Obcy w mieszkaniu
Zuzanna jako pierwsza przekręciła klucz w zamku i zatrzymała się w progu. Z głębi mieszkania dobiegały telewizyjne odgłosy, rozmowy w kuchni i obcy, tłustawy zapach. Za nią Jan prawie wypuścił z ręki walizkę z zaskoczenia.
Cicho szepnęła, wyciągając rękę. Ktoś tu jest.
Na ich ukochanej szarej sofie siedziało dwóch obcych ludzi. Grubszy mężczyzna w dresie zmieniał kanały pilotem, obok kobieta o szerokich biodrach robiła na drutach. Na ławie leżały filiżanki, talerzyki z okruszkami, jakieś lekarstwa.
Przepraszam, kim państwo są? Zuzannie drżał głos.
Obcy odwrócili się bez cienia zakłopotania.
A, już jesteście kobieta nawet nie odłożyła robótki. Jesteśmy rodziną Teresy. Dała nam klucze, mówiła, że właścicieli nie ma.
Jan zbladł.
Jaka Teresa?
Wasza mama w końcu podniósł się mężczyzna. Przyjechaliśmy z Lublina z synem na badania. Zaprosiła nas tutaj, mówiła, że wam to nie przeszkadza.
Zuzanna powoli weszła do kuchni. Przy kuchence stał chłopak na oko piętnastoletni i smażył parówki. Lodówka była wypchana cudzą żywnością. Na stole piętrzyły się brudne naczynia.
A ty kto? wyszeptała.
Michał odwrócił się chłopak. A co, nie można zjeść? Babcia Teresa pozwoliła.
Kobieta wróciła do przedpokoju, gdzie Jan już wybierał numer telefonu.
Mamo, co ty robisz? jego głos był niski i ostry.
W słuchawce rozległ się radosny głos teściowej:
Janeczku, wróciliście? Jak tam urlop? Słuchaj, dałam klucze Zosi, ona z Wiktorem i Michałem przyjechali do Warszawy, bo Michała trzeba do lekarza prowadzić. Pomyślałam, że was i tak nie ma, mieszkanie stoi puste, szkoda żeby się zmarnowało. Oni są na tydzień.
Mamo, pytałaś nas o zgodę?
A po co pytać? Przecież was nie było! Powiedz im tylko, że ja tu pilnuję, żeby po sobie posprzątali!
Zuzanna wyrwała mu telefon:
Pani Tereso, poważnie? Wpuściła pani obcych ludzi do naszego mieszkania?
Jakich obcych? Zosia to moja kuzynka! W dzieciństwie w jednym łóżku spałyśmy.
Co mnie to obchodzi? To nasze mieszkanie!
Zuzanko, nie denerwuj się. Przecież rodzina! Spokojni są, nic nie zniszczą. Michał jest chory, trzeba było pomóc. Ty taka chciwa jesteś?
Jan ponownie przejął telefon:
Mamo, masz godzinę. Przyjedziesz i ich zabierzesz.
Ale jak to? Przecież mają być do czwartku! Michał ma badania, konsultacje. Chcieli hotel wynająć, ja pomogłam im zaoszczędzić.
Godzina, mamo. Albo dzwonię na policję.
Rozłączył się. Zuzanna osunęła się na puf w przedpokoju, przysłaniając twarz dłońmi. Walizki stały nierozpakowane, od telewizora dobiegał jazgot, na kuchence syczały parówki. Dwie godziny temu w samolocie cieszyli się na powrót do domu. Teraz siedziała w swoim mieszkaniu jak nieproszony gość.
Zaraz się zbierzemy kobieta z salonu stanęła w korytarzu, skruszona. Teresa myślała, że nie będziecie źli. Sami byśmy zapytali, ale nie mieliśmy numeru. Teresa załatwiła, uznaliśmy, że skoro to tydzień, to nic takiego
Jan milczał przy oknie. Zuzanna widziała spięte plecy męża. Tak stał zawsze, gdy złościł się na matkę, ale nie wiedział, jak to powiedzieć.
Gdzie jest nasz kot? nagle przypomniała sobie.
Jaki kot?
Rudy, Karmelek. Zostawiliśmy klucz tylko przez niego.
Nie wiem, chyba go nie widziałam Zosia rozłożyła ręce.
Zuzanna rzuciła się do sypialni. Kot wybiegł spod łóżka, skulony w kącie. Miał wielkie oczy, futro nastroszone. Gdy próbowała go wziąć, syknął i położył uszy.
Karmelku, to ja, cichutko już dobrze.
Kot patrzył nieufnie. Pachniało obco. Na jej szafce stały jakieś leki. Pościel była założona inaczej niż zawsze. Na podłodze ktoś zostawił kapcie.
Jan przysiadł obok:
Przepraszam.
Za co? Nie wiedziałeś o niczym.
Za mamę. Że taka jest.
Ona myśli, że ma rację.
Ona zawsze robi po swojemu wycedził Jan. Pamiętasz, jak tu zamieszkaliśmy i przychodziła bez uprzedzenia? Myślałem, że jej wytłumaczyłem. A jednak nie.
Z przedpokoju rozległy się głosy. Przyjechała teściowa. Zuzanna wstała, poprawiła włosy i wyszła.
Teresa stała na progu z oburzoną miną:
Janek, ty zwariowałeś?
Mama, siadaj do kuchni.
Jakie siadaj? Zosia, Wiktor, zbieramy się, wyganiacie nas przecież! Jedziemy do mnie.
Mama, proszę, siadaj.
Teresa zamilkła na widok gniewnej twarzy syna. Przeszli we troje do kuchni. Michał kończył jeść parówki.
Mama Jan usiadł naprzeciw. Jak mogłaś decydować za nas i wpuszczać tu ludzi bez pytania?
Chciałam tylko pomóc! Zosia dzwoniła, płakała, Michała boli, jadą do Warszawy, a nocować nie mają gdzie. Was i tak nie było, mieszkanie puste
Mamo, to nie twoje mieszkanie.
Jak to nie moje? Mam klucze!
Klucze, żeby nakarmić kota. Nie na pensjonat.
Janku, co ty opowiadasz? To przecież rodzina! Zosię znam całe życie. Wiktor porządny człowiek. Michał chory, pomoc potrzebna. A wy ich na ulicę?
Zuzanna nalała sobie wody. Ręce jej drżały.
Pani Tereso, nie zapytała pani nas o zgodę.
Po co? Nie było was.
To właśnie wtedy trzeba pytać! Jan podniósł głos. Telefony mamy. Działa sieć. Wystarczył jeden SMS, telefon. Rozmawialibyśmy.
I co byście zrobili? Pewnie odmówili
Może tak, a może zgodzili się na dwa dni, z zasadami. Ale byśmy wiedzieli. To się nazywa szacunek.
Teresa poderwała się:
Tak jest zawsze. Robię, co mogę, a tu pretensje! Zosia, zbieraj się, jedziemy do mnie.
Mamo, masz kawalerkę. Sama mówiłaś, że się nie pomieścicie we czworo.
Pomieścimy, byle dalej od niewdzięcznych.
Zuzanna odstawiła szklankę:
Pani Tereso, proszę przestać. Wie pani, że zrobiła źle. Inaczej zadzwoniłaby pani przed faktem.
Teściowa zamarła.
Wiedziała pani, że będziemy przeciwni. Dlatego zmusiła nas pani do sytuacji przyjeżdżamy, a tu już ktoś mieszka. Pewnie, że nie wygodzimy ich na chodnik. O to chodziło?
Chciałam dobrze
Nie. Chciała pani po swojemu. To różnica.
Po raz pierwszy Teresa wyglądała na zagubioną.
Zosia płakała. Michała bolało Szkoda mi ich było.
To zrozumiałe powiedział Jan. Ale nie mogłaś rozporządzać nie swoim. Mamo, wyobraź sobie, że ja podczas twojej nieobecności wpuściłbym ci do mieszkania swoich znajomych, żeby pomieszkali. Bez pytania. Co byś poczuła?
Wściekłabym się.
No właśnie.
Zapadła cisza. Z salonu dobiegły odgłosy pakowania. Zosia cicho łkała, Wiktor coś upychał do torby. Michał stanął w drzwiach kuchni i patrzył w ziemię.
Przepraszam wymamrotał Myślałem, że można. Babcia powiedziała.
Zuzanna spojrzała na niego. Zwykły, przestraszony chłopak. To nie jego wina, że dorośli nie umieli się dogadać.
Ty nie jesteś winny powiedziała cicho. Idź pomóż rodzicom.
Teresa wyjęła chusteczkę, otarła łzy:
Naprawdę chciałam dobrze. Nawet nie przyszło mi do głowy spytać. Jesteście moimi dziećmi, zawsze dla was wszystko robiłam, myślałam i wy też tak
Mamo, nie jesteśmy dziećmi. Mamy prawie trzydzieści lat. Mamy swoje życie.
Rozumiem teściowa wstała. Chcecie klucze z powrotem?
Oczywiście kiwnęła Zuzanna. Przepraszam, ale zaufanie zostało nadszarpnięte.
Rozumiem.
Rodzina Zosi spakowała się szybko. Przepraszali długo i niezgrabnie przed wyjściem. Teresa zabrała ich do siebie, choć powtarzała, że “jakoś się pomieszczą”. Jan zamknął za nimi drzwi i oparł się plecami o futrynę.
Krążyli bez słowa po mieszkaniu. Trzeba zmienić pościel. Przejrzeć lodówkę. Wszędzie ślady obcych przestawione meble, brudne talerze, cudze ubrania. Karmelek nadal siedział pod łóżkiem, wystraszony, nie chciał wyjść.
Myślisz, że zrozumiała? Zuzanna uchyliła okno w kuchni.
Nie wiem. Chciałbym wierzyć.
A jak nie?
To będziemy twardsi. Więcej jej kluczy nie dam.
Zuzanna objęła męża. Trwali tak w środku cudzego rozgardiaszu w swoim własnym mieszkaniu.
Wiesz, co jest najsmutniejsze? Zuzanna odsunęła się. Kot. To dla niego zostawiliśmy klucz. A on siedział tu głodny, przerażony w tym całym cyrku.
Ciekawe, czy mu dali jeść?
Chyba nie. Miska pusta, woda brudna. Wygląda na zapomnianego.
Jan przykucnął przy łóżku:
Karmelku, przepraszam, stary. Więcej mama kluczy nie dostanie.
Kot nieufnie wyściubił pyszczek, w końcu wyszedł, otarł się o nogi Jana. Zuzanna przyniosła mu jedzenie, rzucił się na miskę, jakby od dni nic nie jadł.
Zaczęli sprzątać. Wyrzucili obce jedzenie z lodówki, zmienili pościel, zmyli naczynia. Karmelek najadł się i zasnął zwinięty w kłębek na parapecie. Powoli mieszkanie odzyskiwało dawny spokój.
Wieczorem zadzwoniła Teresa. Głos miała cichy, skruszony:
Janek, przemyślałam to Miałeś rację. Wybacz.
Dziękuję, mamo.
Zuzanna jeszcze się na mnie gniewa?
Jan spojrzał na żonę, ta pokiwała głową:
Gniewa się. Ale z czasem wybaczy.
Po rozmowie długo siedzieli przy kuchennym stole, pili herbatę i milczeli. Za oknem zapadał granatowy zmierzch. Mieszkanie, posprzątane i ciche, znów było ich. Wakacje skończyły się nagle i nieznośnie dziwnie.



