Olga cały dzień szykowała się do sylwestrowej nocy: sprzątała, gotowała, nakrywała stół białym obrusem, rozstawiała kieliszki jak w zagadkowym teatrze. To miał być jej pierwszy Nowy Rok bez rodziców, za to z ukochanym. Od trzech miesięcy mieszkała u Romana, w jego ciasnym, pachnącym stęchlizną mieszkaniu na warszawskiej Pradze. Był od niej starszy o piętnaście lat, rozwiedziony, co miesiąc płacił alimenty, do kieliszka też zajrzał nie raz Ale cóż z tego, gdy raz się pokocha tego dziwoląga?
Nikt nie rozumiał, co ją do niego wciągnęło: ani urody w nim nie było, a nawet przeciwnie, twarz jakby sklecona z przypadkowych części, charakter paskudny, skąpy tak, że z biedy potrafi kromkę podzielić na tygodnie. Jak pieniądze już miał, to dla siebie dla innych, nawet dla niej, zawsze brakło. A jednak, to własnie w tym dziwacznym Romanie zagnieździła się jej miłość, niczym wstydliwy ptaszek na plączącej się chacie.
Przez całą zimę Olga czekała, że Roman w końcu doceni jej zaradność, to że nie narzeka, że pierze, gotuje, sprząta, nigdy nie ma pretensji, nawet gdy Roman wracał jak cień po nocnych libacjach. Wszystko kupowała za swoje: jedzenie, proszek, nawet śledzie, by nie pomyślał, że poluje na jego portfel. Stół noworoczny – cały z jej własnych złotówek, prezent dla niego – nowy telefon, ładny, radosny w kolorze pomarańczowym.
Roman w tym czasie też się przygotowywał: pił z kolegami pod blokiem. Wpadł do mieszkania wesoły jak dziecko i oznajmił, że dziś w nocy wpadają jego znajomi. Znajomi Romana, dla Olgi zupełnie obcy. Stół już uginał się od sałatek, wystrój zachęcał do świętowania, lecz w powietrzu czuć było napięcie coś dudniło jak echo w starym dworku. Nowy Rok miał nadejść za godzinę.
Pół godziny przed północą drzwi otworzyły się szeroko, a do środka wtoczyła się pijana gromada – kobiety, mężczyźni, śmiech i zapach taniego wina zmieszane z wytrawną atmosferą sylwestra. Roman rozpromieniał się jak nigdy, sadzał ich przy stole, popijawał i opowiadał kawały. Olgi jakby nie było – nie przedstawił jej nikomu, nikt nie zagadał, tylko raz któraś spoglądając kątem oka zapytała:
– A kto to w ogóle jest?
– To moja łóżkowa sąsiadka zaśmiał się Roman, na co reszta także zarechotała. Była jak duch w swoim własnym mieszkaniu, niepotrzebna, niezauważona.
Goście żarli sałatkę jarzynową, jej pierogi, popijali jej kompot z suszu i żartowali, że Roman znalazł sobie idealną darmową kucharkę i sprzątaczkę. On sam wtórował im z uciechą, jakby upajała go własna przewrotność. A Olga, usychając jak podcięta brzoza, wyszła do drugiego pokoju, zapakowała rzeczy i pobiegła w ciemność, prosto do rodzinnego mieszkania na Ochocie.
Jeszcze nigdy Nowy Rok nie smakował tak gorzko. Mama powiedziała zwyczajne: A nie mówiłam? Tata westchnął z ulgą, Olga zaś, wypłakując łzy w poduszkę, zdjęła w końcu z oczu różowe okulary.
Minął tydzień. Gdy Romanowi skończyły się pieniądze, pojawił się pod jej drzwiami i bez żadnego skrępowania zapytał:
– No i po co to wszystko było? Obraziłaś się czy co? Przecież teraz, sama u rodziców balujesz, a u mnie w lodówce tylko wiatr. Zaczynasz zachowywać się jak moja była! rzucił, nie widząc jej zimnego spojrzenia.
Zaniemówiła. Tyle razy w myślach układała sobie, co mu powie, jak wyrzuci z siebie te wszystkie żale i upokorzenia. Teraz jedyne, na co ją było stać, to posłać go do diabła i zatrzasnąć drzwi z taką mocą, że przez chwilę dźwięk zadudnił w całym bloku.
I tak, Olgi nowy rok zaczął się od narodzin nowej siebie wolnej, z twarzą zwróconą w stronę innych, jaśniejszych snów.



