Gdzie jest moja córka? powtarzała Otylia, czując, jak dzwonią jej zęby nie wiedziała, czy ze strachu, czy z zimna.
Zostawiła Ewę na urodzinach, w pokoju zabaw w centrum handlowym. Rodziców solenizantki znała słabo, ale nie przejmowała się nie pierwszy raz puściła córkę na takie dziecięce przyjęcie, uznawała to za normalność. Dziś tylko się spóźniła autobus długo nie przyjeżdżał. Centrum stało w niezbyt wygodnym miejscu, wszyscy zwykle podjeżdżali samochodem, ale Otylia auta nie miała. Zawiozła Ewę komunikacją miejską, wróciła na chwilę do domu lekcje u uczniów, nie mogła odwołać potem pojechała z powrotem po córkę. Spóźniła się raptem piętnaście minut, biegła przez oblodzony parking, aż ledwo łapała oddech. Teraz matka solenizantki, niska dziewczyna z okrągłymi, błękitnymi oczami, patrzyła na nią z konsternacją i powtarzała:
Ale przecież zabrał ją tata.
Tylko Ewa nie miała taty. Właściwie był, ale nigdy jej nie widział.
Otylia poznała Andrzeja przypadkiem spacerowała z koleżanką nad Wisłą, koleżanka się przewróciła, chłopacy podeszli pomóc. Jak w filmie, nagadali głupot: że studiują na UW, że ojciec jednej jest generałem, a drugiej profesorem. Po co to wszystko? Młodość, głupota. Gdy Otylia zaszła w ciążę, a Andrzej dowiedział się, że ona jest w szkole pedagogicznej, a jej tata jest kierowcą autobusu, rzucił pieniądze na aborcję i zniknął.
Nie zrobiła aborcji i nigdy tego nie pożałowała. Ewa była jej towarzyszką, zadziwiająco mądrą i dojrzałą jak na swój wiek. Zawsze była z nią wesoło kiedy Otylia dawała lekcje, Ewa bawiła się cicho lalkami, potem razem gotowały na kuchni mleczną zupę albo jajka w koszulkach, piły herbatę z ciasteczkami posmarowanymi masłem. Pieniędzy nie było dużo, wszystko szło na wynajem mieszkania, ale żadna z nich nie narzekała.
Jak mogliście oddać moją córkę obcemu człowiekowi?!
Głos Otylii drżał, oczy jej się zaszkliły.
Ale przecież to nie obcy, tylko jej ojciec! zirytowała się błękitnooka.
Otylia mogła powiedzieć, że żadnego ojca nie ma, ale co z tego? Musiała działać do ochrony, kamery Tutaj liczyły się sekundy.
Kiedy to się stało?
Około dziesięciu minut temu…
Otylia odwróciła się i rzuciła biegiem przez hol. Ile razy powtarzała Ewie nie oddalaj się z nikim obcym! Z trwogi nogi jej odmawiały posłuszeństwa, wszystko przed oczami się rozmazywało, kilka razy wpadła na kogoś nawet nie przeprosiła, tylko pędziła dalej. Nagle, niekontrolowanie, wykrzyczała:
Ewa! Ewunia!
Na zatłoczonym food courcie było głośno, mało kto się przejął jej krzykiem. Inni tylko zerknęli. Otylia łapała rozpaczliwie powietrze, próbując zdecydować się na kierunek. Może on jej jeszcze nie zabrał, może
Mamusiu!
Na pierwszy rzut oka nie wierzyła temu widokowi. Jej córka, z rozpiętym płaszczykiem i twarzą upaćkaną lodami, biegła do niej. Otylia chwyciła ją jakby w obawie, że zaraz ją utraci; przyciągnęła do siebie, a spojrzeniem szukała winowajcy. Elegancki, z krótkimi włosami, w niedorzecznym swetrze z bałwanem, w ręce lody. Zobaczył jej spojrzenie i zaczął mówić:
Przepraszam! To moja wina, trzeba było czekać na panią, ale Nie mogłem znieść tych małych potworów! Rozumie pani, one ją wyśmiewały mówili, że nie ma taty, że jest brzydka, że nikt po nią nie przyjdzie! Chciałem ich nauczyć rozumu. Poszedłem i mówię: córeczko, zanim przyjedzie mama, chodź, kupimy lody. Przepraszam, nie myślałem, że pani się tak przestraszy
Otylią trzęsło. Nie zamierzała ufać obcemu mężczyźnie. Ale czy dzieci rzeczywiście dręczyły Ewę? Spojrzała córce w oczy, ta zaraz zrozumiała, pociągnęła nosem, wyprostowała się.
Niech sobie gadają! Teraz mam też tatę!
Mężczyzna rozłożył niepewnie ramiona, Otylia nadal nie mogła wydusić słowa.
Chodźmy już wreszcie przeszło jej przez usta. Jest późno, możemy nie zdążyć na autobus.
Zaczekajcie! mężczyzna podszedł krok, niepewnie uniósł dłoń. Mogę was podwieźć? Tak wyszło Nie jestem żadnym wariatem! Na imię mam Bartosz. Jestem dobry człowiek! O tam siedzi moja mama, ona może potwierdzić!
Wskazał na starszą kobietę o fioletowych lokach, siedzącą przy stoliku z książką.
Jeśli chcecie, podejdźcie do niej, poleci mnie najlepiej!
Nie wątpię wycedziła Otylia, wciąż mająca ochotę przyłożyć mu z pięści. Dziękujemy, damy sobie radę!
Mamo… Ewa szarpnęła za skrawek jej kurtki. Niech zobaczą, że tata nas odwozi!
Przy pokoju zabaw wciąż stała solenizantka z mamą i jeszcze jedna dziewczynka, której imienia Otylia nie pamiętała. W oczach Ewy było tyle błagalnej prośby, a iść po oblodzonym w tym stanie było ciężko. Otylia podjęła decyzję:
Dobrze rzuciła.
Super! Biegnę, powiem mamie!
Maminsynek zgryźliwie zanotowała w głowie Otylia. W tym momencie kobieta ze stolika pomachała jej serdecznie ręką, więc Otylia odwróciła głowę ze złością. Co za krepująca sytuacja!
W samochodzie Otylia starała się nie spotykać wzrokiem Bartosza, ale musiała przyznać, że jest bardzo taktowny wobec Ewy. Mała mówiła jak najęta Otylia nigdy nie widziała jej tak rozgadanej. Gdy podjechali pod blok, Ewa nagle posmutniała.
Już nigdy się nie zobaczymy? szepnęła do Bartosza, zerkając na matkę.
Otylia poczuła, jak na nią patrzy i rozumie, że prosi o jej zgodę. Chciała już powiedzieć: nie, Ewunia, to nie wypada ale widząc smutną twarzyczkę, uległa. Spojrzała na Bartosza, skinęła głową.
Jeśli twoja mama pozwoli, mogę cię zaprosić do kina na bajkę. Byłaś kiedyś w kinie?
Naprawdę? Nie! Mamo, mogę iść z tatą do kina?
Otylii zrobiło się niezręcznie, więc zaczęła sama paplać:
Ewunia, zgodzę się pod dwoma warunkami. Po pierwsze: mów wujek Bartosz, bo nazywać obcego tatą nie wypada, rozumiesz? Po drugie idę razem z wami, bo co ci tłumaczyłam? Nie wolno chodzić nigdzie z obcymi, nawet jeśli wydają się mili!
Ja jej też to mówiłem wtrącił Bartosz. O tym, że nie wolno…
Więc mogę pójść?
Powiedziałam tak.
Hurra!!!
Rozum mówił Otylii, że powinna natychmiast przerwać ten nonsens, ale nie potrafiła. Nie miała na świecie nikogo oprócz Ewy. Gdyby chociaż można było z kimś pogadać! Na przykład z mamą. Pamięta ją słabo zginęła, jak Otylia miała pięć lat, tyle samo, co teraz Ewa. Chłopiec wpadł do Wisły, nikt nie odważył się wskoczyć ona się odważyła. Uratowała go, ale sama… sama zachorowała i zmarła w tydzień miała cukrzycę, źle znosiła choroby. Ewa też miała cukrzycę i zmartwienia Otylii były wielkie wiedziała, że przekazała jej niechciane geny.
Do następnej soboty Otylia przemyślała wszystko po sto razy, ale okazało się, że zamartwiała się niepotrzebnie w kinie Bartosz przyprowadził swoją mamę.
Żeby pani nie myślała, że jestem dziwakiem niech mama mnie zareklamuje zażartował.
A ty właśnie jesteś dziwakiem powiedziała jego matka z takim promiennym uśmiechem, że od razu widać było, jak go uwielbia.
I rzeczywiście, kiedy Bartosz poszedł z Ewą po popcorn, ona zaczęła go zachwalać.
Wiesz, możemy być na ty? On też wychowywał się bez ojca. Cztery razy miałam męża, ostatni był ideałem! Bartosz wykapany w niego. Ale los nas nie oszczędził nie zdążył synka wziąć na ręce. Zmarł na zawał. Bartosza urodziłam przed terminem, nie wiem, jak to zniosłam. Pozostali mężowie pomagali… Ale co tak patrzysz? Pierwszy wciąż mnie kocha, drugi był innej orientacji, trzeci za bardzo kochał kobiety, więc obok siebie mu było za mało. Starali się zastąpić ojca, ale ojca nie da się zastąpić. Dlatego Bartosz tak bardzo polubił Ewę jego także prześladowano w szkole. Chłopiec robił głupoty, żeby im udowodnić, że jest prawdziwym mężczyzną, a raz omal nie zginął…
Była wyjątkowa nieduża, szczupła, z fioletem na głowie, w kostiumie od Kazar i z Grzesiukiem pod pachą. Otylia od razu ją polubiła.
Nie myśl źle on nie zamierza nic złego, po prostu jest dobry mrugnęła. A widzę, że i ty mu się spodobałaś.
Otylia zarumieniła się. Tego jeszcze brakowało! Wiedziała, że nie powinna zaczynać nic nowego, ale tak bardzo żal było jej Ewy…
Po filmie podała Bartoszowi pieniądze za bilety, ale on pokręcił głową.
Jak zapraszam dziewczynę do kina, sam płacę!
Otylia to też nie lubiła zawsze płaciła za siebie i nie zależała od nikogo. A że mu się podoba brednie, tak nie ma.
Kiedy Bartosz odwoził je do domu, Ewa spytała:
Tata, a gdzie pójdziemy następnym razem?
Ewa! zganiła ją Otylia.
Ewa śmiesznie zakryła usta dłonią.
Myślę, że możemy wybrać się do Muzeum Zoologicznego zaproponował Bartosz mimo jej przejęzyczenia. Jak myślisz?
Świetnie! Mamo, idźmy!
Idźcie beze mnie odpowiedziała sucho Otylia. Zabierzcie panią Zofię, mówiła, że kocha motyle.
Wysiadła z samochodu pierwsza, by jak najszybciej zakończyć to wszystko. Usłyszała jeszcze, jak Bartosz szepcze Ewie:
Gdy mama nie słyszy, możesz mówić do mnie tato.
Tak właśnie Ewa zyskała niedzielnego tatę. Czasami Otylia chodziła z nimi, czasami puszczała Ewę samą, jeśli była Zofia wciąż uważała Bartosza za obcego i podejrzanego, choć Ewunia za każdym razem opowiadała z zachwytem, jaki jest zabawny i ciekawy. Otylia łapała się na tej radości, ale nie pozwalała jej się rozwinąć: przecież w życiu nie zdarza się, że nagle pojawia się książę na białym koniu. Zwłaszcza, gdy matka wciąż tak nachalnie go rekomenduje zaczęła myśleć, co z nim nie tak. Czy taka kobieta zeswatałaby swojego syna z byle kim?
Stopniowo jednak serce Otylii miękło. Bartosz robił wszystko z wyczuciem zostawiał jej czekoladkę na półce wyjściowej, zawsze pytał o jej zdanie, zanim zaprosił Ewę, łapał z nią kontakt wzrokowy w samochodzie. Najbardziej Otylię ujęła Zofia okazała się kapitalną rozmówczynią! Gdyby Bartosz nie był jej synem, to właśnie z nią Otylia mogłaby się poradzić.
Pewnego dnia zadzwonił, mówiąc coś o kinie. Ewa od razu wyskoczyła z pokoju szepnęła:
To Bartosz?
I usiadła przy Otylii zadowolona.
Tak, oczywiście, Ewunia się ucieszy odrzekła z przyzwyczajenia.
Zaczekaj… Zwołuję do kina Ewę i… ciebie. Razem. We dwoje.
I w tle rozległ się głos Zofii.
No, wreszcie!
Mamo, przestań podsłuchiwać! Przepraszam Otylio… Przepraszam. Ona zawsze tak.
Ewa znów szeptem:
Zaprosił cię do kina?
Otylia się roześmiała.
Ja też mam uszy. Bartosz, ja…
Tylko nie odmawiaj! Jedna szansa, obiecuję być prawdziwym rycerzem!
Powiedz o oczach, Bartosz, powiedz o oczach, co mówiłeś wtedy, że ma oczy jak jej matka…
Jakby ktoś polał Otylię zimną wodą. Nic nie rozumiała o co chodzi z jej mamą?
Bartosz coś krzyknął do matki, po czym powiedział:
Otylio, zaraz przyjadę, wszystko wyjaśnię. Mogę?
Wyjaśnienia by jej nie zaszkodziły… Chodziła z kąta w kąt, gdy Bartosz pojawił się, a Ewa, wyczuwając nastrój, usiadła przy kredkach.
Powinienem był wyznać od razu zaczął Bartosz. I zamierzałem, ale tak mi się spodobałaś… Nie chciałem, żebyś myślała, że chodzi tylko o twoją mamę. Bałem się, że mnie znienawidzisz. Przecież przez mnie ona zginęła…
Mówił nieskładnie, przeskakiwał z tematu na temat, patrzył błagalnie. Otylią znów się wstrząsnęło, jak kiedy myślała, że Ewa zaginęła.
Wybaczysz mi?
Nie odpowiedziała. Po długiej ciszy wydusiła:
Muszę przemyśleć.
Mamo, no… wybacz tacie…
Bartosz porozumiewawczo spojrzał na Ewę, przypominając o ich umowie. Raz jeszcze spojrzał na Otylię. Powtórzyła:
Muszę pomyśleć. Rozumiesz?
Chciała go zapytać o tysiąc rzeczy, lecz nie potrafiła wydusić słowa. Ale kiedy zadzwoniła Zofia, rozmowa potoczyła się zupełnie inaczej od niej Otylia dowiedziała się wszystkiego.
On nie wiedział, że ona zginęła chroniłam jego dziecięcą psychikę. A potem się wygadałam, i Bartosz postanowił was odnaleźć. Tego dnia chciał się tylko przedstawić i pomóc, ale… najpierw wyszło z Ewą, potem ty… On zakochał się od pierwszego wejrzenia! Bał się, że zrozumiesz to opacznie. Nie obwiniaj go to Bartosz chciał udowodnić chłopcom, że jest silny, mimo że nie ma ojca. Wszyscy bali się wejść na lód, a on poszedł…
Zofia nie naciskała, ale tłumaczyła syna. Ewa naciskała, i to mocno:
Mamo, on jest dobry! I mówił, że cię kocha! Może być moim prawdziwym tatą, rozumiesz?
Otylia rozumiała. Ale jakoś… nie umiała się na to zdobyć.
Minął prawie miesiąc, Otylia nie potrafiła z nim porozmawiać. Nie odbierała telefonu, nie czytała wiadomości. Im dłużej to trwało, tym bardziej chciała zadzwonić. Ale czuła, że nie jest w stanie.
W nocy Ewa obudziła Otylię, płakała bolał ją brzuszek. Już poprzedniego wieczoru narzekała, ale Otylia sądziła, że to przez kefir. Teraz jednak Ewa była rozpalona gorączką, nie trzeba było termometru.
Drżącymi rękami wybrała pogotowie, a potem już sama nie wiedziała czemu Bartosza.
Przyjechał razem z karetką. W domowych spodniach, zaspany, potargany. Pojechał z nimi do szpitala, uspokajał, obiecywał, że wszystko będzie dobrze. Ale sam miał drżący głos.
Zapalenie otrzewnej to nie jest aż takie straszne powtarzał raz za razem. Wszystko się ułoży, zobaczysz!
Otylia sama go chwyciła za rękę może by go uspokoić, może siebie. W poczekalni było chłodno, nie mieli ciepłych okryć, siedzieli blisko siebie, ogrzewając się wzajemnie.
Do lekarza biegł pierwszy, dopytując o operację. A Otylia nie ruszała się z miejsca, bała się odetchnąć. Gdyby z Ewą coś się stało, nie przeżyłaby tego.
Ale Ewa wyzdrowiała. Lekarze wykonali pracę perfekcyjnie, a dziewczynka była dzielna walczyła o siebie, choć sytuacja była trudna.
Jakby dobry anioł ją chronił powiedział lekarz, a Otylia wyszeptała: Dziękuję ci, mamo!
Bartosz długo dziękował lekarzowi; ten kazał im wracać do domu przy Ewie i tak nie wolno było siedzieć, była jeszcze na OIOM-ie, a rodzice musieli odpocząć.
Po drodze pod blok Otylia czuła, że Bartosz może poprosi, by wejść. Ale milczał. Wtedy Otylia powiedziała:
Świta już. Chodź, zrobię ci kawę.
I zrozumiała, że naprawdę chce, by wszedł. I został. Na zawsze.
Ewa wyzdrowiała błyskawicznie zwróciły na to uwagę i lekarki, i pielęgniarki.
Bo mam mamę i tatę odpowiadała.
A nikt poza Otylią i Bartoszem nie rozumiał, czemu to dawało jej tyle szczęściaOtylia, słuchając tych słów, poczuła ciepło, jakiego nie znała od dawna. Tych kilka miesięcy zmieniło wszystko. W wiosennym słońcu, które padało przez okno kuchni, Otylia parzyła kawę, a Bartosz zajmował się śniadaniem nieporadnie, z uśmiechem przepełnionym nadzieją. Pokroił grzanki i podał jej filiżankę, a ona przez chwilę zatrzymała się nad tą zwyczajnością.
Ewa wróciła do domu szybciej, niż się spodziewali drobna, z wielkim apetytem, rozgadana, szczęśliwa. Pajacowała z nową pluszową wygraną w szpitalnym konkursie. Bartosz podszedł do niej, a Otylia obserwowała, jak śmieje się i żartuje z Ewą, jakby byli rodziną od zawsze.
W codziennych drobiazgach kryła się odpowiedź, po której Otylia tak długo błądziła. Żadnych deklaracji, dramatycznych uniesień. Tylko proste słowa i gesty.
Następnego weekendu poszli wspólnie nad Wisłę tam, gdzie wszystko się zaczęło. Ewa biegała po trawie, zbierając muszelki i kamyki; Zofia rozkładała koc i opowiadała stare historie. Bartosz przyprowadził psa, który zaraz stał się najlepszym przyjacielem Ewy.
Otylia przysiadła obok Bartosza pod drzewem. Patrzyli, jak mała tańczy w słońcu szczęśliwa, pewna swojej siły. Bartosz odwrócił się do niej z nieśmiałym pytaniem w oczach, czy może ująć jej dłoń, czy jest już gotowa oddać mu cząstkę siebie.
W odpowiedzi przytuliła się do niego i spojrzała prosto w oczy, pierwszy raz bez lęku.
Wiesz, myślę, że czasem najtrudniej jest pozwolić sobie być szczęśliwą wyszeptała.
Bartosz uśmiechnął się, a w jego oczach było wszystko wdzięczność, miłość, nadzieja.
I tego dnia, nad rzeką, z Ewą biegającą wokół nich, Otylia uwierzyła, że czasem los podsuwa wszystko, czego najbardziej brakowało. Uwierzyła w rodzinną magię codzienną i czułą, taką, w której był i śmiech, i kawa, i ramiona, do których wracać warto.
A gdy Ewa wróciła do nich, rzuciła się im w objęcia, mówiąc na cały głos:
Moja rodzina jest najfajniejsza na świecie!
I Otylia wiedziała, że to prawda.



