Porwanie stulecia
1 stycznia
Chciałabym, żeby faceci biegali za mną i płakali, że nie mogą mnie dogonić! przeczytałam na głos życzenie z karteczki, a potem podpaliłam je zapalniczką. Popiół strząsnęłam do kieliszka, który dopiłam, śmiejąc się razem z dziewczynami.
Świąteczna choinka zamigotała lampkami, jakby się zastanawiała, a potem rozbłysła jeszcze mocniej. Muzyka grzmiała, kieliszki brzęczały, twarze wirujące i zlepione w jeden sylwestrowy kalejdoskop. Z gałęzi sypał się złoty pył a może tylko mi się tak zapamiętało…
Ma-a-mooo… Mamusiu, wstawaj!
Z trudem otworzyłam jedno oko. Nad sobą zobaczyłam niemal połowę drużyny piłkarskiej.
Kim jesteście? Znam was, dzieci?
Maluchy zaczęły się przedstawiać, przechylając głowy:
Mamo, przypomnij sobie! Mateusz 9 lat, Leszek 7, Staś 5, Dawid 3!
Komplet drużyny, bez rezerwowych, wszyscy z psotnymi minami. Zupełnie nie takich “biegających za mną chłopaków” życzyłam sobie minionej nocy…
A gdzie wasz trener tfu, to znaczy tata? wycharczałam na wyschniętym gardle. Przynieście mamie trochę wody
Tylko na chwilę zamknęłam oczy i już słyszałam znów: Mamusiu!
Od razu w moich dłoniach pojawiły się dwa kubki z wodą, mandarynka i kubek z ogórkową zalewą. No pięknie… Najstarszy już wie doskonale, jak ożywić matkę po sylwestrze. Dzieci rosną.
Mamo, wstawaj, przecież nam obiecałaś… jęczały najmłodsze.
Szczerze próbowałam sobie przypomnieć, jak się tu znalazłam i co właściwie im obiecałam.
Kino?
Nieeee!
McDonalds?
Też nie!
Sklep z zabawkami?
Mamusiu! Nie udawaj! Już prawie jesteśmy spakowani, a ty cały czas nie wstajesz!
Ale dokąd się wybieracie?! Chociaż powiedzcie matce… skapitulowałam.
Kochanie, wstawaj usłyszałam nagle głęboki, męski głos. Do pokoju wszedł wysoki, ciemnowłosy mężczyzna. W jego orzechowych oczach tliły się złote iskierki. Moje serce zrobiło fikołka. Piękny facet!
Jesteśmy gotowi. Auto zapakowane. Po drodze zahaczymy o Biedronkę i ruszamy!
Usiłowałam sobie przypomnieć, kim ten gość jest i dlaczego dzieci mówią do mnie “mamo”. W głowie miałam pustkę. Nawet jednej wersji pod ręką.
Mamo, nie zapomnij naszych kąpielówek! I dla siebie też rozległo się z dziecięcego pokoju.
“Co… basen też w planach?” przemknęło mi przez głowę. Co to za życie, którego nie pamiętam?!”
Rozejrzałam się po pokoju. Im dłużej patrzyłam, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu: nie poznaję nic. Ani jednej rzeczy. Ani zdjęcia na komodzie, ani mebli, ani ciężkich zasłon z niezrozumiałym wzorem na oknie.
Obcy pokój. Jedynym rozpoznawalnym elementem była czerwona gwiazda betlejemska w białej doniczce, obszytej perełkami. Niby dobrze znana, ale jednak…
Zamknęłam oczy i próbowałam powyciągać z pamięci wczorajszą noc. Z dziewczynami poszłyśmy do restauracji świętować sylwestra i pobawić się w Tajemniczego Mikołaja. Jak kiedyś, w studenckich czasach, tylko teraz w markowych sukienkach, wymyślnych fryzurach i wiecznym niedoczasie.
Przyjaciółki błyszczały radością tej krótkiej wolności na chwilę wyrwanej z orbity domu, mężów, dzieci, zajęć, garnków… Były jak uczennice, które uciekły z ostatniej lekcji.
A ja? Byłam spokojna i ładna jak zawsze. W końcu jestem singielką, panią samej siebie. Nikomu nie muszę się tłumaczyć, nikogo nie ostrzegać.
Ostatnia z druhen żartowały dziewczyny, dolewając mi prosecco.
Obdarowałam koleżankę luksusowym zestawem kosmetyków z czarnym kawiorem i złotymi nićmi. Śmiałyśmy się, że taki krem z powodzeniem można by posmarować kanapkę i podawać do szampana na śniadanie. Robiłyśmy zdjęcia ze wszystkich stron, jakby to był eksponat z muzeum sztuki.
W zamian dostałam świąteczny kwiat, właśnie tę gwiazdę betlejemską w białej doniczce z perełkami. I butelkę rzadkiego włoskiego prosecco, które Anka przywiozła z jakiegoś zamku pod Wenecją. Podobno takie otwiera się tylko z ważnej okazji.
Przeczytałam życzenie czy to z karteczki, czy to z toastu i… nic więcej nie pamiętam. Jak to mówią: przyszedł upadł obudził się gips!
Spojrzałam w lustro. Wciąż ta sama młoda kobieta, nawet makijaż oko w oko z Sylwestrem. To skąd te dzieci, mąż? Nie pamiętam, żebym rodziła, przewijała pieluchy, już nie mówiąc o ślubie z tym przystojniakiem! A jednak znam imiona dzieci, tylko imienia męża nie mogę sobie przypomnieć. Coś tu nie gra
Wyszłam z pokoju. W korytarzu stały walizki na kółkach dwie duże, dorosłe (czarna i jasnobeżowa z logo znanej, drogiej marki), a obok trzy sportowe plecaki dziecięce.
Czyli nie na piknik do lasu, tylko w podróż?! Ale dokąd???
Wtedy “mąż” pojawił się w progu. Sprawnym ruchem złapał walizki, jakby robił to codziennie, i łagodnie, ale stanowczo kierował mnie w stronę drzwi.
Spóźnimy się powiedział spokojnie, bez złości.
Popatrzyłam automatycznie na swoją dłoń i zamarłam. Nie noszę obrączki! On też nie ma. Kolejna zagadka…
Dzieci jedno po drugim wsiadły do samochodu dużego, wygodnego vana. Plecaki od razu poleciały na swoje miejsca, pasy zapięli tak, jakby trenowali to od małego. “Mąż” zajął miejsce kierowcy. Z ciężkim westchnieniem siadłam obok.
Od razu podał mi kubek kawy. Ciepła, z mlekiem zupełnie nie moja bajka, nie znoszę mleka w kawie! Właśnie ten szczegół uderzył mnie najbardziej.
Ruszamy powiedział wesoło, mrugając do dzieci. Auto ruszyło. Im dalej od domu, tym większy niepokój ściskał mnie w środku.
Z tyłu dzieci zgodnie chichotały i szeptały, o coś się sprzeczając. “Mąż” prowadził pewnie, co jakiś czas zerkał na mnie z łobuzerskim błyskiem wyglądało, jakby łączyła nas jakaś tajemnica. Jakby wiedział coś, czego ja nie pamiętam.
Wpatrzona w drogę czułam się jak Jeż w mgle. Wydaje się, że wszystko proste: rodzina, auto, podróż. Ale jednak nic nie jest zrozumiałe.
Wyjechaliśmy z Warszawy i gnaliśmy szosą coraz dalej od miasta. Przestałam ufać czemukolwiek; w końcu sama doszłam do wniosku to nie moja rodzina, ten facet jest mi obcy!
On mnie porwał!
Nie, oni mnie wszyscy porwali!
Ale jakim cudem znam imiona dzieci? Zupełnie już nie wiedziałam, co o tym myśleć, ale uznałam jedno: to nie mój facet, to porywacz muszę zadziałać!
Wyprostowałam się w fotelu, ścisnęłam mocniej kubek z kawą i udawałam, że patrzę przez okno. Powoli włączał mi się tryb przetrwania już nie byłam zagubioną kobietą, tylko kimś, kto musi przeżyć!
Po pół godziny dzieci zgodnie się zbuntowały.
Tato, siku!
Chcę coś do picia!
A możemy coś przegryźć?
Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Wszyscy wylegli do budynku.
To mój moment! Serce biło jak szalone. Kiedy nikt nie patrzył, wymknęłam się, zgarbiłam i szybko podbiegłam do auta. Ciągnę za klamkę, już widzę kierownicę
Nie ma kluczyków.
O, tu jesteś, szukaliśmy cię usłyszałam spokojny głos zza pleców. Aż podskoczyłam.
No to ruszamy powiedział miękko i pewnie. Kochanie, ja poprowadzę, ty odpocznij. I pojechaliśmy dalej.
Godzinę później przed nami pojawił się Port Lotniczy Chopina szkło, beton, tłum ludzi i aut. Zaparkowaliśmy na zatłoczonym parkingu i weszliśmy do środka.
Byłam napięta jak struna nie dam się porwać, nie będę ofiarą! Muszę walczyć!
Zaczęłam się oddalać od tej podejrzanie zgranej “rodzinki”. Krok, potem drugi… i nagle zerwałam się biegiem.
To porwanie! Pomocy! krzyknęłam, rzucając się do ochroniarza.
Ochroniarz zareagował błyskawicznie powalił mnie na ziemię, obrócił na brzuch i skuł ręce kajdankami. Wokół zaroiło się od ludzi z bronią, radiami, groźnymi minami.
Stać! Zaczekajcie! Wszystko wyjaśnię! dobiegł głos mężczyzny, którego uważałam za porywacza.
To żart sylwestrowy, niespodzianka! Nie mamy żadnej broni, nikt nie został porwany!
Wszystko słyszałam, jak przez mgłę. Aż nagle dostrzegłam je. Za reklamowym banerem stały moje przyjaciółki trochę zmieszane, trochę przerażone, ale generalnie zachwycone.
Mamo! krzyczały dzieci i rzuciły się do jednej z kobiet wśród moich koleżanek. Przez śmiech wszystkie zaczęły tłumaczyć i przepraszać, prosząc o uwolnienie “porywaczki”.
Zdjęli mi kajdanki. Powoli wszystko wracało do normy. Stałam rozczochrana pośród lotniska, z roztrzęsionym sercem. Aż nagle… zrozumiałam, że wcale mnie nie porwano.
To wszystko był żart?!
Kiedy adrenalina opadła, a szum w głowie ucichł, zaczęłam słyszeć słowa i w końcu rozumieć.
To był żart.
Wielki, drogi, zespołowy, z nutą kryminału.
Przyjaciółki przekrzykując się wyjaśniały, jak od dawna chciały poznać mnie z “fajnym chłopakiem”. Takim, któremu podobno podobam się od lat. Zawsze patrzył, wzdychał, ale nic nie robił znał mój charakter. Zresztą, ja na wszelkie randki reagowałam tak:
Dzięki, nie trzeba. Dobrze mi samej.
A one dobrze to rozumiały. Postanowiły działać sprytniej. Zamiast przekonywać zafundowały mi “pełne zanurzenie w rodzinnej atmosferze”. Oto, proszę: rano, kawa, dzieci ogarnięte, mężczyzna spokojny, uprzejmy, bez zbędnych słów i zawsze z uśmiechem. A oczy ma naprawdę piękne.
Nie chciałyśmy, żebyś myślała wyjaśniły szczerze. Chciałyśmy, żebyś po prostu poczuła to sercem.
Złapałam się na tym, że nie potrafię się już denerwować. Babskie pomysły rządzą się swoimi prawami.
Tak, sposób był specyficzny. Tak, prawie przyprawił mnie o zawał. Ale za to eksperyment czysty! Bo czasem, żeby się przekonać, czy ktoś jest ci potrzebny, wystarczy jedno poranne “dzień dobry”, trójka dzieci i kawa od rzekomego porywacza.
Spojrzałam na niego. “Bohater mojego romansu” stał i uśmiechał się z łobuzerskim błyskiem, jak Kot w Butach ze Shreka. W jego oczach tańczyły złote ogniki. “Dzieci” obskoczyły go w sekundę okazało się, że to jego siostrzeńcy, którzy ubawili się po pachy akcją ukochanego wujka.
No już, bo ucieknie wam samolot! podchwyciły przyjaciółki, dopadając do odprawy.
Co? Kolejne porwanie? przemknęło mi w głowie. Gdzie oni chcieli mnie wywieźć? Nad Bałtyk? Na Mazury? Może zanurkować z rybkami, jeść jagodzianki?
Wyciągnął do mnie rękę.
Pozwól się poznać jeszcze raz, jestem Władek. Mogę cię porwać? zapytał z uśmiechem.
Spojrzałam raz jeszcze na przyjaciółki. Każda patrzyła w napięciu. Popatrzyłam na walizki. A potem spojrzałam w te orzechowe oczy z iskierkami. I pomyślałam: a może warto?
No to jazda! parsknęłam, uśmiechając się do siebie, bo to “porwanie” mogło być najfajniejszą przygodą mojego życia.
I dodałam cicho: Tylko jeśli dzieci zostają w domu…
Koleżanki wybuchły śmiechem, on uśmiechnął się jeszcze szerzej, a lotnisko, tłum i ten cały zgiełk nagle zamieniły się w początek czegoś zupełnie nowego śmiesznego, ciepłego i zadziwiająco swojskiego.
Czasem życie nas nie kradnie.
Po prostu bardzo szybko przenosi tam, gdzie zawsze powinnyśmy się znaleźć.



