W polskich snach spotkania po latach bywają jeszcze bardziej tajemnicze niż na jawie. To była historia Elżbiety, której ojciec, pan Mieczysław, zniknął z życia kiedy miała cztery lata, pozostawiając mamę, panią Halinę, samotną z dzieckiem. Brak rodzinnego ciepła ciążył dziewczynce niczym mgła ciągnąca się za nią przez lata. Od najmłodszych lat pomagała matce we wszystkim i podejmowała się drobnych prac, bo w domu nie było nikogo, kto by zabezpieczył byt. Przez to Elżbieta nie miała zbyt wielu znajomych, rzadko wychodziła z domu i żyła jakby za zasłoną.
Dopiero gdy mama odeszła na emeryturę, Elżbieta zaczęła oddychać pełniej, pozwalając sobie na odrobinę czasu tylko dla siebie. Wtedy poznała Andrzeja. Po pewnym czasie rodzice młodego mężczyzny zaprosili ją do siebie rozmowy dźwięczały jak dzwonki pod Krakowem, a potem przyszła oświadczyna. Andrzej ukląkł i poprosił Elżbietę o rękę. Marzenia o bajkowym weselu zaświeciły jej w oczach jak pięćdziesiąt złotych rzucone do fontanny w Łazienkach. Kiedy przyszło do spisywania listy gości, Elżbieta pomyślała o ojcu.
Nie znała jednak jego adresu ani telefonu. Andrzej poradził jej, żeby przekazała zaproszenie swojemu wujowi, bratu ojca. On powinien znać odpowiedni adres w Gdańsku gdzie, jak mówiła rodzina, pan Mieczysław miał zamieszkać. Przez przezabawny zbieg okoliczności Elżbieta spóźniła się do urzędu stanu cywilnego. Deszcz lał jak z cebra nad całą Warszawą. Zarzuciła płaszcz na suknię i pobiegła w pośpiechu po bruku, mokrym jak jezioro wigierskie w nocy. Wtem zobaczyła samochód, a obok niego stał jej ojciec postać rozmyta, jakby z mglistego snu.
Bez zastanowienia wskoczyła do auta. Całą drogę płakała cicho, ze wzruszenia i ulgi. Tak długo czekała na ten moment, który wydawał się równie surrealistyczny jak rozmowa z żubrem w Białowieży. Między nimi wisiała cisza pełna rzeczy do powiedzenia, wspomnień i marzeń, które mogły się ułożyć tylko w polskim śnie.
Potem już nic nie było takie samo jakby przebudzili się na nowo, zaskoczeni, że to wszystko stało się naprawdę.



