Przepis na szczęście
Cały blok obserwował, jak do dwupokojowego mieszkania na drugim piętrze przeprowadzali się nowi lokatorzy. Była to rodzina kierownika wydziału z pobliskiego zakładu w niewielkim, prowincjonalnym polskim miasteczku.
I po co im stare budownictwo? dopytywała swoje koleżanki emerytka Janina Pawłowska. Przy ich znajomościach to i z nowego bloku mogliby sobie mieszkanie załatwić.
Mamo, nie każdy patrzy tak jak ty! Po co im blok, jak tu przy pl. Kościuszki mamy porządną kamienicę? Wysokie sufity, duże pokoje, osobna łazienka, a korytarz taki, że tańczyć można. I loggia prawie jak trzeci pokój odpowiadała jej córka, trzydziestoletnia, wciąż niezamężna, Zosia z mocnym makijażem. Poza tym, od razu założyli im telefon. A w naszym bloku mamy trzy na dwanaście mieszkań!
Ty byś tylko przez telefon plotkowała syknęła matka. Sąsiadki już mają cię dosyć. Nawet nie próbuj do tych iść na kawę to poważni ludzie, zajęci.
Oj, mamo, przesadzasz, wcale nie tacy starzy poważni! Mają córkę, dziewięcioletnią Hanię prawie moją rówieśniczkę, no może trochę młodszą odparła Zosia i spojrzała na matkę z urazą.
Nowi sąsiedzi okazali się bardzo uprzejmi i sympatyczni. Iwona pracowała w bibliotece szkolnej, a Jan już miał dziesięć lat stażu w fabryce.
Całą tę wiedzę Zosia przekazywała, kiedy wieczorem siadała z matką i sąsiadkami przed blokiem na ławeczce.
Skąd ty to wszystko już wiesz? zaczepiały ją kobiety. Ty będziesz chyba na emeryturze prokuratorem!
Ano wpadam do nich zadzwonić. W przeciwieństwie do niektórych, pozwalają, a nie zamykają się na cztery spusty, jak wiedzą, że ja to mogę przez pół godziny z przyjaciółką o wszystkim i o niczym nawijać odpowiadała Zosia, rzucając wymowne spojrzenie.
W ten sposób Zosia zżyła się od razu z nowymi lokatorami i coraz częściej dzwoniła do znajomych, nie krępując się długo okupować słuchawkę. Czasem wpadała w nowej sukience, czasem w szlafroku domowym ewidentnie licząc na nawiązanie prawdziwej sąsiedzkiej przyjaźni.
Pewnego dnia zauważyła, że Jan demonstracyjnie zamknął drzwi do pokoju, gdy przyszła dzwonić i to nie był pojedynczy przypadek. Uśmiechała się do Iwony, dziękowała, zaglądała na kuchnię po rozmowie, ale gospodyni odpowiadała tylko kiwnięciem i prosiła, by zamykała za sobą drzwi.
Sama nie zamknę, mam ręce w mące pokazywała, a tu się zamek automatycznie zatrzaskuje francuski taki.
Oho, znowu coś pieczesz? Wiecznie u was pachnie świeżym ciastem! A ja to nie umiem nic piec mówiła Zosia z udawaną skromnością.
Tak, rano będą drożdżówki z serem na śniadanie. Ale piec rano nie mam kiedy, dlatego robię już teraz odpowiadała z uśmiechem Iwona, odwracając się z powrotem do ciasta.
Zofia krzywiła się i wychodziła z kwaśną miną, widząc, że za bardzo jej towarzystwem nie są zachwyceni.
Iwonka, wiem, że głupio ci odmówić zagadnął kiedyś Jan ale nasze połączenia są zajęte wieczorami przez tę osobę, a moi kumple z pracy nie mogą się do nas dodzwonić. Tak nie można.
No wiem Już tak śmiało przychodzi, siada z plotką, jakby mieszkała tu od zawsze pokiwała głową Iwona.
Jeszcze tego samego wieczoru Zosia, wystrojona i pełna wigoru, zasiadła na pufie w przedpokoju i zadzwoniła do koleżanki.
Zosiu, długo jeszcze? My czekamy na ważny telefon poprosiła po dziesięciu minutach Iwona.
Zosia porozumiewawczo się uśmiechnęła, odłożyła słuchawkę, ale wyjęła z torebki czekoladkę.
Tym razem przyszłam z czymś słodkim! Zróbmy sobie herbatę trzeba jakoś uczcić znajomość.
Ruszyła z czekoladą do kuchni.
Dziękuję, ale proszę schować. Hania zobaczy, a ona nie może słodyczy alergia. U nas z czekoladą to temat tabu! Proszę nie mieć żalu, herbaty też nie zrobimy.
Jakie tabu? Zosia spłonęła rumieńcem. Tak od serca przyszłam!
Ależ nie trzeba dziękować. I nie trzeba tyle do nas dzwonić. Wyjątek tylko, jak trzeba do lekarza, pogotowie albo straż pożarną. To święta sprawa nawet w nocy, bez skrupułów. Po prostu Janowi z pracy dzwonią, Hania odrabia lekcje, a my staramy się nie przeszkadzać.
Zosia schowała czekoladę z powrotem do torebki i wyszła z mieszkania, oburzona i zdezorientowana.
Wiesz, mamo, ona po prostu mi zazdrości. Widzi, że jestem młodsza, ładniejsza, no i może boi się, że Janowi wpadnę w oko. Chciałam po ludzku, a ona nawet herbaty nie zrobiła! żaliła się matce.
Głupotę gadasz, i tyle. Nie wpycha się obcych do cudzego domu. Nikt nie lubi, jak się ktoś panoszy. I nie wymyślaj o zazdrości, tylko poszukaj sobie chłopaka, postaw telefon, a sąsiadki same będą do ciebie przychodziły dzwonić! ucięła dyskusję Janina Pawłowska.
Ostatniej próby zbliżenia się do Iwony Zosia dokonała, gdy przyszła z notesem, by spisać przepis na drożdżówki z twarogiem.
Przyszłam z prośbą podyktuje mi pani przepis na drożdżówki? Może w końcu się nauczę piec
Spytaj mamę, ona na pewno zna mnóstwo przepisów! roześmiała się Iwona. Ja zawsze robię na oko, żadnych dokładnych miar nigdy nie mam, dłonie same wiedzą! Poza tym, naprawdę się spieszę! Tak że do mamy, do mamy!
Zosia aż poczerwieniała i wróciła do siebie. Wiedziała przecież, że jej matka trzyma gdzieś w kuchennej szafce starą poplamioną zeszytową biblię z przepisami, każda kartka zapisana maczkiem. Tam były receptury na sałatki, kotlety, galaretę rybną i oczywiście wszystko, co z drożdżowego i słodkiego.
Ale piec jej się za bardzo nie chciało, a mama od dawna już nie piekła, bo walczyła z nadwagą i nadciśnieniem.
Mimo wszystko Zosia wygrzebała zeszyt i bez wielkiego entuzjazmu przekartkowała zapiski, aż znalazła to, czego potrzebowała. Matka aż oczy wytrzeszczyła.
Ty co, naprawdę chcesz coś upiec? wykrztusiła Janina Pawłowska.
A co cię tak dziwi?
Może szykuje ci się coś z tym twoim Staszkiem? Myślałam, że się rozeszliście, jak z każdym twoim narzeczonym
No coś ty! Jeszcze sam będzie mnie prosił, żebyśmy do siebie wrócili!
No to nie zwlekaj, już dawno powinnaś zamąż wyjść. A co tam wertowałaś w zeszycie? Podpowiem ci, jak coś! dopytywała matka.
Nie trzeba, ledwo się za to zabieram, a ty już chcesz radą sypać odburknęła Zosia.
Kilka dni później, gdy Janina wróciła z wieczornego spaceru, aż ją zamurowało: po domu rozchodził się cudowny zapach pieczonego ciasta.
No popatrz, komu to się przyśniło, że znów w domu pachnie drożdżówkami? wykrzyknęła nie żebym coś podejrzewała, ale chyba się zakochałaś, córciu!
Cicho, sąsiedzi usłyszą! Lepiej chodź, próbuj jeszcze gorące! Zosia parsknęła śmiechem. To nie żadne ciasto, zwykłe tradycyjne drożdżówki z twarogiem.
Czajnik furczał na kuchence, filiżanki i imbryk już stały na kuchennym stole, a tu na śnieżnobiałej serwecie lśniły złociste drożdżówki, jak małe słońca.
No powiem ci, masz rękę! Są lepsze niż ja, jak piekłyśmy razem! pochwaliła matka. Myślałam, że i tych drożdżówek już nie pamiętasz, a tu proszę
Nie kadź mi tu, powiedz szczerze, czy dobre, czy tylko udajesz poparcie?
Ty chyba żartujesz! Sama próbuj, wierz mi, lepsze niż z cukierni odparła matka. Zosia natychmiast sobie przypomniała ojca. Jadalne mówił, co było w jego ustach najwyższą pochwałą.
No dobra. To niedługo zaproszę Staszka na herbatę i takie właśnie drożdżówki. Co myślisz, spodoba mu się?
Polubi, jak twojemu tacie zażartowała matka. Pewnie nawet bardziej! Piecz, zapraszaj, a ja akurat pójdę do sąsiadki obejrzeć Na dobre i na złe. W końcu, do rzeczy się zabrałaś. Samymi modnymi ciuchami i lokami facetów nie uwiedziesz!
Od tej pory Staszek coraz częściej odwiedzał Zosię. Sprzeczali się rzadziej, spędzali czas kuchni, a matka przywykła, że córka częściej pachnie drożdżami niż perfumami.
W końcu Zosia ogłosiła radośnie, że złożyli z Staszkiem dokumenty w urzędzie stanu cywilnego. Janina Pawłowska nie kryła łez wzruszenia nareszcie!
Zosia się zmieniła schudła, szykowała się do ślubu. Staszek z kolei zaglądał do piekarnika pytając:
Ty już nie pieczesz tych drożdżówek? Upieczesz na wesele?
Na tę domową uroczystość piekły trzy kobiety Zosia z mamą i ciotką Krysią. Przez dwa dni królowały w kuchni, choć gości miało być nie więcej niż dwadzieścia osób niemal sami krewni.
Zamieszkali razem w dużym pokoju trzypokojowego mieszkania. I cóż za postęp po roku w całym bloku założyli telefony. Zosia była dumna! Dzwoniła, ale teraz dużo krócej: Rita, kończę, ciasto mi rośnie, Staszek zaraz będzie z pracy. Pa!
Pędziła do kuchni, gdzie ciasto rosło jak poduszka. Była już w ciąży, za miesiąc miała iść na urlop macierzyński. Ale piec i gotować nie przestawała, żeby dogodzić mężowi. Sama też uwielbiała te polskie drożdżówki z twarogiem. Wersja domowa nie do podrobienia! A Staszek ją za to kochał coraz mocniej i za pyszności, i za czułość.



