Proszę pana, proszę się nie pchać. Fuj, to od pana tak pachnie?
Przepraszam mruknął mężczyzna, odsuwając się.
Coś jeszcze wymamrotał pod nosem niezadowolony, zrezygnowany. Stał, licząc na dłoni drobne monety. Pewnie brakuje mu na flaszkę pomyślałem. Ale przyjrzałem się jego twarzy dziwne, nie wyglądał na pijaka.
Proszę pana, przepraszam, nie chciałem… coś nie pozwalało mi po prostu odejść.
Nic się nie stało.
Podniósł na mnie wzrok niesamowicie niebieskie oczy, ani odrobinę nie wyblakłe. Chociaż wyglądał na mojego rówieśnika. Niesamowite… Nigdy nie widziałem takich oczu, nawet za młodu.
Chwyciłem go mocno pod ramię i odciągnąłem na bok od krótkiej kolejki do kasy.
Coś się stało? Może potrzebuje pan pomocy? Starałem się nie krzywić.
Wtedy dotarło do mnie, czym tak naprawdę pachnie. Ot, starym potem. On milczał, schował monety do kieszeni chyba wstydził się mówić o tym, co go spotkało. Komuś obcemu. Takiej zadbanej, sympatycznej osobie jak ja.
Mam na imię Zofia, a pan? zapytałem, jakby z automatu.
Ja mam na imię Wojciech.
To co, potrzebuje pan pomocy? w tym momencie dotarło do mnie, że praktycznie się narzucam.
Narzycam się jakiemuś bezdomnemu! Wojciech spojrzał na mnie jeszcze raz tymi swoimi niebieskimi oczami, ale zaraz spuścił wzrok i udawał, że mnie nie słyszy. Już miałem odejść, gdy on niespodziewanie wyszeptał:
Pracy potrzebuję. Nie wie pani, gdzie można coś dorobić? Może remont, może pomoc przy gospodarstwie. Tu taka duża wieś, pewnie ktoś kogoś zna. Przepraszam
Słuchałem w milczeniu, a on znów zaczął coś mamrotać do siebie po cichu, jakby speszony, że w ogóle odezwał się do mnie. W głowie miałem pytanie czy powinienem wpuszczać kogokolwiek do domu? Ale własnie planowałem wymianę kafli w łazience, a mój syn wiecznie zajęty w pracy, więc kto wie kiedy się za to zabierze…
Kłaść płytki pan potrafi? spytałem Wojciecha.
Potrafię.
Ile by pan chciał za łazienkę 10 m²?
Chrząknął zaskoczony chyba powierzchnia zrobiła na nim wrażenie.
Trzeba zobaczyć. Naprawdę, ile pani da, tyle będzie.
Wojciech zrobił remont bardzo starannie i dokładnie. Najpierw zapytał, czy może wziąć prysznic byłem wdzięczny, że sam na to wpadł. Oby tylko nie zostawił po sobie żadnych bakterii przemknęło mi przez myśl. Dałem mu stare ubrania po zmarłym mężu, swoje wyprał. Prace wykonał przez weekend. Zerwał kafle, posprzątał, uprzątnął, narzędzia wytarł i odłożył na miejsce. Do niedzielnego wieczora na ścianach i podłodze błyszczały już nowe płytki. Byłem trochę zdenerwowany, że Wojciech kończy robotę. Wyglądał jak bezdomny. Zostawić go na noc? Trochę dziwna sytuacja. Wypchnąć go z domu w środku nocy też niezręczne.
W sobotę całą noc słuchałem na czujce zamknąłem się w pokoju, nasłuchując jak Wojtek śpi na kanapie w gościnnym pokoju.
Proszę sprawdzić robotę, pani Zofio! zawołał.
Nie było się do czego przyczepić. Remont zrobiony perfekcyjnie.
Panie Wojtku, czym się pan zajmuje z zawodu?
Jestem nauczycielem fizyki. Skończyłem Uniwersytet Warszawski.
Naprawdę?
Wtedy jeszcze nazywali go Uniwersytet Warszawski. A płytki… No, każdy szanujący się mężczyzna powinien umieć takie rzeczy. Tak myślę.
Pokiwałem głową, wyciągnąłem gotówkę przygotowaną do zapłaty. Nie żałowałem dałem dokładnie tyle, ile miałem wydać na fachowców. Wojtek bez oglądania schował pieniądze do kieszeni i zaczął się ubierać. Ubrania już mu wyschły, więc wrócił w swoje rzeczy.
Ale jak to, tak po prostu pan sobie odejdzie? niemal zaniemówiłem.
Jak to? spojrzał na mnie znowu tymi nieprawdopodobnie niebieskimi oczami.
Może by pan chociaż zjadł coś? Cały dzień pan harował, tylko herbatę pił, nie chciał pan się rozpraszać.
Przez chwilę się wahał, aż w końcu wzruszył ramionami:
No dobrze, nie odmówię. Dziękuję.
Dla towarzystwa sam zjadłem kawałek ryby, choć zwykle po osiemnastej już nie jem. Okazało się, że rozmowa z nim jest całkiem przyjemna. Wojtek był szarmancki, elokwentny, do tego bardzo inteligentny. Tylko… wyraźnie zagubiony. I chyba tej zagubionej nuty nie da się łatwo z niego zmyć choćby i kąpielą, choćby ciepłem, rozmową. Potrzeba czasu.
Wojtku, co się panu właściwie stało? Przepraszam za pytanie
Zamilkł na chwilę i powiedział:
Wie pan, jeśli zacznę opowiadać, zabrzmi to patetycznie, głupio, nieszczerze. Słyszałem przez te ostatnie lata tyle tego typu historyjek a moja wydarzyła się naprawdę. Po co to panu?
Po prostu nie mogę się nadziwić, że tak porządny człowiek znalazł się w tak trudnym położeniu
Wojtek spojrzał na mnie z zastanowieniem, po czym oboje podnieśliśmy się jednocześnie. Zrobił się mały zamęt, poszliśmy do drzwi, niechcący się zderzyliśmy i reszta potoczyła się sama. Nie przypuszczałem, że po pięćdziesiątce spotka mnie coś takiego. Myślałem, że namiętność to domena młodych. A jednak, żywa, gorąca, poruszająca namiętność.
Potem opowiedział mi, że osiem lat temu próbował ratować swojego ucznia bardzo zdolnego chłopaka z trudnej rodziny, którego wciągnęli w szemrane towarzystwo. Chłopak sam chciał odejść, ale nie mógł tak łatwo się odciąć. A Wojciech, jako wychowawca, postanowił porozmawiać z ich “szefem”. No i tamten dwudziestodwuletni łobuz bez zasad nie zamierzał z nim rozmawiać rzucili się na Wojtka. Ale on całe życie ćwiczył judo. Szybko się z nimi rozprawił, ale nieszczęśliwie ten przywódca poleciał na betonową ścianę, złamał kręgosłup i zmarł. Wojciech sam zadzwonił po karetkę i policję, pewny, że najwyżej przekroczył granice samoobrony. Sąd uznał jednak winę. Dostał dwanaście lat, wyszedł po ośmiu za dobre sprawowanie.
Też tam mieszkają ludzie powiedział krótko o więzieniu.
A po powrocie nikt na niego nie czekał. Mama zmarła, wcześniej sprzedała mieszkanie i żyła u brata. Żona brata od razu jasno powiedziała:
Żeby tego więźnia tu nawet nie było.
Jego własna żona dawno się rozwiodła i ułożyła sobie życie na nowo. Z Warszawy pojechał do Krakowa, ale tam szczęście mu nie sprzyjało. Wojciech szukał pracy, nikt nie chciał go zatrudnić z takim życiorysem. Trochę pracował dorywczo, potem trafił przypadkowo do naszej wsi tu też mu nie ufali, patrzyli podejrzliwie, czasem wręcz agresywnie. Zimą nie miał już gdzie spać ani za co jeść znajomy, u którego się schronił na początku, uprzejmie dał mu do zrozumienia, że dość tego freeloadingu.
Od kiedy to trwa? spytałem, patrząc na żar jego papierosa.
Dwa tygodnie odpowiedział.
Papierosy palił moje. Miałem paczkę, raz na pięć lat dla relaksu coś zapaliłem, ale nie pozwoliłem mu wyjść na swoje. Dopiero teraz pomyślałem, jak to jest nie mieć własnego miejsca dwa tygodnie.
W półmroku, przy ledwie tlącym się końcu papierosa, łatwiej było się przyznać do tego, na co ciężko zdobyć się w jasny dzień. Kobieta wpuściła mnie do swojego łóżka. Głupio to ukrywać.
Masz dowód? spytałem w końcu.
Mam zaśmiał się pod nosem. Zameldowania brak. I stąd te wszystkie kłopoty.
Wojtek został. Ułożyło nam się świetnie załatwiłem mu tymczasowe zameldowanie, dostał pracę. Nie w zawodzie, ale na początek dobra i taka w markecie z artykułami gospodarczymi. W wolne dni bo pracował dwa na dwa dorabiał jako korepetytor, coraz więcej miał uczniów. Tak minęły dwa i pół miesiąca. Aż w końcu odwiedziła nas Zosi syn Tomek. Obejrzał się po domu i zaprosił mamę na rozmowę na podwórku.
Słuchaj, wywal go.
Słucham?! byłem zszokowany.
Już dawno nie wtrącał się do mojego życia.
Wywal go. Po co ci taki biedak? Myślisz, że co dla ciebie tutaj jest? Bo nie ma gdzie mieszkać! A ty głupia
Spoliczkowałem Tomka.
Nie waż się! Nie mieszaj się w moje życie.
Mamo, chyba zapominasz, że jestem twoim jedynym spadkobiercą. Nie mam zamiaru niczego dzielić z jakimś facetem znikąd. Jeśli się z nim ożenisz, potem umrzesz będzie miał prawo do spadku.
Oho, to mnie już chowasz? spytałem z urazą. Co ty chcesz po mnie dziedziczyć? Jeszcze cię przeżyję.
Mamo, nie zmuszaj mnie do przykrych metod Na pewno wam życia nie dam. Mam swoje interesy. Jeśli znalazłabyś kogoś z porządnym majątkiem, nie pisnąłbym słowem. Ale tak?
To według ciebie majątek decyduje o człowieku? Co się z tobą stało? Tak cię wychowałem?
Mamo, powiedziałem, co miałem. Za tydzień tu wrócę, nie chcę go zastać. Potem nie miej do mnie pretensji ostrzegam.
Wszedłem do domu, połykając łzy.
On policjant? spytał Wojtek cicho.
Przepraszam, że nie powiedziałem
Nie musiał pan nic mówić. Przecież wszystko jasne.
Jest prokuratorem. Dobry człowiek, tylko… ostrożny, za bardzo się martwi.
Co chcesz zrobić? spojrzał na mnie uważnie.
Opadłem przy stole. Co robić? Nie wiedziałem. Jeśli Tomek powiedział, że nie da nam spokoju dotrzyma słowa. Co zrobi? Może Wojtka z powrotem do więzienia wsadzi? Nie chciałem w to wierzyć ale kto go tam wie
Wiosna… powiedział Wojtek. Nic nie wymyśliłeś? To ja może coś powiem.
Zacząłem przytakiwać, powstrzymując łzy. Czułem się w pułapce. Nie chciałem rozstawać się z Wojciechem. Ale narażać siebie i jego na ciągłe problemy i wojnę z Tomkiem też nie.
Uzbyłem trochę oszczędności. Ty o to nie dopytywałeś. Na działkę tu nie starczy, ale za dwadzieścia kilometrów dalej już tak. Postawimy na razie kontener, zaczniemy budować coś własnego. Korepetycje będę dawał dalej, jak będzie trzeba, znajdę dodatkową robotę. Własnymi rękami postawię dom dla nas. Co ty na to?
Zaniemówiłem z wrażenia. Wojtek się zaniepokoił.
Wiem, że przywykłeś do wygody. To tylko na chwilę. Potem ci wszystko urządze, zobaczysz.
Wiesz co, Wojtku… Ja też mam jakieś oszczędności. Mogę dorzucić do budowy powiedziałem zamyślony.
Nie śmiem cię o to prosić.
Przecież nie prosisz! Sam to proponuję. Robimy to dla nas.
Wojtek podszedł do mnie, objął za głowę, przytulił mocno tak, że poczułem się… bezpiecznie. I kochany. Kto by pomyślał, że to może człowieka spotkać nawet w tym wieku
Załatwiliśmy wszystko bardzo szybko. Zrobiliśmy umowę. Wojtek upierał się, żeby własność była na mnie, ale nie zgodziłem się.
Ja mam mieszkanie, to że mnie stamtąd wywalili nie znaczy, że go nie mam. A ty jesteś bez niczego. I nie gadaj, mam przecież spadkobiercę! dodałem ironicznie, pamiętając słowa Tomka.
Postawiliśmy kontener, dociągnęliśmy prąd, a Wojtek od razu zabrał się do budowy domu. Potem okazało się, że moich oszczędności nie wystarczy, więc z jeszcze większym zaparciem dawał korepetycje. Zorganizował sobie kącik, żeby nikt nie widział, że uczy w baraku. Wszystko szło na budowę domu. Krok po kroku. Wieczorami rozkładaliśmy na działce koc i leżeliśmy, patrząc w gwiazdy.
Co czujesz? pytał mnie Wojtek, obejmując.
Drugie życie odpowiadałem.
To ja powinienem czuć drugie życie! śmiał się. A ty moją miłość.
I czułem. Oczywiście, że czułem.
Wstąpiłem do domu po rzeczy. Jesień za pasem, trzeba zabrać ciepłe koce, ubrania, trochę naczyń. W kuchni zastałem Tomka, który palił papierosa.
O, cześć synu. Wpadłem tylko na chwilę, jak leci?
Spojrzał na mnie podejrzliwie. Widział kwitnącą, wysportowaną matkę.
Mamo, co się dzieje? W ogóle nie dzwonisz.
No u nas chyba nie przyjęte. Jesteś zapracowany, kiedy trzeba, sam dzwonisz.
Dlaczego nie mogę cię zastać w domu?
Bo tu już nie mieszkam. Wpadłem rzeczy zabrać. Można chyba?
Tomek zaniemówił ze zdziwienia. Matka jakby się zmieniła. Oprócz wyglądu stała się lżejsza. I szczęśliwsza.
Synu, jak już wykończymy dom, na pewno cię zaproszę. Ale na razie muszę lecieć.
Na szybko wrzucałem rzeczy do dwóch toreb. Przebiegłem obok Tomka, pocałowałem go w policzek i pobiegłem dalej.
Mamo, co z tobą? zawołał za mną.
Odwróciłem się od drzwi, szeroko się uśmiechnąłem i odpowiedziałem:
Drugie życie, Tomciu. I miłość. Tak, miłość! Trzymaj się! zaśmiałem się i wybiegłem z domu.
Nie było czasu, tego dnia mieliśmy kończyć werandę.
Drugie życie po pięćdziesiątce: Jak nieznajomy z niebieskimi oczami odmienił los Rity, a syn postawi…



