NA WSZELKI WYPADEK
Wiara spojrzała na płaczącą koleżankę, po czym obojętnie odwróciła się do swojego komputera i zaczęła szybko stukać w klawiaturę.
Ty to masz serce z kamienia, Wera usłyszała głos swojej szefowej, Olgi.
Ja? Skąd taki wniosek?
Bo jeśli tobie w życiu osobistym się wszystko układa, to nie znaczy, że innym też tak będzie. Przecież widzisz, jak się dziewczyna rozsypała. Mogłabyś chociaż współczuć, może jakąś radę dać, skoro tobie się wiedzie.
Ja? Radzić jej? Boję się, że nasza Nadzieżka nie doceniłaby moich rad. Kiedyś próbowałam, jeszcze zanim tu byłaś. Pięć lat temu, gdy przychodziła do pracy z sińcami, jakby sobie drogę do biura oświetlała.
To nie facet ją bił, to ona się sama gdzieś o cos rozbijała upadała, a jak tamten od niej odszedł, to sińce zaczęły znikać. I to był już trzeci, który wystawił ją do wiatru.
Chciałam wtedy być koleżeńska i podzielić się swoim doświadczeniem.
Na końcu wyszło, że to wszystko moja wina, druga wredna, co szczęścia Nadzieżki zazdrości.
Wtedy inne dziewczyny mi powiedziały, że to nie ma sensu. Nadzieżka zawsze wie najlepiej, a jak szczęścia brak biega za babkami od uroków, a teraz psycholodzy się znalazły.
Nie dociera do niej, że wciąż powtarza swój własny scenariusz, tylko imiona się zmieniają.
Więc sorry, ale nie zamierzam ani współczuć, ani łez wycierać.
I tak, Wera, nie można być zimną jak lód.
Na przerwie obiadowej wszystkie siedziały przy wspólnym stole i nie mówiło się o niczym innym, tylko o byłym Nadzieżki tym draniu i oszuście. Wera jadła cicho, potem nalała sobie kawy i usiadła z boku, przeglądając media społecznościowe, żeby rozładować głowę.
Wera podeszła do niej pulchniutka, zawsze uśmiechnięta Terenia, która dziś była jakoś dziwnie markotna a tobie naprawdę nie żal Nadzieki ani trochę?
Terenia, powiedz mi, czego wy ode mnie chcecie?
A weź ty jej nie ruszaj rzuciła przechodząca obok Irenka ona zawsze taka. Ma swojego rozkochanego Janka, żyje jak pączek w maśle, co ona zrozumie, jak to jest zostać z dzieckiem i bez pomocy? Potem jeszcze próbuj alimenty od tego tatusia wyciągnąć
Nie trzeba było rodzić, jeszcze nie wiadomo od kogo, do tego już po trzydziestce… dorzuciła swoje dwa grosze pani Zofia, najstarsza wśród kobiet w biurze, zwana po cichu Babą Zosią. Wera ma rację, ile razy ona już łzy wylewała, tamten jeszcze jej ciążą głowę zawracał, a wcześniej też…
Kobiety, stojąc w kółku wokół szlochającej Nadzieżki, dawały jej różne rady, a ona, silna i samodzielna, postanowiła się w końcu ogarnąć. Sprowadziła mamę ze wsi, żeby pomogła z synkiem i… byłym niewdzięcznikiem, a sama zaczęła wracać do siebie.
Zafundowała sobie grzywkę, henna na brwiach, sztuczne rzęsy, już miała robić kolczyk w nosie, ale cały dział ją od tego odwiódł.
I ruszyło się
Nic się nie bój, Nadziula, jeszcze ten twój będzie płakał!
Nie będzie płakał mówiła cicho Wera, choć słyszały ją podpici już trochę koleżanki, prosząc o wyjaśnienie.
Nie będzie płakał i nie będzie żałował. A Nadzieżka szybko znajdzie kogoś podobnego, to jasne
Tobie łatwo mówić, bo masz Janka
Mam. I najbardziej złoty z niego facet pod słońcem. Ani nie pije, nie bije, po dziewczynach nie lata, kocha mnie szalenie.
Tia Każdy tak mówi, a potem się okazuje
Zobaczysz, Wera, zabiorą ci tego Janka.
Nie zabiorą. On nie pójdzie.
Ja bym taka pewna nie była
A ty bądź.
Alkohol uderzył koleżankom do głowy. Już się zaczęły przekomarzać jak zwierzyna.
A pojedziemy do ciebie, zobaczymy, czy Janek taki święty? Pewnie się boisz, że ci go któraś odbije!
Jasne, jedźmy!
Jedziemy do Wery na test! Baba Zosia, jedziesz z nami?
Nie, dziewczynki, mój Zenek czeka na mnie w domu, jedźcie same uśmiechnęła się Zofia.
Rozbawione wpadły do mieszkania Wery. Śmiech niósł się po kuchni, krzątanina…
Dobra, dziewczynki, trzeba coś szybko do jedzenia zrobić, bo Janek chyba u Wery nie ma, a niedługo przyjdzie i stół będzie czekał.
Bez przesady, i tak dużo nie zje, wybredny do tego, ale racja, zaraz będzie.
Humor im trochę opadł, każda przypomniała sobie o domowych obowiązkach, pożegnały się i pojechały do domów. Zostały tylko Nadzieżka, Olga i Terenia.
Piły herbatę w przytulnej kuchni Wery, gadały o byle czym, lekko speszone, jakby czegoś czy kogoś się spodziewały.
Nagle ktoś wszedł do mieszkania.
Janeczku, Janku mój, cukiereczku zawołała Wera, wychodząc do przedpokoju.
Kobiety zbladły, niezręcznie się poruszały, spodziewając się nieznajomego mężczyzny, gdy do pokoju wszedł przystojny, wysoki chłopak.
Aha, wszystko jasne! Mąż Wery jest chyba dużo młodszy niż ona
Dziewczyny, poznajcie się: to mój Mirek.
Mirek? Jaki Mirek? Przecież miało być Janek w ich oczach malowało się zdziwienie.
Syn mój, Mireczek. Jak się Janek sprawował, co?
Dobrze, mamo, teraz musi odpocząć po operacji, jutro już będzie biegał. Tylko nie pozwalaj mu lizać rany…
Kobiety poczerwieniały.
Chyba już pójdziemy?
Zaczekajcie, jeszcze wam Janka nie przedstawiłam, tylko cicho, bo po operacji, Mirek z Martą zawoził, a ja byłam w pracy do kastracji, bo mi firanki znaczył chodźcie.
Oto on mój Janek, śpi moja bidulka.
Prawie wybuchły śmiechem, wybiegły z pokoju.
Wera, to kot!
A kto miał być?
Ale… mąż?
Aaa, męża nie mam. O Janku same sobie zaczęłyście plotki snuć, ja tylko powiedziałam, że mam świetnego faceta, nie daliście mi dokończyć, więc resztę same sobie dopowiedziałyście.
Za młodu to ja za mąż skoczyłam pierwsza miłość, nie skończyłam studiów, Mireczka urodziłam.
Trzy lata się męczyliśmy rozeszliśmy się. Rodzice mi bardzo pomogli.
Drugi raz pod trzydziestkę. Facet w porządku, skrzydła miałam, dzieci miałam mu rodzić synek, córeczka, a Mireczka do szkoły wojskowej, albo do mamy mojej.
Wysłałam go do teściowej. Obraził się, matka jego twierdziła, że nikt obcych dzieci nie pokocha, chociaż sama drugiego męża miała, ojczym jej syna wychowywał.
Znowu długo same z Mirkiem. Za trzecim razem już wiedziałam, że nie jestem pierwszą na rynku.
Na etapie randkowania dostałam siniaka z wielkiej miłości, tak tłumaczył.
A Mireczek od małego na judo chodził, w domu czasem ćwiczyliśmy sporo się nauczyłam.
Odpłaciłam mu pięknym za nadobne, wyfrunął z mieszkania, jak z procy. Stwierdziłam: dość!
Mirek się ożenił, zrobiło się pusto, więc przygarnęłam Janka-kota.
Mam z kim pójść do kina, polecieć na wakacje, nikt do nikogo nie ma pretensji o to chodzi.
Czasem robię dobry obiad, kogoś zaproszę. Każdy idzie do siebie zadowolony, bez awantur, bez relaacji “kto co komu”.
Mirek pytał, dlaczego nie mieszkamy razem?
Po co? Jesteśmy dorośli, każdy ma swoje przyzwyczajenia. Gdybym od początku żyła z kimś jak moja mama z tatą to co innego. Oni już trzydzieści lat razem, myślą i mówią jednym głosem, ale ja nie mam tej historii i nie chcę udawać, że wszystko w porządku, tylko dlatego by powiedzieć światu: “mam męża!”
Ja mam swoje życie i żyję najlepiej, jak umiem.
No, Janku mój kochany otworzył oczka. Ostrzegałam cię, że jak nie przestaniesz zaznaczać firanek, to…
Kobiety wyszły zamyślone, zwłaszcza Nadzieżka.
Ale Nadziula nie potrafiła tak, jak Wera.
Miesiąc później już opowiadała wszystkim o nowym wybranku i przynosiła do pracy wielkie bukiety róż.
A Wera i Baba Zosia patrzyły na nią z lekkim uśmiechem.
I jak twój Zenek? Jak łapka?
Spoko, Weruś, na spacerze czymś się ukuł, już się zagoiło, jak na psie niech go Pan Bóg strzeże. Wnuki mówiły, żebym Zenka na wystawę zapisała. A po co ja mam psa męczyć, nam i bez wystaw dobrze A u Nadzieżki widzę wszystko się układa.
Tak to już jest, Zosiu. Jedni zwierzęta mają, inni szukają szczęścia w facetach
No tak… może tym razem jej się poszczęści?
Oby
O czym tak szepczecie?
O tobie, Nadziu, życzymy ci szczęścia.
Wiem, jak to wygląda, ale nie umiem być sama, serio.
Każdy sam za siebie odpowiada. Przestań się tłumaczyć
Wieczorem, gdy Wera szła po samochód, usłyszała cichy głos Nadzieżki:
Weruś, możesz mi doradzić, jak z kotami postępować? Lepiej kota czy kotkę?
Idź już, ktoś na ciebie czeka W razie co, pomogę roześmiała się Wera.
Tak tylko pytam na wszelki wypadek.
Bo każdy żyje tak, jak umie najlepiej, i nie ma recepty na szczęście ważne, żeby umieć to dostrzec w sobie, a nie szukać na siłę u innych.



