Ja i mój mąż jesteśmy całkiem porządną rodziną. To nasze pierwsze małżeństwo, już 25 lat razem klepiemy biedę. Nigdy się przed córką nie kłóciliśmy, prezentowaliśmy taki zestaw miłości i troski, że połowa kraju by nam pozazdrościła. Ogólnie rzecz biorąc, jesteśmy szczęśliwym małżeństwem. Liczyliśmy, że skoro u nas w domu taki piec przykładów dobrego związku się żarzy, to i córka pójdzie tą drogą i stworzy sobie równie udaną rodzinę. Przecież wiadomo dzieci kopiują rodziców.
No i tu właśnie zaczynają się schody. Nasza córka Jagoda jeszcze ślubnego nie brała, ale za to chłopaka już sobie znalazła. Dwa lata temu zmarła moja mama i została po niej kawalerka. Z mężem postanowiliśmy, że przekażemy ją Jagodzie, niech się usamodzielnia. No i wyobraźcie sobie, że ostatnio oznajmiła, że mieszka tam ze swoim chłopakiem.
Zaznaczam od razu, nie mamy nic przeciwko temu, że poczuła powiew wolności i układa sobie życie. Tylko, że ten jej chłopak to bez urazy dramat w trzech aktach. Palcem w domu nie kiwnie! Wszystko, co tylko zahacza o męską robotę naprawę kranu, wymianę żarówki od razu dzwoni po tatę. Ile razy pytaliśmy: Jagódka, dlaczego twój chłopak nie może tego ogarnąć? odpowiedź zawsze była ta sama: milczenie. W kółko też słyszymy, że już, już niedługo coś zrobi. Tyle że ten niedługo trwa już drugą wiosnę…
A niedawno dotarła do nas nowa wieść chłopak jest bezrobotny. Do domu nie przynosi złamanego grosza, a Jagoda dźwiga wszystko na plecach. Złapała dwie prace, żeby go utrzymać. Nie mam przekonania, że temu kawalerowi rzeczywiście na niej zależy.
Powiedziałam jej otwarcie, że to kiepski wybór. Ale ją to nie rusza święcie wierzy, że się zmieni, że będą szczęśliwi. Ona naprawdę go kocha. A mnie serce pęka, bo ja naprawdę kocham moją Jagódkę.



