Słuchaj, muszę Ci się wygadać, bo już sama nie wiem, co robić. Wyobraź sobie, że odkąd nasz Paweł ożenił się z Agnieszką, kompletnie o nas zapomniał. Cały czas siedzi u teściowej w Krakowie i nie ma go u nas w ogóle. Ta pani Stefania matka Agnieszki zawsze nagle czegoś pilnie potrzebuje. Zastanawiam się czasem, jak ona w ogóle funkcjonowała, zanim jej córka wyszła za Pawła.
Paweł z Agnieszką są już po ślubie ponad dwa lata. Od razu po weselu zamieszkali osobno, w mieszkaniu, które kiedyś kupiliśmy Pawłowi, jak zaczynał studia na Politechnice Krakowskiej. Odkąd pamiętam, zawsze staliśmy za nim murem, pomagaliśmy jak tylko mogliśmy. Ale jeszcze przed ślubem mieszkał sam, bo miał blisko do pracy.
Nie powiem, że Agnieszka źle na mnie działała, ale miałam wrażenie, że ona jest jeszcze trochę takim dzieciakiem. Zresztą Paweł starszy od niej tylko dwa lata, a wydaje się czasem bardziej dojrzały. Agnieszkę często brało na humory, czasem zachowywała się wręcz dziecinnie. Bałam się, jak mój syn poradzi sobie z taką “dziewczynką” u boku.
Spotkałam wtedy jej mamę… No powiem Ci, Stefania, choć jest w moim wieku, momentami zachowuje się jak nastolatka. Znasz taki typ kobiet? Niby dorosła, a zachowanie mocno infantylne, zero zaradności. Jak wyszło, że na ślubie Agnieszki była już po szóstym rozwodzie, to mnie wmurowało.
Zresztą nigdy nie miałyśmy wspólnego języka. Ona żyje w swoim świecie, nie wtrąca się, ale też nie rozmawia. Ot, pogratulowałyśmy sobie dzieci, ślub, i to wszystko.
Trochę sygnałów, że coś tu nie gra, pojawiło się jeszcze przed weselem. Agnieszka non stop ciągnęła Pawła do swojej mamy: a to cieknący kran, a to gniazdko do wymiany, a to półka w kuchni spadła. Najpierw przymykałam oko, bo tam przecież żadnego faceta nie ma, ktoś musi pomóc.
Tylko, że tych awarii z czasem przybywało! Paweł do nas praktycznie przestał zaglądać, wiecznie miał wymówkę, że musi lecieć do teściowej. Nawet święta zaczęli obchodzić u nich a my tu z dziadkiem i moją mamą sami… Jeszcze bym przełknęła, że nie przychodzi na rodzinne spotkania, ale jak zaczęliśmy być olewani z prośbami o drobną pomoc, to mi już nerwy puściły.
Pamiętasz jak niedawno kupiliśmy lodówkę? Poprosiliśmy Pawła, żeby pomógł ją wnieść na drugie piętro do naszego mieszkania w Krakowie. Najpierw powiedział “jasne”, ale potem zadzwonił w dzień przeprowadzki i znowu: “Jedziemy do mamy Agnieszki, bo pralka jej cieknie.” Już mi ciśnienie podskoczyło.
Mąż w końcu dodzwonił się do Pawła i słyszy w tle, jak Agnieszka mówi: “A nie mogli zatrudnić jakichś ludzi do przenoszenia?!” Paweł w końcu przyszedł, ale tak naburmuszony, że strach. “Tata, przecież mogłaś zadzwonić po kogoś! Teraz muszę się użerać.” Wtedy już nie wytrzymałam i pytam sama siebie, czemu ta jego teściowa nie zadzwoni po jakiegoś ogarniętego fachowca? Może tam w Nowej Hucie nie ma hydraulików? Paweł tylko tłumaczy, że “mama Agnieszki boi się oszustów, bo wszędzie dziś można się naciąć, zapłaci, a nikt nic nie zrobi.”
Wtedy już mój mąż nie wytrzymał i wyskoczył: “Może i pani Stefania nie zna się na pralkach, ale za to umie jedną owieczkę świetnie prowadzić.” Paweł się wtedy zagotował i wyszedł, nawet się ze mną nie pożegnał. Wiedziałam, że mąż trochę przegiął, ale z drugiej strony miał rację ciągle tam siedzi i naprawia wszystko, a do swoich rodziców nawet po kawę nie wpadnie.
Minęły dwa tygodnie i Paweł dalej nie gada z ojcem. Mój mąż dumnie też nie chce wyciągnąć ręki na zgodę i ja teraz wiszę między młotem a kowadłem. No bo jasne, mój mąż miał rację, ale przecież można było to synowi powiedzieć delikatniej. A tak? Paweł się obraził i nie chce przyjść, a ja przecież nie chcę się od niego odcinać przez takie rodzinne głupoty.
A teraz siedzimy w takim zawieszeniu mąż nie odpuszcza, Paweł też się uprął, że najpierw muszą paść przeprosiny. A jedyna, która w tym wszystkim jest szczęśliwa, to chyba pani Stefania!



