Zaciekli wrogowie

Zaciekli wrogowie

Kiedy tylko Szymon położył się, żeby zdrzemnąć się na chwilę, przez otwarte okno wpadł wściekły szczek jego psa. Zazwyczaj Bartosz, bo tak nazywał się jego owczarek podhalański, był cichy jak mysz, lecz dziś od rana nie dawał spokoju wył, jakby go kto z łańcucha spuścił, i to z niepohamowaną furią.

Szymon już kilka razy wychodził na podwórko, lecz za każdym razem nie dostrzegł niczego podejrzanego.

Pomyślał, że może sąsiedzkie psy przebiegły pod płotem, dlatego Bartosz na nie szczekał.

Taki już z niego był strażnik nie lubił, gdy ktoś obcy kręci się blisko jego terytorium.
I nie było nic dziwnego w tym, że gdy Szymon wychodził z domu, w pobliżu nie było żywego ducha.

Od donośnego szczeku Bartosza każdemu serce mogło spaść do kolan, więc sąsiedzkie psy pewnie uciekały czym prędzej.

Nie wiedziały jednak, że kudłaty niedźwiedź, jak go czasem nazywał Szymon, siedzi teraz w kojcu. Szymon w ciągu dnia zawsze go tam trzymał na wszelki wypadek.

A dopiero, gdy zapadał zmrok, wypuszczał go na wolność. Wtedy, jak się mówi na własne ryzyko.

Raz na jego podwórko próbowało się dostać trzech nieszczęsnych złodziejaszków z sąsiedniego przysiółka.

Jeden zgubił spodnie zahaczyły się o pręty bramy, drugi zostawił adidasa pod płotem. Trzeci wspiął się na drzewo i to najwyższy konar.

Policjant musiał wezwać strażaków, bo ten nie umiał sam zejść. Bartosz dał im wtedy popalić, zapamiętają to na długo.

I co równie ważne, Bartosz nigdy nie szczekał bez powodu. Tymczasem dziś zachowywał się jak szalony.

Bartosz, przestań już szczekać! zawołałem, wstając z łóżka i podchodząc do okna.

Pies zamilkł, lecz po kilku sekundach znowu zaczął wyć.

Szymon musiał wyjść na dwór, by się przekonać, co rozdrażniło jego ogromnego owczarka.

Jak się spodziewał, na podwórku nie było niczego ani nikogo obcego. Bartosz przestał szczekać, gdy zobaczył pana.

No i co się tu tak rozkręcasz? uśmiechnąłem się, zbliżając do kojca.

Bartosz machał radośnie ogonem i spoglądał na mnie z wyrazem skruchy.

Wiedział doskonale, że nie pozwolił mi odpocząć. Ale przecież nie szczekał bez powodu.
Teraz Bartosz rzucił szybkie spojrzenie w stronę furtki i wydał donośne szczeknięcie.

Szymon gwałtownie odwrócił głowę i zauważył, jak coś szarego, niewielkiego, błyskawicznie przemknęło w bok. Szybko podbiegł do furtki, wybiegł na drogę i zobaczył…

zwykłego kota.

A spojrzenie tego kota było… zuchwałe, pewne siebie i aroganckie.

A ty co tu robisz, kolego? roześmiał się Szymon. Powiem ci jak człowiek człowiekowi: lepiej tu nie biegaj, bo mój Bartosz kotów nie trawi. Jak złapie, to…

Kot pogardliwie zmarszczył pyszczek, jakby jeszcze się uśmiechnął.

Złapie, powiadasz? wyraźnie można było wyczytać w jego spojrzeniu. On ledwo z kojca wyjdzie, a ja już za płotem. Gruby twój pies, lepiej karm go mniej.

Szymon poczuł się nawet odrobinę dotknięty tym, jak ten płotowy kot bez słów, lecz jakże efektownie upokorzył jego psa.

Spadaj już! machnąłem ręką na kota, wróciłem na podwórko i zamknąłem furtkę.

I co myślicie?

Kot posłuchał człowieka? Oczywiście, że nie. Zamiast odejść, zaczął pojawiać się na podwórku codziennie.

Przechadzał się, siadał obok kojca, wyraźnie pokazując, że to on tu rządzi i ma wszystkich gdzieś. Bartosz mógł tylko szczekać do niego.

Na początku Szymon wygarniał go z podwórka, lecz jak tylko wracał do domu, kot znów się pojawiał.

Nic nie mógł poradzić.

Po tej małej wygranej kot poczuł się jak król podwórka.

Raz nawet ukradł kawałek mięsa z psiej miski. A miska, żeby było jasne, znajdowała się w środku kojca. Bartosz leżał zmęczony, bezsensownie szczekał w powietrze, więc szary kot skorzystał z okazji.

W dodatku demonstracyjnie konsumował ten kawałek mięsa na oczach olbrzymiego psa.

Szymon widział tę scenę na własne oczy, aż go ruszyło.

Ach tak, widzę jak jest mruknąłem gniewnie. No nic, urządzę ci wesołe życie, jeszcze pożałujesz, że drażniłeś mojego psa.

Postanowiłem, że nie będę zamykał Bartosza w kojcu w dzień.

A właściwie zamykał będę, lecz furtka będzie otwarta, by pies mógł ją przepchnąć łapą i wybiec na podwórko, jeśli zajdzie potrzeba.

Niech wreszcie zaprowadzi porządek na podwórku pomyślałem.

Zajadły kot już porządnie mnie zmęczył. Zmęczył i psa, i mnie. Ani chwili spokoju.

Tylko wtedy, gdy czailiśmy się z Bartoszem, by złapać niespodziewanego gościa, szary kot nie przyszedł.

Czy coś wyczuł, czy coś mu się stało nie wiadomo. Nawet zrobiło się przykro taki genialny plan, a szary się nie pojawił. Następnego dnia także. I trzeciego również nie było.

Bartosz patrzył na mnie zdziwiony, a ja tylko wzruszałem ramionami. Co mogłem mu powiedzieć?

Może i dobrze, że kot tu już nie przychodzi? uśmiechnąłem się. Teraz cicho i spokojnie.

Chociaż, prawdę mówiąc, trochę kręciłem.

Bo wiecie… Tęskniłem za tym łobuzem. Tak, brzmi absurdalnie, ale tak właśnie było.

Bartosz przywykł do tego kociaka, do szczekania na niego, do frustracji.

A teraz? Nuda…

Po kilku dniach Bartosz zaczął prosić mnie wzrokiem, by zobaczyć, czy nie ma kota gdzieś w pobliżu.

Jak prosić? Podejdzie, patrzy na mnie, milczy, ale wszystko rozumiem.

Myślisz, że coś się stało naszemu szaremu rozbójnikowi? zapytałem zamyślony. Choć, z takim charakterem, łatwo wpaść w tarapaty. No dobrze, Bartosz, idziemy na drogę, poszukamy naszego szarego.

Otworzyłem furtkę, wyszedłem na drogę, stanąłem przy swoim volkswagenie i zacząłem rozglądać się wokół.

Bartosz wyszedł za mną, kręcił wielką kudłatą głową i węszył powietrze, licząc, że uchwyci znajomy i… znienawidzony zapach kota.

Ale było to trudne.

Woń gnoju z sąsiedniego gospodarstwa przykrywała inne zapachy.

Przeszedłem raz w jedną stronę ulicy, raz w drugą. Wróciłem do furtki, chciałem już zgonić Bartosza na podwórko.

Nie mogą przecież stać cały dzień w oczekiwaniu na kota, który przez ostatnie dwa tygodnie nie dawał im spokoju.

I już miałem zamknąć furtkę, gdy nagle zamarłem, patrząc w lewo.

Tuż obok działo się coś dziwnego. Wyraźnie słyszałem, jak ktoś rozpaczliwie miauczy, oraz wściekłe szczekanie.

Za chwilę na drogę wybiegł kot. Ten sam szary. Uciekał ile sił po zakurzonej ziemi, lekko kulejąc. Za nim gnał pies.

I to nie wiejski kundel, a z rodowodem. Doberman z miasta.

Szymon wiedział, czyj to pies. Każdego lata, czasem i zimą, rodzina przyjeżdża z miasta ze swoim psem. To właśnie ich doberman. Szary kot widocznie chciał zagrać miejskiej psinie na nerwach, tak jak robił z Bartoszem, ale tym razem plan się nie powiódł.

Doberman chyba go nawet ugryzł. Bo na szarej sierści zauważyłem dziwne brunatne plamy.

Patrząc na kota biegnącego w moją stronę, zapomniałem już o Bartoszu.

Ten, bez pytania o pozwolenie (czego nigdy wcześniej nie robił), ruszył na spotkanie.

Bartosz! Gdzie biegniesz?! krzyknąłem przerażony, wyobrażając sobie, co stanie się z kotem. Przecież rozbójnik już dostał od dobermana, a teraz miał dopaść go mój własny pies. Bartosz, stój!

Ale pies nie słuchał. Rozpędził się, szedł na wprost.

Kot zauważył to, stanął w miejscu, przerażony.

Chyba dotarło do niego, że beztroskie życie i kocie zdrowie wiszą teraz na włosku… Na szerszeńce wręcz.

I wiecie co się stało? No oczywiście. Tylko Szymon jeszcze nie był tego świadomy.

Bartosz zatrzymał się przy drżącym z strachu kocie, obwąchał go, a potem…

…z rykiem niedźwiedzia rzucił się na biegnącego za kotem dobermana.

Gonił go aż do końca ulicy. Dobrze, że doberman miał refleks jak na sportowca przystało, odwrócił się w sekundę, położył uszy po sobie.

Bo inaczej miałby poważny problem. Nie było w całej wiosce takiego psa, co by poradził sobie z Bartoszem.

Kot wykorzystał zamieszanie i zniknął z pola widzenia. Szymon patrzył na psa, więc nie zauważył, jak szary zniknął. Wieczorem, wyszedłem na podwórko, żeby nakarmić Bartosza i aż o mało nie opuściłem miskę. Kot tu był. Cały, żywy i… z oczami wypełnionymi wdzięcznością. Położył głowę na łapie Bartosza i coś tam sobie mruczał. Bartosz spojrzał na mnie tak, że aż wybuchnąłem śmiechem.

Przepraszam, panie, ale go uratowałem, to teraz muszę się nim opiekować do ostatnich dni wyczytałem w oczach psa.

I to nie była żart.

Bartosz naprawdę stał się osobistym ochroniarzem szarego kota.

Pozwolił mu nawet zjeść z własnej miski niesamowita szczodrość dla nieprzystępnego, wiecznie poważnego giganta. Ale ten szary jakoś skruszył jego serce. Już nie byli wrogami, teraz zostali najlepszymi przyjaciółmi.

I jeśli myślicie, że na tym ta historia się kończy, to się mylicie.

Szymon pojechał z kotem do miasta, by lekarz obejrzał ranę na jego łapie. Rana była poważna sama nie zagoiłaby się. Weterynarz musiał zaszyć kota. Po zabiegu szary oczywiście został u Szymona.

Szymon pilnował go, Bartosz nie odstępował na krok, a przecież jeszcze niedawno sam byłby gotów go zagryźć. Takie są losy.

Po pewnym czasie przy furtce pojawiła się śliczna młoda kobieta.

Bartosz chciał na nią zaszczekać, ale zorientował się, że tylko ją przestraszy, więc tylko lekko, niepewnie szczeknął. Szymon usłyszał, wybiegł z domu.

Dzień dobry… przywitałem się z nieznajomą. Pani do mnie?

Kobieta pytała, czy nie widziałem gdzieś jej szarego kota.

Może wszedł do pana na podwórko? Mam bardzo zuchwałego kota. Próbowałam go trzymać w domu, ale mój Tymek stale ucieka i włóczy się do wieczora. W mieście siedział w mieszkaniu, teraz jestem u mamy po udarze i kot jakby zwariował. Nie może się wyszaleć. Zawsze wracał, myłam go, karmiłam, ale od kilku dni go nie ma, nie wiem już, co myśleć.

Wie pani, chyba wiem, gdzie jest pani Tymek uśmiechnąłem się. Proszę wejść na podwórko. Proszę nie bać się psa, nikomu nie robi krzywdy.

Do psa? Po co?

Zaraz pani wszystko zobaczy.

Kobieta wahała się, lecz mój spojrzenie było przyjazne, więc zdecydowała się mi zaufać. Kiedy podeszła do Bartosza i zobaczyła, kto leży u jego boku, aż się zdziwiła.

Tymek! Jak ty się tu znalazłeś?! Co z tobą? przestraszyła się, widząc obandażowaną łapę i biodro. Potem spojrzała na Szymona to pana pies go ugryzł?

Nie, nie, skądże odpowiedziałem zmieszany. Wręcz przeciwnie, można powiedzieć, uratowaliśmy pani kota.

Przed kim?

Jeśli pani się nie spieszy, mogę opowiedzieć całą historię. Z pewnością panią zaciekawi.

Szymon wszystko opisał Oldze (bo szybko się poznali) i wywołał u niej mnóstwo śmiechu.

No coś takiego… Tymek przez cały czas uprzykrzał wam życie, a wy go uratowaliście.

Tacy już jesteśmy z Bartoszem dobre dusze, odparłem. Ale wie pani, pani kot wraca teraz do zdrowia fizycznie i psychicznie. Stał się milutki. I już w ogóle nie działa nam na nerwy.

On zawsze taki był… Chyba świeże wiejskie powietrze tak go rozochociło. Albo obraził się, że poświęcam mu mniej uwagi. Muszę opiekować się mamą, uczymy się znowu chodzić. To bardzo trudny, długi proces.

Proszę przychodzić, jeśli pani chce zaproponowałem nieśmiało. Z kotem.

Rozważę pana propozycję odpowiedziała kokieteryjnie Olga.

A za pół roku cała wieś bawiła się na weselu. Weselu Szymona i Olgi. I Tymek z Bartoszem także byli, rzecz jasna. Doberman też się pojawił, ten co Tymka ugryzł. Z początku patrzył krzywo na kota, ale po spotkaniu wzroku z Bartoszem udawał, że się pomylił. Ot, taka historia.

Rate article
Fajna Tajna
Zaciekli wrogowie