Dwa lata temu zaczęłam pakować walizkę swoją i dziecka. Zainstalowałam fotelik samochodowy w aucie. Spakowałam mały podgrzewacz do butelek. Pojechałam do sądu, by odebrać zgodę na opiekę.
Kilka godzin później byłam już w drodze do pokoju mojego syna. To był dzień naszego ponownego spotkania. Cały tydzień codziennie pokonywałam sześćdziesiąt kilometrów w jedną stronę, żeby go zobaczyć i wrócić do domu. To był długi, wyczerpujący tydzień.
Był wtedy taki malutki. Kładłam Filipa na brzuszku i wyobrażałam sobie, że jest częścią mnie. Jakby już był moim dzieckiem. Może i on tak czuł. Był wtedy spokojny, wyciszony.
Rodzice adopcyjni nazywają ten dzień Dniem Bociana. Wtedy, gdy w rodzinie pojawia się nowy, tak bardzo wyczekiwany członek, wszyscy są szczęśliwi. Rodzice wreszcie widzą sens w życiu, a dziecko zyskuje mamę i tatę. Daje mu to nadzieję na zwyczajne życie.
Z córką potrzebowałam kilku miesięcy, by poczuć, że jest moja, by ją w pełni zaakceptować. Z synem było zupełnie inaczej bardzo szybko miałam w sercu miejsce właśnie dla niego. Tak samo było w moim domu. Do dziś nie pojmuję, jak jego biologiczna mama mogła podjąć taką decyzję, jak mogła go zostawić? Nie spojrzała nawet na swojego synka. Może gdyby choć raz na niego popatrzyła, wszystko potoczyłoby się inaczej. Nie sposób go nie kochać. Wierzę, że Filip był mi pisany. On miał trafić do mnie.
Mówię o nim dziecko-cud. Ma w sobie niezwykły urok. Niech rośnie szczęśliwy. Mój Filip. To dla mnie największy zaszczyt, być Twoją mamą.
Czasem los prowadzi nas trudnymi ścieżkami, ale to właśnie dzięki nim odnajdujemy prawdziwą rodzinę i sens życia.



