Nie ma radości bez walki

Nie ma radości bez walki

Jak mogłaś wpędzić się w takie kłopoty, głupia dziewczyno? Kto cię teraz zechce, skoro pod sercem nosisz dziecko? Jak zamierzasz je wychować? Na moją pomoc nie licz. Sama cię wychowałam, a teraz jeszcze twoje dziecko? Nie chcę cię tu więcej widzieć. Pakuj się i wynoś z mojego domu!

Kasia słuchała w milczeniu, głowę miała zwieszoną. Ostatnia jej nadzieja, że ciocia Maria da jej schronienie choćby do czasu, aż znajdzie pracę, prysła jak mydlana bańka.

Gdyby mama jeszcze żyła…

Ojca Kasia nie poznała, a mamę piętnaście lat temu potrącił pijany kierowca na przejściu dla pieszych. Ledwo nie trafiła do domu dziecka, ale los się jednak uśmiechnął i niespodziewanie odnalazła się daleka krewna siostra matki. Ciocia Maria miała stabilny etat i własny domek na przedmieściach, więc z przyznaniem opieki nie było problemu.

Mieszkała na obrzeżach małego, południowego miasteczka niedaleko granicy tam latem bywało upalnie, a zimą nieustannie padał deszcz. Kasia nigdy nie chodziła głodna, zawsze była schludna i nauczona pracy. Dom, ogród, drobne zwierzęta roboty było co niemiara. Może brakowało jej czułości matczynej, ale czy to było ważne?

Nauka szła jej bardzo dobrze, więc po maturze dostała się do liceum pedagogicznego. Najpiękniejsze lata, bez trosk, minęły szybko. Nadeszły egzaminy, mury szkoły opuściła, wracając do miejsca, które stało się jej domem. Ale powrót okazał się gorzki.

Ciocia Maria nieco ochłonęła po wybuchu złości.

Dość już. Nie chcę cię więcej widzieć na oczy. Wynoś się.

Czy mogę choć…

Nie, powiedziałam to, co miałam do powiedzenia!

Kasia w milczeniu spakowała walizkę i wyszła przed dom. Czy tak miało wyglądać jej powitanie? Upokorzona, odrzucona, w dodatku spodziewająca się dziecka choć jeszcze nikt nie dostrzegał, ona nie zamierzała już niczego ukrywać.

Nie wiedząc, gdzie się podziać, szła przez miasteczko zamyślona, nie zauważając ruchem przechodniów, rozgrzanych ulic.

To było południowe lato. W sadach dojrzewały jabłka, grusze, śliwki fioletowe wyglądały spod ciemnych liści, morele złociły się na gałęziach. Na winoroślach wisiały ciężkie kiście. Powietrze przepełniały aromaty dżemów, pieczonego mięsa i świeżego pieczywa. Było duszno, chciało się pić. Kasia, zmęczona upałem, podeszła do ogrodzenia i zawołała kobietę krzątającą się przy letniej kuchni.

Czy mogłabym się napić wody?

Jadwiga, kobieta po pięćdziesiątce, odwróciła się. Wejdź, jeśli w dobrych zamiarach.

Nalała kubek ze studni i podała dziewczynie, która usiadła na ławce, powoli pijąc.

Mogę tu posiedzieć? Upalnie dziś.

Ależ możesz, dziecko. Skąd idziesz z tą walizką?

Skończyłam szkołę pedagogiczną, chciałam pracować jako nauczycielka. A teraz nie mam gdzie mieszkać… Może słyszała pani, czy ktoś nie wynajmuje pokoju?

Jadwiga zmierzyła Kasię wzrokiem schludna, ale w oczach cień, jak gdyby przyszło jej nieść zbyt wiele zmartwień.

Możesz zamieszkać tu u mnie. Odżyjesz trochę. Nie zapłacisz wiele, ale bądź solidna i trzymaj się porządku. Zgoda? To zaprowadzę cię do pokoju.

Perspektywa lokatorki Jadwidze odpowiadała kilka dodatkowych złotych nie zawadzi, zwłaszcza w takiej mieścinie. Syn daleko, bywa rzadko, a wieczorami brakowało kogoś do rozmowy.

Kasia z wdzięcznością poszła za gospodynią. Pokój był niewielki, ale przytulny okno na ogród, stół, dwa krzesła, łóżko i stara szafa. W sam raz. Umówiły się na cenę i Kasia, przebrana, ruszyła do urzędu oświaty.

Dni zaczęły płynąć rytmem: praca, dom, praca. Kasia niemal zapomniała o zmienianiu kartki w kalendarzu.

Szybko zaprzyjaźniła się z Jadwigą, która okazała się ciepłą, serdeczną osobą i bardzo przywiązała się do cichej, skromnej dziewczyny. Kasia pomagała w gospodarstwie, a wieczorami razem piły herbatę w altanie, bo na południu jesień przychodzi nieśpiesznie.

Ciąża przebiegała łagodnie. Kasia nie narzekała na nudności, a cera jej tylko się rozjaśniła, choć twarz nabrała pełniejszych kształtów. Powierzyła Jadwidze swoją historię podobną do wielu.

Na drugim roku studiów zakochała się w Pawle, przystojnym, pewnym siebie synu nauczycielskiej rodziny. Przed nim rysowała się świetlana przyszłość studia, doktorat, kariera tuż przy domu rodziców. To on, błyskotliwy, inteligentny, najzabawniejszy ze wszystkich, wzbudzał zachwyt koleżanek. A wybrał właśnie Kasię. Może ujęła go ta nieśmiała uśmiechnięta twarz, łagodne brązowe oczy, szczupła sylwetka? A może dostrzegł w niej siłę tych, którzy od dziecka muszą radzić sobie sami. Któż to wie. Przez resztę czasu byli niemal nierozłączni, a Kasia widziała przyszłość tylko przy nim.

Dzień, który wyrył się jej w pamięci, nadszedł niespodziewanie. Rano brak apetytu, drażliwość na zapachy, mdłości i spóźniający się okres. Jak mogła tego nie zauważyć? Kupiła test, poszła do pokoju, napiła się wody i czekała. Dwie kreski. Patrzyła na nie długo naprawdę dwie. Egzaminy lada dzień, a tu takie wieści! Jak zareaguje Paweł? Dzieci nie były jeszcze w ich planach.

A jednak, ogarnęła ją czułość do maleńkiego życia rosnącego pod sercem.

Moje dziecko wyszeptała pieszczotliwie, kładąc dłoń na brzuchu.

Wieczorem Paweł zabrał Kasię do rodziców. To spotkanie nawet teraz wywoływało w niej łzy. Rodzice jasno odpowiedzieli: aborcja, a po skończeniu szkoły wyjazd, bo Paweł ma myśleć o karierze, nie rodzinie z dziewczyną spod nizin.

Co Paweł usłyszał od matki, mogła się tylko domyślać. Na drugi dzień Paweł zjawił się w jej pokoju, położył na stole kopertę z pieniędzmi i wyszedł milcząc.

Aborcja nie wchodziła w grę. Kochała już to dziecko. Było jej własnym tylko jej. Pieniądze przyjęła, rozumiejąc, jak mogą się przydać.

Gdy Jadwiga wysłuchała całej historii, tylko westchnęła: Bywa gorzej, Kasiu. Dziś dzieci to błogosławieństwo. Widocznie tak miało być.

Odkupienie czy pojednanie z Pawłem nie wchodziło w grę. Nie mogła wybaczyć upokorzeń i jego łatwego rozstania.

Czas płynął. Gdy zaczęła już z trudem chodzić, zrezygnowała z pracy i czekała na dziecko. Płeć miała być niespodzianką ważne, by zdrowe.

Na końcu lutego, w sobotę, pojawiły się bóle Jadwiga zawiozła ją do szpitala wojewódzkiego. Poród minął szybko na świat przyszedł silny chłopczyk.

Stasiu szeptała Kasia, głaszcząc jego okrągły policzek.

W sali zaprzyjaźniła się z innymi mamami. Jedna z nich opowiadała, że dwa dni wcześniej żona pogranicznika urodziła tutaj córeczkę. Nie byli nawet po ślubie, tylko ze sobą mieszkali.

Wyobraź sobie, przywoził jej co dnia bukiet kwiatów, czekoladki, pielęgniarkom koniak zawsze podjeżdżał dżipem. Ale między nimi nie układało się najlepiej. Kobieta mówiła, że dzieci nie chce. A potem zostawiła kartkę i uciekła nie była gotowa.

A dziecko?

Karmią butelką ale pielęgniarka mówiła, że dobrze byłoby, gdyby któraś się podzieliła mlekiem. A każda ma swoje dziecko i zmartwienia.

Kiedy przyniesiono dziewczynkę na karmienie, pielęgniarka zapytała:

Może któraś mamusia nakarmi? Wszyscy martwią się o tę malutką.

Ja dam radę, powiedziała cicho Kasia, odkładając śpiącego Stasia i biorąc dziewczynkę na ręce.

Jaka ty drobniutka, jasna! Nazwę cię Marysią.

Przy mocnym Stasiu wydawała się maleństwem.

Kasia przystawiła dziewczynkę do piersi, ta zachłannie zaczęła ssać i zaraz zasnęła spokojnie.

Mówiłam słabiutka, westchnęła pielęgniarka.

I tak Kasia karmiła je obie.

Dwa dni później, do szpitala przyjechał ojciec dziewczynki, chciał podziękować kobiecie, która karmiła jego córkę. I tak Kasia poznała pana Michała Nowaka pogranicznika, człowieka niewysokiego, o stanowczym spojrzeniu błękitnych oczu.

O tym, co nastąpiło potem, mówiły potem i szpital, i całe miasteczko historia była tak niecodzienna, że długo o niej opowiadano.

W dzień wypisu przed wejściem zebrał się personel szpitala. Przy drzwiach stał dżip przyozdobiony niebieskimi i różowymi balonami. Pan Michał w mundurze kapitana pomógł Kasi i dzieciom usiąść w aucie, gdzie czekała już Jadwiga, i podał jej raz jeden, a potem drugi kocyk niebieski i różowy.

Przy akompaniamencie klaksonów dżip odjechał i zniknął za zakrętem.

Tak to bywa nigdy nie wiadomo, gdzie zaprowadzą cię twoje czyny. Kasia patrzyła przez szybę, przytulając do siebie oboje malców, a Jadwiga siedziała uśmiechnięta, z oczami pełnymi spokoju i nadziei. W samochodzie pachniało kwiatami i dziecięcym mydełkiem. Kapitan Michał, jeszcze przed wypisem uklęknąwszy przy jej łóżku, poprosił o jej rękę teraz, prowadził auto, co chwilę zerkając w lusterko, a drobna Marysia śniła, ściskając malutkim paluszkiem jej dłoń.

W domu czekał już nie tylko dach nad głową, ale miłość, herbata z konfiturą, stara szafa, do której teraz wkładano dziecięce zabawki, i życie, które chociaż niepewne, teraz nabrało prawdziwego sensu.

Rate article
Fajna Tajna
Nie ma radości bez walki