Drzwi nocnego autobusu linii 142 zatrzasnęły się z trzaskiem, a ciepłe powietrze z wnętrza buchnęło parą na chłodną, warszawską noc. Grupa pięciu podchmielonych chłopaków wpadła do środka, trzaskając brudnymi noskami butów o wszystko, co tylko stanęło im na drodze: schodki, poręcze i nogi pasażerów.
Żaden z pozostałych nocnych samotników, których połączył ostatni autobus sunący przez uśpione ulice, nie komentował pijackiego zachowania hałaśliwej grupy młodych mężczyzn. Z dziką energią w oczach przekomarzali się, przechwalając swoimi osiągnięciami na polu miłosnym. Każdy przekrzykiwał drugiego, wymieniając dla kogo, gdzie i za co przy akompaniamencie rubasznych śmiechów i głośnych toastów. Chłopaki urządzili sobie własną melinę na tyle pojazdu i co chwilę stukali butelkami po kolejnej dawce śmiechu.
Autobus zahuczał, drzwi zaszły sykiem, przegub się wyprężył, a pojazd łagodnie ruszył dalej przez ulice stolicy. Poza świeżo przybyłymi było w środku zaledwie około dziesięciu osób, wliczając konduktorkę. Kobieta powstała z miejsca z biletowym zwitkiem w dłoni i podeszła do grupy awanturników.
Panowie, proszę o bilety rzuciła zmęczonym głosem pani w okularach, które były starsze od każdego z nich.
Mam miesięczny odburknął jeden, ledwo powstrzymując bekanie.
Ja też!
I ja mam!
Najmłodszy z nich chłopak jeszcze bez zarostu, z niepewnym wzrokiem i nieporadnymi ruchami próbował pokazać, że w grupie jest pewny siebie, dlatego wrzeszczał najgłośniej.
Okazujcie bilety odparła sucho konduktorka, niezrażona widowiskiem.
Najpierw panie wycedził najbardziej rosły, chluszcząc pianą.
Jestem konduktorem powiedziała obojętnie kobieta.
A ja elektryk! To co, mam za prąd nie płacić? odburknął ten w rozlanej piwem kurtce, z której sączył się kwaśny zapach.
Panowie, albo płacicie, albo wysiadacie.
Na sygnał autobus zwolnił, pasażerowie pospiesznie wysiedli.
Przecież mówiłem, że mamy miesięczne! wypiął wąską pierś najmłodszy.
Olek, jedziemy na zajezdnię! zakomenderowała konduktorka kierowcy.
Tak, Olek, na zajezdnię! powtarzali drwiąco chłopcy, teatralnie ocierając wyimaginowane łzy.
Drzwi się zamknęły, autobus ruszył, zawrócił. Przez chwilę śmiech targał całą piątką, ale gdy pojazd nabierał prędkości, najbardziej przytomny z nich spytał z prawdziwą ciekawością:
Jak autobus przegubowy się zawrócił na środku ulicy, skoro jeździ pod drutami?
Reszta wzruszyła ramionami, nie wnikając w szczegóły.
Autobus sunął coraz szybciej, warczał, zaskakująco wyprzedzał auta. Lampy w środku przygasły, niektóre całkiem zgasły. Korytarze oświetlały już tylko przerywane światła latarń i reklam. Konduktorka milcząco siedziała. Przystanki przestały się pojawiać.
Hej! Dokąd nas wieziecie? zawołał jeden z nich wreszcie.
Cisza.
Słyszysz?! Zatrzymajcie, wysiadamy! coraz bardziej trzeźwieli, głosy łamały się.
Kobieta pozostawała niewzruszona.
Za oknami noc zaczęła ustępować ponuremu krajobrazowi podmiejskiej szosy. W autobusie już nie paliły się światła poza migającymi kontrolkami w kabinie kierowcy. Telefony młodych pokazały brak zasięgu i prośby o odświeżenie strony.
Autobus nagle wjechał na polną drogę. Jeden z chłopaków podbiegł do konduktorki z groźbami:
Wiesz, gdzie pracuję? Jeśli się nie zjawie jutro w biurze, to emerytury nie dostaniesz!
W tej chwili zgasły światła przednie.
Proszę, wypuśćcie nas, mam maturę w czerwcu! jęczał falsetem najmłodszy.
Autobus pędził, rozcinając nocny spokój swoim rykiem. Przerażeni młodzi mężczyźni drżeli, wymyślali scenariusze na wypadek porwania, próbowali rozbić szybki roztrzaskaną butelką, wydrapywac drzwiczki paznokciami wszystko na darmo.
Nagle pojawiły się pieniądze.
Proszę bardzo, reszty nie trzeba! Byle do miasta! Błagam!
Konduktorka nie reagowała. Lamenty, błagania, łzy autobus jechał, aż dotarł nad ogromne jezioro.
Gdzie jesteśmy? szeptali przerażeni.
Utopią nas łkał młodzik.
Radek, umiesz prowadzić autobus? mruknął ktoś z nadzieją. Radek tylko smętnie pokręcił głową.
Nagle przednie drzwi się otworzyły. Konduktorka wyszła, a w kabinie kierowcy mignął jej cień. Zauważyli, że trzyma długi przedmiot w rękach.
Koniec Rozstrzelają nas i utopią płakał elektryk.
Światło w autobusie się zapaliło, konduktorka wróciła z hałasem do środka. W jednej dłoni miała mop, w drugiej wiadro. Postawiła je przy trzęsącej się grupce i uśmiechnęła się łagodnie:
Jak umyjecie ściany, dam wam ścierki do siedzeń i podłóg, a potem wrócicie do domu. Ktoś się sprzeciwia?
Wszyscy zgodnie pokręcili głowami.
Noc była długa. Chłopcy się podzielili: dwóch nosiło wodę, jeden zmieniał ścierki, pozostali opróżniali brudne wiadra do wielkiej, jakby od zawsze tam stojącej beczki, w której chlupała woda. Najwyraźniej to nie pierwszy taki kurs autobusu.
Skończyli o świcie. Autobus lśnił, nawet szyby połyskiwały w promieniach poranka. Chłopaki, już całkiem trzeźwi, pracowali zgodnie i w ciszy. Gdy skończyli robotę, konduktorka skasowała im bilety i autobus ruszył w kierunku centrum. Rozwiózł nocnych rozrabiaków po przystankach, a sam wrócił na trasę, gotowy na nowy dzień i kolejnych pasażerów.



