Polska Panna Młoda – Opowieść o Miłości, Tradycjach i Nowym Początku

Panna młoda

Wiera spojrzała, jak jej narzeczony ze złością na twarzy trzepnął Marcysię, która przez przypadek zabrudziła mu śnieżnobiałe adidasy łapą. Pysia chciała stanąć w obronie koleżanki, ale dostała porządnie po pysku ciężką, skórzaną smyczą. Teraz już rozumiała, dlaczego jej koty i psy nie cierpią Maksymiliana.

Zamykając się w myślach, Wiera siedziała przy oknie. Zimowy wieczór właśnie się zaczynał, w oknach sąsiadów paliły się światła, a jej było kompletnie obojętne jasno czy ciemno. Miała o czym rozmyślać.

Niby miała wszystko: mieszkanie, dobrą pracę, żyła jak człowiek, ale z uporem godnym lepszej sprawy nie miała szczęścia w miłości. Zegar biologiczny cykał nieubłaganie, wszystkie koleżanki ze szkoły już dawno zaobrączkowane i dzieciatki, a ona nadal sama.

Czyżby jej, dziewczynie z głową na karku i aparycją, było pisane skończyć jako stara panna? No czemu niby jest gorsza od innych? myślała, patrząc na swoje kudłate pocieszycielki przytulające się do niej z każdej strony.

Rodziców straciła wcześnie odeszli jeden po drugim i wychowywała ją babcia. Wiera zdecydowała wtedy, że na pewno zostanie lekarzem. Po maturze złożyła papiery na Akademię Medyczną, ale nie dostała się, więc wybrała studium zaopatrzenia medycznego i od tamtej pory pracowała dniami i nocami jako ratowniczka w pogotowiu.

Babcia, oddana jej całym sercem, już dawno przeprowadziła się do domku na obrzeżach miasta, żeby “ukochana wnuczka mogła sobie ułożyć życie na swoim”. Tyle że jakoś kompletnie nie wychodziło.

Jako dziecko marzyła o psie lub kocie, ale mama miała alergię. Wyszło to na jaw, kiedy Wiera przyniosła ze szkoły znalezionego, szczęśliwego jak nigdy, puchatego kociaka tego samego dnia mama zaczęła dusić się astmą. Przeniosła więc Pralinka do babci.

Gdy rodziców zabrakło, pojawił się kolejny kot Tygrysek, uratowany z okolic śmietnika. O psie marzyła jeszcze bardziej, ale babcia była nieprzejednana “za duża odpowiedzialność”.

Teraz, zamiast partnera na życie, Wiera miała pięciu wiernych futrzastych towarzyszy, bez których życie byłoby szarzyzną. Pysia, kundelka z rudą łatką, znalazła się w rodzinie jako przemarznięty szczeniak, próbujący dostać się do ciepłego sklepu spożywczego. Wiera zapakowała ją do torby i szybciutko zabrała do domu.

Pysia była energiczna jak rakieta, dlatego tak szybko przylgnęła do niej ksywka. Błyskawicznie zaprzyjaźniła się z Tygryskiem.

Ale nie na tym się skończyło znalazła się też Marcysia, jamniczka. Jej właściciele przeprowadzali się do nowego mieszkania i uznali, że “nie pasuje do nowej podłogi i mebli”. Zostawili ją na zimę pod blokiem. Znalazła się u Wiery, która długo leczyła jej przemarznięte uszka. Marcysia okazała się domową i rozsądną sunią uosobienie spokoju i gospodarności.

Marcysia co jakiś czas łapała zapalenie uszu, więc na zimowe spacery Wiera zakładała jej ciepłą wełnianą chustkę. Jamniczka nosiła ją z zadowoleniem, przypominając komiczną, zdeterminowaną babcię drepczącą przez śniegi.

Kotka Nikolina pojawiła się sama wczesnym rankiem, kiedy Wiera szła na nocny dyżur. Prosto pod nogi stoczył jej się śnieżno-lodowy kłębek, który okazał się zziębniętą i wygłodniałą kotką. Wpuściła ją na klatkę, przytuliła do grzejnika, poczęstowała kanapką z żółtym serem i kiełbasą, a na ścianie zostawiła karteczkę: “Proszę nie wyrzucać kotki! Po dyżurze ją zabiorę. Wiera z mieszkania 15”.

Nazwę Nikolina nadała jej z marszu na cześć swojego drugiego imienia, na które kotka nieoczekiwanie zareagowała. Nikolina, duża i dystyngowana kotka z charakterem, od razu ustawiła całe towarzystwo pod jednym swoim szyldem. Wprowadziła porządek, regularnie dyżurowała jako domowy ochroniarz, a w nocy kontrolowała swoje rewiry.

Potem pojawił się jeszcze malutki, nieśmiały kocurek Miś, uratowany przez Wierę w parku przed wronami. Nawet jako dorosły kot pozostał cichy i zgodny nigdy nie wdawał się w żadne awantury, zawsze pokornie znosił towarzystwo innych.

Wszyscy dwa psy i trzy koty trzymali się razem i bardzo starali nie sprawiać Wierze kłopotów. Kochała swoje futra nad życie, choć wiedziała dobrze, że nie wszystkim potencjalnym narzeczonym takie zoo przypadnie do gustu. Babcia stale wzdychała i ostrzegała ją o tym:

Weroniko, kochanie, po co ci tyle tych zwierzaków? No, mieszkanie spore, ale nie każdy facet to zrozumie i polubi. Dziś młodzi mają swój styl, nie będą chcieli dodatkowych obowiązków.

To nie będzie mój facet i już, babciu.

I tak to wyglądało. Z Arturem spotykała się pół roku, odkąd zaczęła pracę w pogotowiu, ale chłopak nie znosił zwierząt w domu. Po rozstaniu Wiera nie rozpaczała zbyt długo.

Potem przyszedł Maksymilian. Przystojny, wesoły, champion województwa w pływaniu, dużo potrafił, a czasem nawet wyprowadzał Pysię i Marcysię na spacer. Było już blisko ślubu, ale zwierzaki zaczęły go omijać szerokim łukiem. Pysia prychała, Marcysia od razu chowała się za Wierą i oszczekiwała, koty nawet nie próbowały się do niego zbliżać, a Nikolina warczała, jeśli chciał ją dotknąć.

Pewnego dnia, gdy Wiera gotowała obiad i przypadkiem wyszła na balkon, zobaczyła, jak Maks z wykrzywioną gębą grzmotnął Marcysię, bo ta niechcący pobrudziła mu nowe buty. Pysia rzuciła się jej bronić, ale też dostała smyczą.

Wystarczyło. Wybiegła na dwór, zabrała mu smycze i sama przywaliła mu po rękach.

Weronika, co ty robisz?! To boli!

Wtedy zrozumiała, czemu zwierzaki go nie znosiły.

Serio? A im nie bolało? Jak możesz bić moje zwierzaki?! Może mnie też zaczniesz?

No co, lekko, żeby nie łaziły po nogach.

Wynoś się i nie wracaj więcej!

Och, i dobrze wyśmiał się Maks złowieszczo Po co mi mieszkać w takim zoo? Tyle darmozjadów!

Wiera bardzo przeżywała to rozczarowanie, długo w głowie brzmiały jej jego złe słowa. Przywykła myśleć, że Maksymilian to jej los, a jednak nie dostrzegła na czas, co kryło się za jego fałszywym uśmiechem.

Po roku prawie już pogodziła się z samotnością i właśnie wtedy zakochała się na serio. Tak, że każdy dzień bez niego wydawał się wiecznością.

Poznali się przypadkiem. Aleksander Jakubowski, chirurg ortopeda, miał nocny dyżur, kiedy przywieziono rannego w wypadku pacjenta. Kiedy Wiera spotkała jego spojrzenie, poczuła jakby rażenie prądem. Nie wierzyła w miłość od pierwszego wejrzenia myślała, to tylko w harlequinach a tu proszę, spotkało ją naprawdę.

Aleksander, trochę wykorzystując służbowe kontakty, zdobył jej numer i zadzwonił następnego dnia. Zaczęli się spotykać.

Po zachowaniu faceta czuć było, że traktuje sprawę poważnie. Weronika cieszyła się i bała a jeśli znowu się nie uda? Tym razem postanowiła ukryć przed Sashą swoją “arkę Noego”. Wyjdą za mąż, to powie prawdę. Co ma być, to będzie.

Minęło pół roku. Sasha przedstawił ją siostrze, odwiedzili rodziców na Lubelszczyźnie, ona pokazała go babci. Wiera bywała w jego kawalerce nieraz, ale Sashy do siebie ściągała rozmaitymi wymówkami; “przyjechała rodzina”, “wszyscy chorujemy na grypę” i tak w kółko. To już zaczynało śmierdzieć. Czas się zdecydować wyznać wszystko, albo brnąć w ściemę.

I zebrała się na odwagę. Wszystkich swoich futrzaków na kilka dni przeprowadziła z całym dobytkiem do babci. Pysia i Marcysia już bywały, koty babcia uwielbiała, więc o zwierzaki się nie martwiła. Babci jednak nie bardzo podobało się to ukrywanie:

Weronika, tak nie można. Aleksander to bardzo porządny człowiek, a ty zaczynasz od kłamstwa.

Babciu, proszę, ja go kocham, ale co, jeśli przez te zwierzęta mnie zostawi? A przecież bez nich też żyć nie umiem, sama wiesz.

No dobrze, tylko codziennie przychodź, jak nie masz dyżuru. Oj, wnuczko, nie skończy się to dobrze.

Każdego dnia Weronika tęskniła za bandą swoich futrzaków. Podejrzenia Aleksandra się rozwiały i oświadczył się jej, wręczając pierścionek z ametystem w kształcie serca.

Tylko ja, wiesz, za posagiem nie stoję śmiała się szczęśliwa Wiera.

Złożyli dokumenty, przygotowania do wesela ruszyły na pełnych obrotach, a ona z Sashą ledwie się wyrabiali z załatwianiem wszystkiego. Po jednym męczącym dyżurze zadzwoniła do babci, że wpadnie wieczorem przedtem musiała jeszcze znaleźć suknię ślubną, wstąpić do restauracji dograć menu i odwiedzić jubilera z Sashą.

Zmęczeni narzeczeni dotarli do mieszkania dopiero po południu. Liczyli gości, kawałek tortu, herbata i gotowe. Pośpiech, bo Sasha miał następnego dnia dyżur i chciał się wyspać.

Sasha wyrzucając śmieci, zauważył, że z kubła wyleciały opakowania po kociej i psiej karmie.

Skąd to?

A tam, Sashu, potem ci powiem…

Przerzuciła rozmowę na inny temat.

Tymczasem babcia wyszła z Pysią i Marcysią na podwórko i patrzyła, jak biegają po świeżym śniegu. Przyszła listonoszka z emeryturą. W pośpiechu babcia weszła z nią do domu. Listonoszka nie domknęła furtki i drzwi. Nikolina, Tygrysek i Miś wymknęli się na dwór. Pralinek został w domu. Psy i koty zebrały się na krótki naradzie, po czym błyskawicznie ruszyły w kierunku mieszkania Wiery. Pysia miała fenomenalną pamięć, więc prowadziła całą bandę. Marcysia pogubiła gdzieś chustę, co wywołało uśmiechy przechodniów.

Aleksander usłyszał drapanie i miauczenie pod drzwiami. Kiedy je otworzył, wkroczyła pewnie do przedpokoju jamniczka w chustce, potem reszta psy, koty, wszyscy oblepieni śniegiem, radośni jak dzieci na pierwszej komunii.

O rany, co to za ekipa?

Wiera wybiegła do przedpokoju, schowała twarz w dłoniach, usiadła na ławce do butów i bezgłośnie się rozpłakała ze wstydu.

To twoje? Wszystkie?

Tak… Byli u babci…

Pysia i Marcysia, przekonane, że mężczyzna jest winny łez swojej pani, natychmiast zaczęły szczekać, a Nikolina syczeć jak parowóz.

A mówiłaś, że nie masz posagu…

Aleksander założył kurtkę, wyszedł i odjechał samochodem. Wiera zadzwoniła do babci, nie chcąc jej martwić.

I już nie będzie ślubu, tak mi trzeba myślała, tuląc przytulające się zwierzątka. Nie miała zamiaru dzwonić i tłumaczyć, po co wszystko już stracone. Czuła się podle z powodu kłamstwa i rozpaczy. Twarz jej spuchła od łez.

Po kilku godzinach zadzwonił dzwonek. Na progu stał Aleksander z siatkami luksusowej karmy dla kotów i psów. Uśmiechnął się, wstawił zakupy i wyszedł.

Nie zamykaj, zaraz wracam.

Po chwili wrócił, prowadząc na smyczy jamniczkę w czerwonym kombinezonie.

To jest moja sunia Nika. A to Marcysia. Były u Swietłany powiedział, wyjmując spod kurtki rudą kotkę Przyjmiecie nas do zespołu?

Minęły lata. Weronika i Aleksander często wspominają tę historię i śmieją się z niej. Kto wie gdyby nie to “przyzwoite wiano”, może nigdy nie zostaliby rodziną na dobre i na złe?

Rate article
Fajna Tajna
Polska Panna Młoda – Opowieść o Miłości, Tradycjach i Nowym Początku