biała plastikowa złączka. Dotknął poddała się zbyt łatwo i chlup! lać się zaczęło jak z cebra, zimne i podejrzane.

Skoczył, poślizgnął się, chwycił za ręcznik, który w sekundę stał się gąbką zatapiającą. Próbował dokręcić, ale woda dalej lała się na całą łazienkę.

Wybiegł na korytarz, zostawiając mokre ślady, nerwowo szukał, jak zakręcić wodę w mieszkaniu. Nagle przypomniał coś właściciel mówił o zaworze pod kuchennym zlewem. Pognał do kuchni i zamknął.

Z powrotem w łazience katastrofa: ręczniki, dywanik, wsio mokre. Z syfonu kapie.

Seweryn usiadł w korytarzu, w mokrych gaciach, patrząc w ścianę.

Pierwsza myśl: zadzwonić do Bogusi. Już wchodził w kontakty w telefonie, już palec leciał do numeru i nagle przypomniał sobie głos żony: nie dzwoń domowe bzdury!

Odłożył sprzęt.
Ale… zadzwonił do Darka.
Darek, wiesz, jak ogarnąć syfon?
Słucham? Darek coś robił, w tle hałas.
Syfon pod wanną, cieknie.
Seweryn, człowieku, zawsze wzywam fachowca. Masz numer, mój hydraulik jest spoko.

Hydraulik przyjechał następnego dnia. Po piętnastu minutach polska majsterka: uszczelka wymieniona, gotowe. Zawołał za usługę tyle, że Seweryn aż się zadławił.

To normalna stawka? spytał zaskoczony.
Normalna. Odpowiedź była jak z kapsla po piwie.

Zamknął za nim drzwi, pomyślał, że Bogusia nigdy nie wzywała hydraulika do czegoś takiego sama ogarniała, śrubokręt, uszczelka z marketu budowlanego. Nawet nie wiedział jak i kiedy to się po prostu działo, jak pogoda lub truskawki w sezonie.

***

Tymczasem przyszło Sewerynowi do głowy, że okazją jest zadzwonić do Lenki, z którą kiedyś, dwadzieścia lat temu, coś tam było podobnego do romansu, zanim poznał Bogusię. Lenka od siedmiu lat była rozwiedziona (wiedza od znajomych). Czasem trafiali się razem na imieninach u ludzi, pogadać, pośmiać się.

Cześć, Lenka, tu Seweryn Smoliński.

Seweryn? O rany! głos zaskoczony, ale nie niemiło. Dawno cię nie słyszałam.

Wiesz, teraz mieszkam osobno. Może pójdziemy coś zjeść? Tak po prostu.

Cisza przez chwilę.

Osobno od kogo?

Od żony.

Rozstaliście się?

No, na razie… w toku.

Rozumiem powiedziała tonem, który stał się nagle bardziej ostrożny. No, można się spotkać, czemu nie.

Spotkali się w kawiarni w centrum. Lenka przyszła w dobrym płaszczu, z krótką fryzurką, trzymała fason. Rozmawiali o znajomych, potem padło pytanie:

Opowiedz, co u ciebie? Gdzie pracujesz?

Dalej u dewelopera, szef działu zakupów.

A gdzie teraz wynająłeś?

Na ul. Leśnej.

Podoba się tam?

Chciał powiedzieć “tak”, ale wyszło:
Jakoś… Pralka słabo wiruje, kuchenka coś nie bardzo też.

Lenka patrzyła na niego z takim wyrazem, którego nie znał, ale odczytał w końcu: współczucie. Ale nie to romantyczne, tylko niezręczne, jak wobec człowieka, któremu się trochę nie układa.

Rozmowa nie poszła dalej. Ona pogadała o córce, on o Marku. Wypili po drugim kieliszku wina, ona powiedziała, że musi rano wstać, pożegnali się.

W domu, w pustej lodówce, znalazł tylko makaron instant. Zalał wrzątkiem i zjadł w milczeniu.

Lenka nie zadzwoniła. On też nie.

***

Mniej więcej wtedy spróbował spotkać się z kumplami. Darek powiedział: najlepiej w piątek, ale do ósmej, bo rodzice zebranie w szkole; Andrzej: może być, ale ja na trzeźwo, bo żona mnie zabierze do teściowej w sobotę.

Spotkali się w barze przy metrze. Po dwa piwa, gadka o piłce, o pracy. W pewnym momencie Darek pyta:

No i jak na tej wolności?

W porządku rzuca Seweryn.

Bogusia nie dzwoni?

Nie.

Minęli się spojrzeniami.
W ogóle nie dzwoni? dopytał Andrzej.
Kompletnie.

Znów wymiana spojrzeń.
Dziwne kręci głową Darek. Moja by już wydzwaniała trzy razy dziennie.
Bogusia nie potwierdza Seweryn.

To albo dobrze, albo fatalnie stwierdził filozoficznie Andrzej.

W sensie fatalnie?

Że jest jej dobrze i bez ciebie.

Seweryn dopił piwo. Nie chciał o tym myśleć. A w zasadzie, myślał codziennie, ale nie chciał się przyznać.

O wpół do ósmej Darek spojrzał na zegarek, wstał. Andrzej też się zebrał. Pożegnali się, poklepali po ramieniu i poszli do żon, dzieci, do rutyny. Seweryn został sam, zamówił jeszcze jedno piwo i siedział do zamknięcia.

***

Bogusia tymczasem, przez pierwszych kilka dni, czuła coś w rodzaju zagubienia ale nie zamętu, którego się spodziewała. Raczej nadmiaru miejsca. Jakby ktoś zrobił przestawienie mebli i nie wiedziała, lepiej czy gorzej.

Zadzwoniła do przyjaciółki Zdzisławy drugiego dnia.

Odszedł powiedziała Bogusia.

Jak to, gdzie?

Wynajął mieszkanie. Mówił, że się dusił.

Milczenie, westchnięcie.

Boguśka… Jak się trzymasz?

W sumie dobrze. Sama się dziwię.

Płaczesz?

Nie. Też się dziwię.

Może dopiero nadejdzie?

Może. Zobaczymy.

Potem dzwoniła Irena przez dwadzieścia pięć lat razem przechodziły przez ginekologów, potem przez mężczyzn i nie tylko. Irena była bardziej bezpośrednia.

Dzięki Bogu! powiedziała. Bogusia, mówiłam ci to od dziesięciu lat!

Co mówiłaś?

Że żyjesz jak służąca bez pensji.

Irena, daj spokój.

Kiedy ostatnio zrobiłaś coś DLA SIEBIE?

Bogusia myślała. Z trudem sobie przypomniała.

W zeszłym roku obcięłam włosy.

No właśnie.

Irena wyciągnęła ją na jogę. Bogusia najpierw nie, potem jednak tak. Przebrała się w stary dres, wyjęty z szafy jak relikt. Okazało się, że nie zgina się w żadną stronę.

Spokojnie pocieszała instruktorka z końskim ogonem wszyscy tak zaczynają.

Po dwóch tygodniach już się trochę ruszała. Chodziła trzy razy w tygodniu. Potem z Ireną siedziały w kawiarniach, rozmawiały. Bogusia uświadomiła sobie nagle, że dawno nie siedziała w kawiarni BEZ poczucia, że w domu czeka mąż i zupa.

Wieczorami czytała. Kiedyś zasypiała z książką na dziesiątej stronie, teraz czytała godzinę, może dwie.

Raz zadzwonił Marek.

Mama, tata mówi, że mieszka osobno.

Tak, to prawda.

I jak wy?

Różnie odpowiedziała zgodnie z prawdą. Ja, szczerze mówiąc, dobrze.

Marek zamilkł.

Rozwiedziecie się?

Nie wiem. Nie myślałam jeszcze.

Nie jesteś zła?

Jestem zaskoczona. Ale nie smutna.

Znów cisza. Marek zawsze wolno przetwarzał wiadomości.

Jak coś, dzwoń.

Ty też. I nie tylko w święta.

***

Jest taki moment, gdy Bogusia stała pięć minut na środku kuchni, patrząc w okno.

Myła kubek, zwyczajny poranny, i nagle dwadzieścia sześć lat. To kupa czasu. Połowa życia. Było wszystko i dobre też. Pierwsze mieszkanie, własnym potem wyremontowane. Marek latający po domu z kolanami wysmarowanymi fioletem. Wyjazd nad morze, gdzie śmiali się cały tydzień, już nie pamiętała z czego, ale śmiech pamiętała.

Tego już nie będzie. Teraz już to tylko album na półce.

Czekała, aż uczucie minie. Minęło po paru minutach. Umyła kubek, założyła dres i poszła na jogę.

***

Eugeniusz pojawił się przypadkiem.

Była to sąsiadka z dołu, pani Balbina, osiemdziesiątka, świetna pamięć i zamiłowanie do rozmów na pół godziny. Poprosiła Bogusię o wymianę żarówki, bo syn przyjedzie dopiero za tydzień, a w przedpokoju ciemno. Bogusia wymieniła, napiły się herbaty, a wtedy przyszedł syn Balbiny, nie ten “na za tydzień”, tylko drugi nieoczekiwany.

Nazywał się Eugeniusz, mieszkał w tym samym mieście, wpadł z doskoku. Koło czterdziestki, z brodą, w fajnej kurtce, z oczami człowieka, co ciężko pracuje.

Mamo, znowu nękasz sąsiadki? zapytał z uśmiechem, widząc Bogusię z żarówką.

Sama zaproponowała Balbina powiedziała z dumą.

Popatrzył na Bogusię.

Dziękuję pani. Sam bym przyjechał, ale nie ogarnąłem, że ciemno.

Nie ma sprawy powiedziała Bogusia.

Zagadali na piętrze przez dziesięć minut. Okazało się, że też budowlanka, tylko w innej firmie. Ona wspomniała, że jest księgową. On się pożegnał.

Trzy dni później zadzwonił do drzwi. Przyniósł matce zakupy i jak twierdził chciał podziękować Bogusi za pomoc i przekazać bombonierkę.

Nie trzeba, serio próbowała grzecznie odmówić, ale wzięła.

Nie ma pani nic przeciwko, jak wejdę na chwilę? zapytał. Chciałem zapytać o Seweryna, mama mówiła, że ogarniał zaopatrzenie, a ja mam problem z dostawcami.

Bogusia chwilę pomyślała.

Seweryn mieszka osobno. Ale mogę dać numer.

Rozumiem powiedział Eugeniusz z miną nieodgadnioną. Odpuścił. Po tygodniu zadzwonił jeszcze raz: z dostawcą już się dogadał, ale może kawa na mieście po sąsiedzku?

Bogusia się zgodziła.

Spotkali się w pobliskiej kawiarni. Rozmawiali o pracy, o jego matce, o tym, jak dzielnica się zmieniła. Był dobrym rozmówcą, słuchał, nie przerywał, czasem śmiał się z własnych żartów.

Długo była pani mężatką? zapytał znienacka, raczej grzecznie.

Dwadzieścia sześć lat. A może już “byłam”? Sama nie wiem.

Bywa rzucił i nie ciągnął tematu.

Doceniła to.

Jeszcze się spotkali, potem znów. Nie naciskał, nie przyspieszał, po prostu czasem dzwonił: “Jak tam? Co słychać?”. To było właśnie fajne ta swoboda. Po dwudziestu sześciu latach zobowiązań swoboda była jak świeże powietrze po burzy.

***

Seweryn tymczasem zaczynał zauważać u siebie cechy, których wcześniej nie widział.

Na przykład, że nie umie czekać. Kiedyś wszystko się “działo”: jedzenie pojawiało się samo, czyste rzeczy też, jak coś się psuło naprawiało się, tylko przez magiczne działania Bogusi. Teraz czekał, aż pranie wyschnie, aż zagotuje się woda, aż hydraulik się zjawi. Aż przeziębienie minie, które złapał w połowie drugiego tygodnia, więc leżał sam, z gorączką i wodą z kranu.

Nie umiał jeść w ciszy. Przez dwadzieścia sześć lat ktoś zawsze był. Najpierw Marek, potem jeszcze Bogusia. Nawet jak milczała, to było “żywe” milczenie. A ta nowa cisza była pusta.

Włączał telewizor przy jedzeniu. Trochę pomagało.

Około trzeciego tygodnia zadzwonił do Marka.

Cześć, synu.

Cześć, tato. Jak tam?

Dobrze. Jestem na Leśnej.

Wiem, mama mówiła.

A mama jak?

Zawiesił głos.

Dobrze. Mówi, że jej dobrze.

Że co?

No, chodzi na jogę, spotyka się z koleżankami.

Seweryn przełknął to.

Nie tęskni?

Tato… ostrożny głos. Dzwonisz, żeby spytać, czy mama tęskni?

Nie, tak pytam.

Mama daje sobie radę. Ty też. I to dobrze.

Odłożył słuchawkę, siedział na tapczanie z dziwnym uczuciem. Nie żal. Coś dziwniejszego. Jakby wszedł do pokoju i sam nie wiedział, po co.

***

Dwudziestego trzeciego dnia w windzie spotkał sąsiadkę młodą kobietę, koło trzydziestki pięciu, kojarzył ją z widzenia. Przedstawiła się: Karolina.

Nowy pan u nas? zagaiła.

Tymczasowy odparł.

Rozszedł się pan z żoną?

Bez ogródek, po polsku.

Tak.

Bywa westchnęła. Z trzeciego? Tam, gdzie śpiewał Mieciu?

Nie, z czwartego. Z zasłonami z… musztardy.

Aaa, od Daniluka. On zawsze wynajmuje kawalerom. Narzeka, że z rodzinami tylko kłopoty.

Wysiedli z windy. Karolina mieszkała na parterze. Pracowała w lecznicy dla zwierząt, miała kota i rośliny na parapecie.

Kiedyś pomógł jej wnieść ciężkie zakupy. Zaprosiła na herbatę. W mieszkaniu ciepło i przytulnie, kuchnia pachniała cynamonem. Rozmawiali chwilę, była konkretna, spojrzenie miała miłe. Seweryn myślami był jednak przy tym, że u niej czysto, a u niego w zlewie zamki brudnych naczyń od czwartku.

Spotykali się jeszcze kilka razy w windzie, pogadali przy skrzynkach. Nic z tego nie wyszło i nie mogło wyjść. Był jak niedokończona myśl.

Pewnego dnia zapytała:

Zostanie pan tu na długo?

Nie wiem, szczerze mówiąc.

Wygląda pan na człowieka, który jeszcze nie wie, dokąd idzie.

Chyba racja.

To normalne. Ja po rozwodzie dwa lata przeleżałam, a potem żałowałam, że tyle zmarnowałam.

Zapamiętał to.

***

W trzydziestym pierwszym dniu wybrał się na targ i kupił kwiaty. Nie dla kogoś, nie na okazję. Po prostu stał przy stoisku z chryzantemami ogromne, białe i pomyślał, że Bogusia zawsze wolała właśnie je. Mówiła, że róże są “zbyt nadęte”.

Wziął bukiet, zapłacił i pojechał na Ogrodową.

W metrze trzymał kwiaty, ludzie patrzyli jedni uśmiechem, inni z ciekawością. Zastanawiał się, co powie. Wyobrażał sobie scenę: ona otwiera, jest zaskoczona, ale się cieszy. No bo w końcu dwadzieścia sześć lat.

Zapukał, nowszy dzwonek (nie ten, co zawsze). Krok po drugiej stronie, dwa głosy jej i męski, nie swój!

Osłupiał.

Drzwi drgnęły, łańcuch nowy. Przez szczelinę Bogusia spojrzała. Rzut oka na kwiaty. Twarz spokojna.

Seweryn?

Bogusia, przyjechałem.

Widzę.

Mam dla ciebie…

Uniósł bukiet.

Spojrzała na niego bez żalu, bez łez, bez tej mieszanki, co przewidywał.

Seweryn, nie otworzę ci drzwi.

Czemu?! nie wiedział, co powiedzieć.

Bo zmieniłam zamki.

Widzę, ale czemu?

Za jej ramieniem przemyka cień, męski. Seweryn śledzi wzrokiem.

Kto to?

Nie twój interes powiedziała spokojnie.

Poczekaj, ja… dużo zrozumiałem.

Co zrozumiałeś?

Otworzył usta, zamknął.

Że dobrze mi było z tobą. Nie doceniałem. To wszystko… błąd.

Milczenie. Przez łańcuch patrzy na niego.

Seweryn powiedziała bez złości. Ty zrozumiałeś, że tobie było dobrze. Ale nie wiesz, czemu. Myślisz, że brakowało ci mnie? Nie brakowało ci, żeby ktoś prasował ci koszule.

To niesprawiedliwe!

Może. Ale prawdziwe.

Bogusia… dwadzieścia sześć lat…

Były. Były też dobre lata. Ale nie chcę kolejnych dwudziestu sześciu.

Dasz szansę ci chociaż?

Patrzy długo. W końcu:

Wiesz, co najciekawsze? Ja też zaczęłam oddychać. Wiesz? Ja też się dusiłam. Tylko nie mówiłam o tym.

Stoi z chryzantemami.

Bogusia.

Idź, Seweryn. Zadzwoń do Marka i spytaj, co słychać. Nie o mnie po prostu pogadaj.

Drzwi się zamknęły. Bez trzasku. Klik zamka.

Postał. Bukiet zjechał do ziemi, chryzantemy trzymały się dzielnie, nie wiedząc, co jest grane.

Na klatce cisza. Zza drzwi obok słychać telewizor.

Seweryn odwrócił się i poszedł do windy.

***

Nacisnął guzik, winda przyjechała od razu. W lustrze: facet z bukietem, niezła kurta, trochę wymięty, mina człowieka, któremu coś się właśnie skończyło. Albo zaczęło. Albo jedno i drugie naraz.

Wyszedł na ulicę. Było już ciemno, lampy świeciły, przechodnie szli swoimi sprawami. Szedł z kwiatami do metra.

Przy ławce siedziała staruszka, karmiła gołębie z reklamówki. Gołębie tłoczyły się jej przy nogach.

Seweryn podszedł, postawił chryzantemy obok ławki.

Weźcie sobie, jeśli pani chce.

Popatrzyła, potem na kwiaty.

Ładne kwiatki. Nie wzięły?

Nie wzięły.

Zdarza się powiedziała i wróciła do gołębi.

Seweryn poszedł dalej. Ulica normalna, domy stoją jak zawsze, życie płynie. Gdzieś w tym mieście Bogusia zamknęła drzwi i wróciła do swojego wieczoru, do jakiejś nowej codzienności.

Gdzieś Marek wracał do domu trzeba będzie zadzwonić dla samego zadzwonienia.

A na Leśnej, za musztardowymi zasłonami, w zlewie stało naczynie.

Wyciągnął telefon.

***

Już w metrze długo patrzył w czarne szkło okna, gdzie było tylko jego odbicie: rozmazane, nieostre.

Dziwne to życie, pomyślał bez szczególnego sensu. Po prostu dziwne.

Jechali różni ludzie: starzy, młodzi, z torbami, wpatrzeni w smartfony. Nikt się nim nie przejmował, ani jego chryzantemami, ani dwudziestoma sześcioma latami, ani zamkniętymi drzwiami.

Wysiadł na swojej stacji. Było zimno, pachniało pierwszym śniegiem, choć jeszcze nie padał, ale już było czuć w powietrzu.

Seweryn postał, spojrzał na niebo.

Zwyczajnie ciemne.

Później poszedł do domu.

***

Tej nocy nie spał do drugiej. Patrzył w sufit mieszkania z musztardowymi zasłonami. Lodówka buczała, wszystko po staremu.

Nagle przypomniał sobie jedną rzecz.

Osiem, a może dziesięć lat temu byli z Bogusią na działce u jej rodziców. Wieczorem siedzieli na werandzie, herbata, cisza, za płotem las. Bogusia milczała, on też milczał, i była to dobra cisza, taka “żywa”. Nie trzeba mówić.

Wtedy pomyślał: dobrze jest.

I nic nie powiedział.

Po prostu pomyślał i zapomniał.

Leżał na wersalce wynajmowanej kawalerki i próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz miał taką myśl. Nie udało się.

Za oknem coś jak śnieg, rzadkie, nieśmiałe płatki pierwszy w tym roku.

Cicho było.

***

Rano wstał, nastawił czajnik i pomyślał, że trzeba kupić nowe kubki te w mieszkaniu miały ukruszony brzeg, pić z nich było bez sensu.

Pomyślał, że trzeba zadzwonić do Marka.

Pomyślał o pracy niedługo raport kwartalny, a on w tył.

Przypomniał sobie, co mówiła Bogusia. Że ona też zaczęła oddychać.

Nie wiedział o tym. Właściwie: może wiedział, ale nie myślał, że to ważne. Zawsze była obok, zawsze robiła co trzeba. Nigdy nie pytał, czy tego chce albo czy jej to pasuje. Była częścią tej rzeczywistości, którą uważał za więzienie, nie myśląc, że dla niej to więzienie też.

Czajnik zawył.

Zaparzył herbatę w ukruszonym kubku i usiadł do stołu.

Za oknem śnieg sypał już porządnie, biały i gęsty, lepił się na parapecie.

Wyciągnął telefon, wybrał: Marek.

Odłożył.

Potem znów sięgnął.

Marek, cześć, tata dzwoni. Tak po prostu, jesteś zajęty?

Nie Marek lekko zdziwiony. Cześć, tato. Nie jestem.

Co słychać?

Pracuję, śnieg już u was?

Właśnie zaczął padać.

U nas też.

Chwila ciszy. Dobra cisza.

Tata, jak tam naprawdę?

Seweryn spojrzał w okno za szybą biało, a on nie wie jeszcze, co dalej.

Układam sobie wszystko powiedział.

Dobrze. Dzwoń, jakby co.

Będę dzwonił. Ty też dzwoń. Nie tylko na święta.

Ustalone powiedział Marek.

Pożegnali się. Seweryn skończył herbatę.

Za oknem śnieg.

***

Gdzieś w tym czasie, na drugim końcu miasta Bogusia też patrzyła przez okno. Kubek kawy pod ręką, ciepło, cisza. Eugeniusz już wyszedł, nigdy nie zostawał na noc takie mieli ciche porozumienie, że na razie nie ma pośpiechu.

Myślała o Sewerynie. Bez żalu, bez radości. Po prostu człowiek, z którym przeżyło się kupę lat. Widziała go z kwiatami pod drzwiami, wielki, nieco zagubiony, z miną chłopa, którego życie lekko nauczyło, ale nie do końca.

Nie była zła. Już nie. Na początku była co ją zdziwiło, bo na zewnątrz była spokojna, a w środku złość gotowała się cicho na stare krzywdy. Za to, że nigdy nie pytał jak jej. Że on miał dość rutyny, a ona ją własnymi rękami tworzyła. Że jemu się nudziło, a ona nawet nie miała czasu sprawdzić, czy sama się nudzi.

Potem złość odeszła. Zostało coś spokojnego, twardszego.

Wyciągnęła telefon i napisała do Zdzisławy: jogujemy jutro? Szybka odpowiedź: czekałam na SMS. Idziemy!

Bogusia się uśmiechnęła i odstawiła kubek.

Za oknem też sypał śnieg.

***

Seweryn tego samego wieczoru zadzwonił do właściciela i spytał, czy może przedłużyć najem na dwa miesiące.

Może pan, z góry płatność.

Pojechał wtedy do Pepco, kupił dwa normalne kubki, bez odprysków, potem dorzucił jeszcze trzeci.

W Biedronce kupił warzywa, rosół, ziemniaki, cebulę i natknął się w telefonie na przepis na prosty, czteroetapowy barszcz. “Dodać sól do smaku” stało. Zastanawiał się, ile to znaczy. Dosolił, spróbował, trochę przesolił, ale wyszło jadalnie.

Zlał do nowej miski, bo kubek jednak nie nadaje się do zupy. Zjadł w ciszy.

W ciszy zupa była zaskakująco dobra.

***

Życie szło dalej, jak zawsze: bez ostrzeżeń oraz racjonalnych wzorców. Bogusia chodziła na jogę i spotykała się czasem z Eugeniuszem, który był miły i nie naciskał. Seweryn żył na Leśnej, gotował, czasem dzwonił do Marka, raz w tygodniu z Dariuszem i Andrzejem pili piwko dłużej niż kiedyś.

Nie złożyli papierów o rozwód. Nie dlatego, że podjęli decyzję po prostu nikomu się nie chciało tego ogarniać.

Kiedyś spotkali się w sklepie na Ogrodowej, gdzie zawsze robili zakupy. Seweryn stał przy mlecznych i czytał skład kefiru jakby rozwiązywał sudoku.

Podeszła z tyłu.

Seweryn.

Odwrócił się. Zobaczyli się. Wyglądał całkiem nieźle, trochę schudł, spojrzenie miał jakby bardziej uważne.

Cześć, Bogusiu.

Cześć. Dobrze wyglądasz.

Ty też.

Stali chwilę.

Kefir bierzesz? zapytała.

Tak, ale który wybrać?

Ten jest dobry wskazała.

Dzięki.

Wziął kefir. Ona swoje i poszła w jedną stronę, on w drugą.

Przy kasie znów się spotkali w sąsiednich kolejkach. Wyglądali jak każda para po dwudziestu sześciu latach. Ona w prawo, on w lewo. I każdy na swój dystans oddychał już swoim powietrzem.

Rate article
Fajna Tajna
Ja też kiedyś nie mogłam złapać tchu