NARZECZONA

NARZECZONA

Weronika zobaczyła, jak jej narzeczony z wykrzywioną ze złości twarzą uderzył Marusię, która przypadkiem ubrudziła jego białe adidasy błotnistą łapą. Pchełka chciała stanąć w obronie małej, ale dostała ciężką skórzaną smyczą po pysku. Teraz już rozumiała, dlaczego jej koty i psy tak nie lubią Maksymiliana.

Weronika, pogrążona w zamyśleniu, siedziała przy oknie. Zimowy wieczór był już za oknem, w oknach sąsiednich mieszkań rozbłysły światła, ale jej zupełnie nie obchodziło, czy jest jasno czy ciemno. Miała nad czym rozmyślać.

Wydawało się, że ma wszystko: mieszkanie w Warszawie, dobrą pracę i całkiem niezłe życie, ale w sferze uczuć uparcie jej się nie układało. Czas nieubłaganie płynął, wszystkie jej koleżanki z klasy dawno pozakładały rodziny, wychowywały dzieci, a ona wciąż sama.

Czy naprawdę jej, niegłupiej i sympatycznej dziewczynie, pisane jest zostać starą panną? Czym ja się różnię od innych? myślała Weronika, spoglądając na tulące się do niej ze wszystkich stron futrzaste przyjaciółki.

Rodzice Weroniki odeszli z tego świata wcześnie, jedno po drugim. Odtąd mieszkała u babci, postanawiając, że zostanie lekarzem. Po maturze złożyła papiery na Warszawski Uniwersytet Medyczny, lecz nie dostała się tam z powodu dużej konkurencji. Wybrała więc policealne medyczne studium i teraz pracowała jako ratowniczka medyczna na pogotowiu, często na całodobowych dyżurach.

Babcia, która była w nią zapatrzona jak w obrazek, przeniosła się dawno do domku na przedmieściach, żeby jej ukochana wnuczka mogła sobie ułożyć życie osobiste, lecz mimo to nie szło.

Jako dziecko Weronika marzyła o kocie i psie, ale mama miała alergię na sierść. Dowiedziały się o tym, kiedy Weronika przyniosła do domu bezdomnego kociaka wtedy mamę złapał silny atak astmy. Pralinka musiała zamieszkać u babci.

Kiedy rodziców zabrakło, dołączył jeszcze kocurek Tadzik, znaleziony pod śmietnikiem. Weronika bardzo pragnęła też psa, lecz babcia obawiała się takiej odpowiedzialności.

Teraz zamiast partnera życiowego miała pięciu wiernych, kochanych przyjaciół, bez których ciężko byłoby jej przetrwać. Kundelka Pchełka znalazła w zimie, trzęsącą się z zimna przy sklepie spożywczym.

Maleństwo usiłowało wbiec do ciepłego sklepu, ale ochroniarz przepędzał ją bez litości. Weronika wpakowała zmarzniętą suczkę do torby i szybko zabrała ją do domu.

Pchełka była bystra i energiczna jak rakieta, dlatego od razu zyskała swoje imię. Natychmiast zaprzyjaźniła się z Tadzikiem.

Na tym jednak nie koniec wkrótce do domu dołączyła jamniczka Marusia. Jej poprzedni właściciele z sąsiedztwa, przeprowadzając się do nowego mieszkania, postanowili, że nie zabiorą psa by nie zniszczył nowej podłogi i mebli. Zostawili biedaczkę w styczniu na podwórku i wyjechali.

Koślawa, mądra jamniczka przez tydzień błąkała się, płacząc i próbując dostać się do klatki, aż Weronika dowiedziała się o jej losie od innych właścicieli psów.

Zabrała Marusię do swojego mieszkania, leczyła jej odmrożone uszy. Była to idealna domowa sunia spokojna, zrównoważona i gospodarna, jak rozsądna pani domu.

Marusi raz po raz doskwierały uszy, więc podczas zimowych spacerów Weronika zakładała jej ciepłą chustę. Jamniczka niewiele miała przeciwko temu i z dumą spacerowała, wyglądając jak mała, sroga staruszka, co wywoływało uśmiech u przechodniów.

Kotka Klementyna pojawiła się sama. O świcie, pędząc na dyżur, Weronika usłyszała pod drzwiami klatki przeraźliwe miauczenie okazało się, że to kłębek futra, wyziębiona na kość, głodna kotka.

Weronika wpuściła ją do klatki schodowej, pod gorący kaloryfer, i zostawiła dwa tosty z serem i szynką. Przykleiła karteczkę na drzwiach: Bardzo proszę nie wyrzucać kotki! Po dyżurze zabiorę do siebie, jeśli nabrudzi posprzątam. Weronika z miesz. 15.

W domu od razu nazwała nową lokatorkę Klementyną kotka nieoczekiwanie zareagowała na to imię. Klementyna dostojna i ogromna, z zachowaną mimo tułaczki godnością, szybko się zadomowiła i została szefową całego towarzystwa.

Cała drużyna bez sprzeciwów słuchała rozumnej i wyładniałej dzięki domowej kuchni Klementyny. Kotka wprowadziła własne zasady porządku, których wymagała od wszystkich. Nawet nocami, jako puchaty dozorca, robiła kilka obchodów po domu, sprawdzając, czy wszystko jest w porządku.

Ostatni dołączył cichy i łagodny kociak Miś, którego Weronika znalazła w parku. Małego prawie zadziobały wrony. Nawet gdy dorósł, pozostał spokojny i zgodny, nigdy nie wdawał się w kłótnie. Cała piątka dawnych bezdomniaków trzymała się razem, starając się nie sprawiać Weronice przykrości.

Weronika kochała swoje ogoniaste towarzystwo, choć wiedziała, że nie każdemu kawalerowi spodoba się taki skład w domu. Babcia zresztą bez przerwy ją ostrzegała:

Ojej, Werciu, po co ci tyle tego dwie suki i trzy koty! Dobrze, masz duże mieszkanie, ale nie każdemu taki zespół przypadnie do gustu. Młodzi dzisiaj jacyś wyniośli nie wszyscy, jak ty, kochają zwierzęta, a tylko kłopotów się boją.

To znaczy, babciu, że nie jest mi pisany i nie jest mi potrzebny.

Tak się sprawdziło. Z Piotrem Weronika poznała się na początku pracy, spotykała się z nim pół roku. Szybko się okazało, że nie znosi zwierząt. Po rozstaniu wcale za nim nie tęskniła.

Potem w jej życiu pojawił się Maksymilian przystojny, wesoły chłopak, mistrz Mazowsza w pływaniu. Maks potrafił się dobrze zaprezentować, uroczo adorował i czasem pomagał, wyprowadzając Pchełkę i Marusię. Wszystko szło ku narzeczeństwu.

Dziwnym trafem zwierzaki zaczęły go unikać. Pchełka warczała na niego, Marusia chowała się za Weronikię i szczekała, koty trzymały dystans, a Klementyna syczała, nie pozwalając się dotknąć.

Pewnego dnia, kiedy Weronika gotowała obiad, wyszła na balkon i zobaczyła, jak Maksymilian, z wykrzywioną twarzą od gniewu, bije Marusię za to, że przypadkiem pobrudziła jego but swoim łapą. Pchełka chciała stanąć w jej obronie, ale dostała smyczą po pysku.

Weronika wybiegła na podwórko, wyrwała smycze udręczonemu Maksowi i bez słowa uderzyła go po rękach.

Wera, zwariowałaś? To boli!

Teraz już zrozumiała, dlaczego jej psy i koty nie lubią Maksymiliana.

Tobie boli, a im nie? Jak śmiesz bić moje zwierzęta? Może i mnie byś uderzył?

Lekko przecież, żeby się nauczyły nie łazić po nogach.

Wynoś się i nigdy nie wracaj!

I bardzo dobrze, kto by chciał żyć w takim zwierzyńcu! parsknął Maks. Ty pasożytów sobie hodujesz!

Weronika bardzo przeżywała to rozstanie, długo jeszcze dźwięczały jej w głowie raniące słowa. W ciągu roku przyzwyczaiła się myśleć, że Maksymilian to jej przeznaczenie, a tak naprawdę niewiele o nim wiedziała, nie zdołała od razu zobaczyć, co kryje się za jego pozorną wesołością i uprzejmością.

Po roku, pogodziwszy się już niemal z samotnością, zakochała się naprawdę, tak, że każdy dzień bez ukochanego wydawał się wiecznością.

Poznali się przypadkiem. Aleksander Jakubowski lekarz ortopeda miał nocny dyżur, kiedy przywieziono pacjenta z wypadku. Weronika wpadła tam z dokumentami. Gdy podniósł wzrok, doznała jakby porażenia zakochała się od pierwszego wejrzenia, choć nie wierzyła, że to w ogóle możliwe poza książkami czy filmami.

Aleksander, korzystając z pretekstu służbowego, zdobył jej numer telefonu i zadzwonił następnego dnia. Zaczęli się spotykać.

Z zachowania mężczyzny Weronika wyczuwała, że jest wobec niej poważnie nastawiony. Było to i radosne, i przerażające: a jeśli wszystko znów się posypie? Tego nie przeżyje. Postanowiła na razie ukryć przed Aleksandrem swoje zwierzaki. Wyjdzie za niego wtedy się przyzna.

Minęło pół roku. Saszka przedstawił Weronikę siostrze Sylwii, i jej mężowi. Pojechali samochodem Aleksandra na Dolny Śląsk do jego rodziców. Weronika z kolei zapoznała go z babcią.

Odwiedzała go często w jego schludnej kawalerce ale Aleksander u niej nie bywał i zaczęło być to podejrzane. Wymawiała się obecnością “chorych” krewnych, ale wymówki przestały działać. Czas było coś zrobić: powiedzieć prawdę, że w domu trzyma menażerię, czy brnąć dalej w kłamstwo.

Weronika zdecydowała: wszystkich swoich podopiecznych zawiozła z rzeczami do babci. Pchełka i Marusia już znały to miejsce, koty kochały starszą panią, Pralinkę szczególnie, więc się nie martwiła. Babcia się jednak irytowała:

Weronika, nie tędy droga! Aleksander Jakubowski to porządny człowiek, a ty zaczynasz od matactwa.

Babciu, kocham go, a jeśli odejdzie przez te zwierzaki? Bez nich też nie mogę, przecież wiesz. Nie mam wyjścia…

No dobrze, tylko odwiedzaj codziennie po pracy. Oj, wnuczko, uważaj, na dobre to nie wyjdzie.

Codziennie Weronika zaglądała do swoich futrzaków. Podejrzenia Aleksandra się rozwiały i w końcu oświadczył się, wręczając jej pierścionek z ametystem w kształcie serca.

Tylko mówiłam, nie mam wielkiego posagu śmiała się szczęśliwa.

Złożyli wniosek o ślub, zbliżał się dzień wesela; pracy i załatwiania nie brakowało. Po kolejnym dyżurze Weronika zadzwoniła do babci, obiecując przyjść wieczorem musiała kupić suknię ślubną, uzgodnić menu w restauracji i zajrzeć do jubilera z Aleksandrem.

Zmęczona para zjawiła się w jej domu dopiero po południu, zsynchronizowali szybką przekąskę, wypili herbatę z ciastkiem i liczyli gości.

Śpieszyli się, bo Aleksandra czekały dwa kolejne dyżury i chciał się porządnie wyspać. Aleksander zamierzał wyrzucić śmieci, ale pojemnik był przepełniony.

Wyniosę zaraz.

Wyciągnął kubełek, z którego wypadły pudełka po kocim i psim jedzeniu.

Skąd to tu?

Tak tylko, Saszka, nieważne, potem ci powiem.

Weronika szybko zmieniła temat rozmowy.

W tym czasie babcia wypuściła Pchełkę i Marusię na śnieg przed dom i stała, patrząc, jak radośnie biegają. Nagle przyszła listonoszka z emeryturą. Staruszka wciągnęła ją do domu w pośpiechu.

W tym roztargnieniu nie domknęła furtki ani drzwi. Klementyna, Tadzik i Miś wyskoczyli na dwór, tylko Pralinka została w domu. Sfora zebrała się na moment, a potem ruszyła przez miasto. Na czele szła Pchełka, a zamykała orszak Klementyna, by nikt nie został z tyłu.

Ludzie z niedowierzaniem obserwowali nietypowy pochód, zwłaszcza na przejściach dla pieszych. Pchełka doskonale znała drogę do domu i prowadziła swoją ekipę pod drzwi ukochanej opiekunki. Marusi od biegu zsunął się szalik, budząc sympatię przechodniów.

Aleksander usłyszał, że ktoś skrobie w drzwi i poszczekuje albo miauczy. Otworzył i zaniemówił. Do przedpokoju z impetem wpadła jamniczka w chustce, za nią duży pies, w ślad za nimi kocie stado, wszystkie w śniegu i doskonałym humorze.

O rany, co to za ekipa?

Weronika wybiegła do przedpokoju, usiadła na ławce do butów, ukrywając twarz w dłoniach i szlochając z żalu i wstydu.

Weronika, to twoje? Wszystkie?!

Tak. Byli u babci.

Pchełka i Marusia, uznając Aleksandra za sprawcę łez właścicielki, zaczęły go obszczekiwać, a Klementyna groźnie syczała.

A mówiłaś, że posagu nie masz…

Aleksander ubrał kurtkę, wyszedł, wsiadł do samochodu i odjechał. Weronika zadzwoniła do babci, uspokoiła ją, nie chcąc jej martwić.

“No i po ślubie. Sama sobie winna”, myślała, przytulając stęsknione zwierzęta. Nie zadzwoniła już do niego z żadnymi wyjaśnieniami to nie miałoby sensu. Na duszy było pusto i dokuczały wyrzuty sumienia. Twarz spuchnięta od łez.

Minęło kilka godzin. Ktoś zadzwonił do drzwi. Na progu pojawił się jej Aleksander z torbami pełnymi drogiej karmy dla kotów i psów. Postawił je z uśmiechem i zaraz wyszedł.

Nie zamykaj, zaraz wrócę.

Po chwili wrócił, prowadząc na smyczy jamniczkę w czerwonym kombinezonie.

To jest moja suka, Nika. A to Mara. Były u Sylwii Aleksander wyciągnął rudą kotkę, ukrytą pod kurtką. Przyjmiecie nas do swojego zespołu?

Minęły lata. Weronika i Aleksander Jakubowscy nieraz wspominają tamtą historię i śmieją się do łez. Kto wie, gdyby nie to nietypowe “wiano”, ich losy może nigdy by się nie zeszły i nie byliby od tylu lat razem.

Rate article
Fajna Tajna
NARZECZONA