„Uciekajcie stąd, uciekajcie stąd, na pewno czai się tu coś złego…” — powiedział ksiądz z wyraźnym niepokojem, po czym wstał i nas opuścił…

Dawno, dawno temu, na początku naszego wspólnego życia, razem z żoną zaciągnęliśmy kredyt hipoteczny na ładne mieszkanie w nowym, pachnącym jeszcze świeżością osiedlu na obrzeżach Krakowa. Cała okolica była wtedy w trakcie wykańczania i codziennie słychać było stuk młotków i gwar robotników. Musicie poświęcić mieszkanie! Przecież nikt tu jeszcze nie mieszkał, a błogosławieństwa Bożego nie można lekceważyć, zaczęła od razu powtarzać moja babcia Janina. Tak, zgadza się. Nie powinniście ryzykować jakiegoś nieszczęścia. W nowym domu potrzebna jest szczęśliwość, radość i dostatek, przytaknęła mama, podkręcając atmosferę.

Chociaż z początku podchodziliśmy do tego sceptycznie, presja rodziny wygrała i zdecydowaliśmy się na odprawienie poświęcenia mieszkania.

To konieczność, stwierdziła babcia z przekonaniem. Przyszedł ustalony dzień, a o umówionej godzinie zadzwonił dzwonek do drzwi. W progu stanął ksiądz z siwym kosmykiem włosów na głowie i długą brodą. Na szyi miał wielki, ciężki krzyż, a w rękach trzymał kropidło i wysłużoną torbę. Rozdał nam wszystkim świece i po chwili zaczął objaśniać zasady ceremonii.

Moi drodzy, przemówił z powagą duchownego, zapalamy świece i idziemy za mną. Posłusznie stanęliśmy za księdzem, spodziewając się podniosłej atmosfery i świętego rytuału. Ku naszemu zdziwieniu, kiedy tata próbował zapalić swoją świecę, ta stawiała opór do granic możliwości. Iskrzyła, dymiła i mimo naszych usilnych prób zupełnie nie chciała się zapalić. Po kilku nieudanych próbach ksiądz szybko zebrał swoje rzeczy i energicznie spakował je do torby.

Uciekajcie stąd, uciekajcie, coś tu musi być nie tak, powiedział skonsternowanym głosem. Jego ton był pełen niepokoju i naglił nas do opuszczenia mieszkania. Chwycił torbę i niemal wybiegł, zostawiając nas oszołomionych i zdezorientowanych w nowym lokum.

Dziwny ksiądz i jeszcze dziwniejsza świeca, podsumowała moja żona Bogna, zauważając, że świeca księdza pali się już teraz bez najmniejszych problemów.

Może po prostu miał zły dzień i dlatego ceremonia się nie udała, zażartowała mama, próbując rozładować napięcie.

Dobrze gada, a na koniec ucieka. Pewnie tam, gdzie ma pójść, nie ma internetu, zastanawiałem się, doszukując się choćby odrobiny humoru w tej całej absurdalnej sytuacji. Ale dokąd my mamy uciekać? Przecież jesteśmy już przywiązani do tego miejsca na piętnaście lat rat kredytowych i rachunków, dodałem z krzywym uśmiechem.

No dobrze, zostajemy tutaj, czy może szukamy innego księdza? Babcia Janina wróciła do sedna sprawy, przypominając nam, że nadal nie rozwiązaliśmy tej niespodziewanej sytuacji.

Rate article
Fajna Tajna
„Uciekajcie stąd, uciekajcie stąd, na pewno czai się tu coś złego…” — powiedział ksiądz z wyraźnym niepokojem, po czym wstał i nas opuścił…