Znowu się liże! Maciek, zabierz go stąd!
Jagoda patrzyła zirytowana na Bruna, który bez sensu podskakiwał pod jej nogami. Jak to się stało, że wpakowali się w takiego gamonia? Tyle czasu rozważali, wybierali rasę, radzili się kynologów. Wiedzieli przecież, jaka to odpowiedzialność. Ostatecznie decyzja padła na owczarka niemieckiego, bo taki pies to i wierny przyjaciel, i stróż, i obrońca. Jak szampon, trzy w jednym. A tu tego obrońcę od kotów trzeba samemu ratować…
On jeszcze młody przecież! Cierpliwości, wyrośnie i zobaczysz.
No taaa… Już nie mogę się doczekać, aż ten koń urośnie. Zauważyłeś, że zjada więcej od nas obojga? Czym my go wyżywimy? I nie tup tak, klocku jeden, bo dziecko obudzisz! gderała Jagoda, zbierając pantofle rozrzucone przez Bruna.
Mieszkali na Pięknej, na parterze starej, przedwojennej kamienicy, gdzie okna były tak nisko, że prawie zrastały się z chodnikiem. Miejsce świetne, gdyby nie jedno ale. Okna wychodziły na ślepy zaułek podwórza, gdzie wieczorami przemykały cienie, zbierali się faceci na popijawy, czasem nawet dochodziło do bójek.
Prawie cały dzień Jagoda była sama w domu z nowo narodzoną Amelką. Maciek rano wychodził do pracy w Muzeum Narodowym, a w wolnych chwilach buszował po targach staroci i książkowych straganach. Bystrym okiem historyka sztuki oko-sokół, śmiała się Jagoda umiał wyłapać spośród rupieci cuda, rzadkie książki i starocie do kolekcji. Maćkowi kolekcjonerstwo wypełniało życie. Tak się uzbierała spora kolekcja obrazów, a na półkach z lat sześćdziesiątych pyszniły się serwisy z wytwórni Ćmielów, porcelanowe figurki z czasów PRL-u i srebrne sztućce z początku XX wieku… Jagodzie nie dawało to spokoju, siedzieć samej z takim majątkiem i małym dzieckiem, zwłaszcza że w kamienicy co rusz zdarzały się kradzieże.
Jagoda, jak myślisz, lepiej z Brunem wyjść teraz, czy po obiedzie?
Nie wiem. To nie mój psi interes!
Na dźwięk magicznego na spacer, Bruno rzucił się jak opętany do przedpokoju, aż się na zakręcie zsunął chwycił smycz, wrócił i podskoczył prawie do sufitu. No, koń, nie pies. Wszystkich kocha, do każdego się tuli, każdemu piłkę przynosi, byleby tylko goście zostali na progu. Otwarty, swojski chłopak, ale mieli go przecież bronić! A on nawet na koty na podwórzu nie szczeka. Lezie do nich z piłką, cieszy się, myśli: fajnie, z kotkiem się pobawię. No i dostał parę razy po nosie. Koty na ich podwórku to bandyci, takich trza do ochrony brać… Jutro znowu cały dzień sama. Mąż wyjeżdża do Kazimierza na Festiwal Nadwiślański, a ona co? Pilnuj porcelany i wyłaź z tym kulasem na spacer? Doprawdy, nie miałam kłopotu…
Przed świtem mąż podniósł się po cichu, żeby nie obudzić żony. Ale gdzie tam. Jagoda słyszała gwizdek czajnika w kuchni, szczęk smyczy, jak Maciek ucisza Bruna, żeby nie piszczał, nie tupał. Przy tych swojskich dźwiękach odpłynęła w półsen, a gdy obudziła ją córka, Maćka już nie było w domu. Dzień zaczął się jak zwykle. Taki zwykły, spokojny dzień. Czy to nie jest szczęście? Koleżanki wzdychały: O Jagoda, za wcześnie wyszłaś za mąż, rozdzierasz się między chłopem a dzieckiem, w kuchni całe dnie, rutyna cię zżera… Ale czy w zwyczajności nie ma uroku? I choć nie wszystko się spełniło jak chciała. Brakowało jej męża, przytłaczał brak przestrzeni, pieniędzy wiecznie ledwo, ledwo. No i ta jego pasja do staroci, przez co przepadało mnóstwo złotówek… Teraz jeszcze tego uszatego przyprowadził, a zajmować się nim Jagoda. Lecz wiedziała: kocha się kochanych razem z ich dziwactwami i wadami. Nikt jej nie obiecał ideału… Akceptację tego odkrycia przyniosła spokój; zdecydowała się cieszyć tym, co jest, nie zamartwiać tym, czego nie ma.
Siedziała w pokoju dziecinnym, karmiła Amelkę, która zasypiała przy piersi, więc trzeba było czekać, aż się obudzi i znów zacznie jeść. Zadzwonił dzwonek do drzwi, ale Jagoda nie otwierała. Nie spodziewała się nikogo, do niej bez zapowiedzi nikt przez całą Warszawę się nie wybiera. Urocze poranki, jak ona je lubiła! W mieszkaniu cisza, tylko tykanie starego zegara w przedpokoju i z uchylonego okna wpada znajomy szum: dzwonki tramwajów, warkot samochodów, syk miotły po chodniku, dziecięce głosy… A gdzie się podział ten uszaty? Dawno go nie było, dziwne. Wcale Bruno nie jest uszaty uszy ma jak trzeba, postawione, tylko charakter taki. Gamoń i już. Teraz żyj z nim, karm, wyprowadzaj, pożytku zero. Lepiej byłoby wziąć maltańczyka.
Jagoda zapatrzyła się na córkę po jedzeniu jak pijawka odpadła od piersi. Ach, co za dziecko im się trafiło! Złotko moje szeptała Jagoda, kładąc Amelkę. Rośnij… czego nam więcej trzeba?
Wtem coś zaskrzypiało w salonie. Jakby trzeszcz, jakby pisk. Jagoda nasłuchiwała. Znowu coś strzeliło. Nie oddychając, zdjęła kapcie i po cichu przeszła do salonu. Najpierw ją zaniepokoił widok Bruna jakby czaił się za zasłoną oddzielającą korytarz od salonu. Przyczajony na czterech łapach, skulił się w napięciu, wywalił jęzor, wpatrując się wgłąb pokoju. Jagoda podążyła oczami za jego wzrokiem i zamarła z zimna: w oknie, a dokładniej w uchylonym oknie tkwiła półpostać mężczyzny. Typowa złodziejska, wygolona łapa, ręce i ramiona już w pokoju, sapiąc i stękając, facet wciskał swoje chude ciało do środka. Jagoda nie umiała uwierzyć, że to się dzieje jej. To niemożliwe! Co robić? Krzyknąć? Mężczyzna już był niemal cały w środku! Jeszcze chwila i…
Ocknęła się od krzyku. Cień przemyka pod okno i dopiero po chwili zrozumiała, że to Bruno. Wskoczył na parapet i wgryzł się rabusiowi w szyję! Aaaa! zawył facet niskim, chrapliwym głosem, wytrzeszczył oczy. Jagoda wybiegła na klatkę, zawołała sąsiadów, potem już nie było tak straszno. Ludzie się zbiegli, ktoś zadzwonił po policję. Każdy chciał pomóc, choć i tak niewiele mogli ale sama obecność ludzi była jak ratunek. Co by zrobiła sama? Przezwyciężyła strach i podeszła bliżej: oby tylko Bruno mu gardła nie przegryzł. Tego jeszcze brakowało! Ale Bruno, mądry pies, chwycił go za kołnierz, mocno, ale ostrożnie. Ani krzty krwi! Dopiero kiedy złodziej próbował się ruszyć, Bruno zaciskał mocniej szczęki. Jak złodziej się uspokajał pies luzował uścisk. Skąd on to wiedział? Ten gamoń z piłką zachowywał się jak zawodowiec. Usłyszał hałas, nie zaczął szczekać, tylko urządził zasadzkę za zasłonką. Pozwolił rabusiowi wejść aż do połowy, żeby dobrze się zaklinował, nie uciekł, i dopiero wtedy dopadł, trzymając prawidłowo mocno, ale bezkrwawo. Bo to przecież nie my karać mamy, a sprawiedliwość niech działa.
Najstarsi policjanci nie pamiętali, by złodziej tak się cieszył z zatrzymania. Facet zmrożony Bruniem był w siódmym niebie, słysząc, że już po wszystkim, ale pies postanowił jeszcze przez chwilę poudawać herszta. Tak się przejął swoją rolą, że trzeba było go namawiać, aż podjechał funkcjonariusz z przewodnikiem. Ten dał komendę i Bruno rozwarł szczęki! Wypuściwszy złodzieja, usiadł pod oknem i patrzył służbiście w oczy funkcjonariusza, rozkazy, szefie, czekam!. Tylko salutować nie próbował.
Macie szczęście do psa policjant poklepał Bruna po karku z uznaniem i westchnął: przydałby się taki do poszukiwań…
Maciek wrócił późnym wieczorem, uchylił drzwi i zamarł na progu przerażony. Było czemu. Po pierwsze, Bruno zalegał na kanapie co było surowo zabronione. Po drugie, pies wylegiwał się na plecach jak panisko, a Jagoda drapała mu brzuch, głaskała, przytulała, niemal całowała po nosie, powtarzając: Moje szczęście, mój pierzasty źrebaczku. Rośnij zdrowo, na radość tacie i mamie! Jaka ja niesprawiedliwa byłam dla ciebie, nie gniewaj się już…
Tę opowieść usłyszałam na jednym z Festiwali Nadwiślańskich od samego kolekcjonera. Chyba że Bruno opowiedziałby lepiej: jak tropił, jak łapał, jak przekazywał organom ścigania sprawcę. Dawno to było. Ale historia nadal we mnie tkwi. Czuję, jak Bruno drapie łapą, prosząc, żebym ją spisała i oto dzielę się z wami…
— Znowu się liże! Maks, zabierz go stąd! Nastka ze złością patrzyła na Tymiśka, który bez sensu ska…



