30 października
Siedziałam przy zlewie w kuchni, zmywając naczynia, kiedy wszedł Janek. Zanim się pojawił, zgasł światło.
Jeszcze jasno za oknem, nie ma sensu marnować prądu rzucił ponuro.
Chciałam nastawić pralkę odpowiedziałam, czując, że nadchodzi kolejna dyskusja.
Nastawisz w nocy, kiedy prąd jest tańszy odpowiedział oschle. Po co taki mocny strumień robisz, woda ciurkiem leci. Wydajesz za dużo wody, Weroniko. Za dużo. Przez ciebie pieniądze przeciekają nam przez palce.
Podszedł i przykręcił kurek. Patrzyłam na męża, czując, jak narasta we mnie niemożność. Zakręciłam zupełnie wodę, wytarłam ręce i usiadłam do stołu.
Janku, patrzyłeś kiedyś na siebie z boku? zapytałam po chwili.
Ja codziennie tylko na siebie patrzę z boku fuknął.
I co widzisz? drążyłam.
Jak na mężczyznę? upewnił się.
Jako męża i ojca.
Normalny. Jak każdy. Ani gorszy, ani lepszy. O co ci chodzi?
Naprawdę uważasz, że wszyscy ojcowie i mężowie są tacy jak ty? nie dawałam za wygraną.
Chcesz się pokłócić? O to ci chodzi?
Wiedziałam, że odwrotu już nie ma i muszę ciągnąć tę rozmowę. Może dziś wreszcie do niego dotrze, jak ciężko się z nim żyje.
Wiesz, Janku, dlaczego jeszcze mnie nie zostawiłeś?
A niby dlaczego miałbym cię zostawiać? skrzywił usta w półuśmiechu.
Chociażby dlatego, że mnie nie kochasz. I nie kochasz naszych dzieci.
Już miał odpowiedzieć, ale nie pozwoliłam mu przerwać.
I nie mów, że jest inaczej. Ty w ogóle nikogo nie kochasz. Szkoda na to czasu, o tym nie będziemy dyskutować. Ja chciałam ci powiedzieć, dlaczego ciągle ze mną jesteś.
No i dlaczego niby?
Z chciwości powiedziałam cicho. Bo jesteś oszczędny aż do przesady. Rozstanie ze mną, Janku, oznaczałoby dla ciebie ciężką stratę finansową. Ile już jesteśmy razem? Piętnaście lat? I co poza dziećmi i obrączkami nam z tego zostało? Jakie mamy sukcesy przez te piętnaście lat?
Jeszcze mamy całe życie przed sobą mruknął.
Nie całe, Janku. Zostaje tylko reszta. Nie byliśmy razem nigdzie. Ani razu nie pojechaliśmy nad morze, nawet do Kołobrzegu czy na Mazury, o wyjazdach zagranicznych nawet nie wspomnę. Wszystkie urlopy spędzamy w Warszawie, najwyżej czasem pójdziemy do parku. Grzybobranie? Zapomnij. Bo drogo.
Bo zbieramy pieniądze odpowiedział. Na przyszłość.
My? Może ty zbierasz?
Przecież dla was się staram.
Dla nas? patrzyłam wprost w jego twarz. Naprawdę uważasz, że przez te lata co miesiąc odkładałeś pieniądze z mojej i swojej wypłaty z myślą o mnie i o dzieciach?
A niby dla kogo? Dzięki mnie mamy już niezłą sumkę odłożoną.
Mamy? Chyba ty. Ja nic nie widziałam. Może się mylę, więc sprawdźmy. Daj mi z tych oszczędności, kupię ubrania sobie i dzieciom. Od piętnastu lat chodzę w tym, w czym do ślubu szłam i w starych rzeczach od Natalii, żony twojego brata. Dzieci to samo cały czas rzeczy po kuzynach. Co najważniejsze: wynajmę wreszcie mieszkanie. Mam już dość życia z twoją mamą.
Mama dała nam dwa pokoje, nie masz prawa narzekać. A jeśli chodzi o ubrania… przecież dzieci Natalii już wyrosły, ubrania w sam raz dla naszych.
A ja? Dla mnie czyje ubrania jeszcze się nadają? Od Natalii?
A dla kogo ty się chcesz stroić? Jesteś matką dwójki dzieci, trzydzieści pięć lat masz. Naprawdę nie czas na szmatki.
A na co jest czas?
Na sens życia. Poza ciuchami i babskimi pierdołami są ważniejsze rzeczy! Wyższe sprawy.
O czym ty mówisz?
O duchowym rozwoju człowieka. O ważnych rzeczach, na które trzeba patrzeć z dystansu, oderwać się od spraw przyziemnych jak ciuchy czy mieszkanie.
Dlatego trzymasz wszystko u siebie, nic nam nie dając, dla naszego szczęścia? Dobrze rozumiem?
Bo wam nie można ufać! podniósł głos. Wydacie wszystko i zostaniemy z niczym. Myślałaś o tym?
Na czym będziemy żyć, jak się coś stanie? powtórzyłam z ironią. To świetne pytanie, Janku. Sęk w tym, że żyjemy tak, jakby to coś już się wydarzyło!
Patrzył na mnie z gniewem i milczał.
Oszczędzasz nawet na mydle, papierze i ręcznikach jednorazowych. Przynosisz wszystko z pracy mydło, krem do rąk, ręczniki.
Grosz do grosza, a będzie kokosza odpowiedział, nawet na mnie nie patrząc. Od drobnych rzeczy się zaczyna. Wydatkiem na lepsze mydło czy papier niczego nie osiągniemy.
Określ przynajmniej okres, ile jeszcze mam to znosić. Dziesięć? Piętnaście lat? Dwadzieścia? Kiedy będzie wolno żyć po ludzku, z miękkim papierem? Teraz mam trzydzieści pięć, a oszczędności najwidoczniej ciągle za mało?
Milczał.
Może w czterdziestce już można zacząć żyć? Wtedy nam pozwolisz?
Nadal ani słowa.
Wybacz, głupio pytam, czterdziestka to jeszcze nie wiek na życie. Może pięćdziesiątka? Wtedy już tak?
Nic.
Też nie. W sumie masz rację. Pięćdziesiąt to nie wiek, szczególnie przy twoim podejściu do papieru toaletowego. Może w sześćdziesiątce? Wtedy naszym kontem zajmiemy się już naprawdę poważnie i wtedy kupię sobie i dzieciom ubrania?
Cisza.
Zastanawiam się tylko, czy do szóstki dożyjemy przy takiej diecie, bo kupujemy jedynie najtańsze produkty, żeby można było najeść się do syta. Nigdy nie myślałeś, że to niezdrowe? Ale to nie najważniejsze. My tu jesteśmy ciągle przygnębieni. Z takim nastrojem długo się nie pożyje.
Gdybyśmy się wyprowadzili od mamy i żyli lepiej, niczego byśmy nie odłożyli odpowiedział.
I właśnie dlatego odchodzę, Janku. Bo jestem już zmęczona tym skąpstwem i zbieractwem. Ty się w tym zatraciłeś, ja już nie chcę.
Jak ty sobie poradzisz?
Poradzę. Wynajmę mieszkanie, wystarczy mi pensji, na ubrania i jedzenie też starczy. Najważniejsze żadne wykłady o świetle, gazie, wodzie. Pralkę będę włączać w dzień. A papier będę mieć najlepszy, serwetki na stole i kupować będę wszystko, co mi się zamarzy nawet bez promocji.
A oszczędności? Przestaniesz odkładać!
Odkładać? Twoje alimenty na dzieci zacznę odkładać. Chociaż masz rację, nic nie będę odkładać. Wszystko wydam także twoje alimenty. Będę żyła od pierwszego do pierwszego, a w weekendy dzieci będą u was z mamą. Ileż to dla mnie oszczędność! W tym czasie pójdę do teatru, restauracji, na wystawę. Latem pojadę nad Bałtyk. Jeszcze nie wiem, dokąd. Ale pojadę. Jak tylko się od ciebie uwolnię.
Widzę, jak Janek pobladł i wystraszył się, ale nie o mnie, ani o dzieci, tylko o… siebie. Przelicza w głowie ile mu zostanie po alimentach, ile pochłoną dzieci w weekendy. Najbardziej zabolały go chyba pieniądze wydane przeze mnie na wakacje. Przecież to jego pieniądze!
Powiem ci jeszcze jedno, Janku. Ten rachunek, na którym trzymasz pieniądze, podzielimy.
Jak to podzielimy?
Na pół. I te pieniądze też wydam. Ile tam uzbierało się przez piętnaście lat? Wydam wszystko. Nareszcie zacznę żyć.
Janek poruszał bezgłośnie ustami, ale nie wydał z siebie dźwięku. Strach go sparaliżował.
Wiesz… mam jedno marzenie, Janku: Kiedy przyjdzie czas odejścia, chcę, by na moim koncie nie została nawet złotówka. Wtedy będę wiedzieć, że przeżyłam życie tak, jak chciałam.
Dwa miesiące później rozwiedliśmy się.



