Rano Stanisławowi Piotrowiczowi zrobiło się gorzej. Dusił się.
Jarek, niczego nie chcę. Żadnych twoich leków, nic. Tylko cię proszę, pozwól mi pożegnać się z Przyjacielem. Proszę cię. Odłącz te wszystkie kroplówki…
Mężczyzna skinął głową na rurki.
Nie mogę tak odejść. Rozumiesz? Nie mogę…
Po policzku spłynęła mu łza. Jarek rozumiał, że jeśli go odłączy, może nie zdążyć zaprowadzić go do wyjścia.
Przyszli do nich wszyscy ze szpitalnej sali.
Jarek, no serio, nie da się nic wymyślić? Tak nie przystoi…
Wiem przecież… Ale tu szpital, wszystko sterylne.
A niech to… Człowiek odejść nie może, sam zobacz.
Wszystko rozumiał. Ale co mógł zrobić? Jarek wstał. Przecież może wszystko. Niech diabli wezmą tą całą firmę ojca, niech go nawet wyrzucą z pracy. Gwałtownie się odwrócił i spotkał wzrok Magdy. Było w nim podziwianie.
Jarek wypadł na dwór.
Przyjacielu, proszę cię, tylko cicho. Może nikt nie zauważy. Chodźmy do pana.
Już otwierał drzwi, gdy drogę zagrodziła mu pani dyrektor, Barbara Eugeniuszowa.
Co to ma znaczyć?
Pani Barbaro… Proszę, pięć minut. Pozwólcie im się pożegnać. Przyjmuję wszystko. Zwolnicie mnie potem.
Przez chwilę milczała. Kto wie, co myślała wtedy, ale nagle zrobiła krok w bok.
Dobra. Niech mnie też zwolnią.
Przyjacielu, za mną!
Jarek pobiegł korytarzem, a Przyjaciel tuż obok. Z przodu Magda otworzyła drzwi. Pies, jakby coś poczuł, w dwóch susach był przy drzwiach sali… jeszcze jeden skok i Przyjaciel stoi na tylnych łapach przy łóżku Stanisława Piotrowicza, przednimi opiera się o krańce pościeli. Cisza jak makiem zasiał. Stanisław otworzył oczy. Próbował unieść rękę, ale nie dawał rady. Przeszkadzały kroplówki. Wyrwał je nagle drugą ręką.
Przyjacielu! Przyszedłeś…
Pies położył głowę na piersi Stanisława. Mężczyzna głaskał psa. Raz, drugi. Uśmiechnął się… Uśmiech już pozostał na ustach. Ręka osunęła się w dół. Ktoś mruknął:
Pies płacze…
Jarek podszedł do łóżka. Rzeczywiście, Przyjaciel miał łzy w oczach.
Już. Chodźmy…
***
Jarek przysiadł na płocie, a Przyjaciel schował się w krzakach i tam się położył. Przyszedł do niego gość z sali, ten co kiedyś oddał swoje kotlety. Podał mu paczkę fajek. Jarek spojrzał, chciał powiedzieć, że nie pali, ale tylko machnął ręką. Zapalił.
Obok przysiadła Magda. Oczy czerwone, nos napuchnięty.
Magda… To mój ostatni dzień.
Czemu?
Wiesz, najpierw byłem tu za karę, potem chciałem udowodnić ojcu, że potrafię… Miał mi oddać firmę. Ale nie o to chodzi. Nie mogę. Wracam do domu. Powiem mu wprost twój syn to fajtłapa. Wybacz, Magda…
Jarek wyszedł. Złożył wypowiedzenie, zabrał rzeczy. Magda patrzyła z okna, jak podjechał swoim mercedesem pod wejście, wysiadł. Otworzył drzwi pasażera i poszedł w stronę krzaków. Coś mówił Przyjacielowi, potem wrócił do auta, oparł się o nie i czekał. Pies podreptał powoli po pięciu minutach. Długo patrzył Jarkowi w oczy, po czym wskoczył do środka.
Magda znowu się rozpłakała.
Nie jesteś fajtłapą! Jesteś najlepszy!
***
Po kilku dniach Magda zobaczyła, że z ordynatorem idzie mężczyzna bardzo podobny do Jarka. Zbiegła schodami i wybiegła przed szpital.
Jest pan ojcem Jarka?
Ordynator spojrzał z zaskoczeniem.
Magda, co się dzieje?
Proszę poczekać, panie doktorze Andrzeju, potem mnie możecie zwolnić! Więc to pan?
Władysław Jarosz patrzył z zaskoczeniem na drobną dziewczynę z piegami.
Tak, to ja.
Nawet nie wolno panu myśleć, że Jarek to fajtłapa! Jest najlepszy! On jeden miał odwagę i pozwolił człowiekowi pożegnać się ze swoim przyjacielem przed śmiercią! On ma serce i duszę!
Magda odwróciła się i wbiegła do budynku. Władysław się uśmiechnął.
Widziałeś?
Doktor Andrzej odparł:
I co z nią zrobić? Dobra dziewczyna Tylko cały czas prawdy chce!
To zła cecha?
Nie zawsze najlepsza
***
Minęły trzy lata.
Z bramy pięknego domu wyszła cała rodzina. Jarek pchał wózek, a Magda prowadziła na smyczy ogromnego, zadbanego psa. Szli nad Wisłę, Magda spuściła psa.
Przyjacielu, daleko nie odchodź!
Pies wielkimi skokami pognał nad wodę. Po dwóch minutach dziecko w wózku zaczęło marudzić. Przyjaciel od razu był przy wózku.
Magda roześmiała się:
Jarek, chyba opiekunka nie będzie nam potrzebna. Co ty tak lecisz? Sonia tylko zgubiła smoczek.
Dziecko znów usnęło, Przyjaciel zajrzał jeszcze raz do wózka, upewnił się, że wszystko w porządku, i pobiegł znów za motylem…
Dziś, patrząc na moją rodzinę, wiem już, że nie warto żyć cudzymi oczekiwaniami. Najważniejsze to być przyzwoitym człowiekiem. Reszta przyjdzie sama.
Rano Michałowi Serhiejewiczowi się pogorszyło. Dusił się. — Nikita, nie chcę niczego. Żadnych leków,…



