Wiesz co? Ta cała historia z mieszkaniami w naszej rodzinie to już dla mnie codzienność, choć czasem aż nie mogę uwierzyć, jak to się wszystko poukładało. Słuchaj, mamy w rodzinie pięć mieszkań, a mimo to z Michałem musimy wynajmować kawalerkę. Brzmi absurdalnie, prawda?
Rodzice Michała mają swoje mieszkanie na Mokotowie, ale dodatkowo posiadają dwa lokale w innych dzielnicach Warszawy jeden na Pradze, drugi na Ursynowie. Oczywiście oba wynajmują obcym ludziom. Zawsze, jak pytamy, czy może daliby nam w nich zamieszkać, to z uśmiechem mówią, że na wszystko sami ciężko pracowali, więc my też mamy sobie poradzić. Kompletnie nie łapią, że kiedyś to było normalne dostawać mieszkanie od zakładu pracy czy nawet od miasta. Teraz po prostu śmiech na sali, odkładać na własne mieszkanie, płacąc czynsz z pensji, która ledwo starcza od pierwszego do pierwszego.
Moja rodzina też niewiele się od nich różni. Kiedy babcia Leokadia zmarła, zostawiła mi swoje mieszkanie na Żoliborzu, ale wtedy byłam jeszcze małą dziewczynką i rodzice postanowili wynająć to lokum, dopóki nie skończę osiemnastki. Minęło już kilka lat, jestem dorosła, mogłabym tam mieszkać ale rodzice tak się przyzwyczaili do tych miesięcznych przelewów w złotówkach, że nawet nie chcą słyszeć o zmianie.
Już od paru lat z Michałem gnieździmy się w tej maleńkiej kawalerce na Woli. Prawie cała nasza pensja idzie na czynsz. Były miesiące, że żeby kupić coś do jedzenia, musiałam liczyć każdy grosz. Teraz siedzę na urlopie macierzyńskim, Małgosia ma raptem trzy miesiące, a ja coraz mocniej odczuwam, jak bardzo brakuje nam nawet na podstawowe rzeczy witaminy dla dziecka, jabłka na kompot, to już czasem luksus.
Michał haruje jak wół najpierw na dzień w logistyce, popołudniami jako kierowca dostawczy. Ale wiesz, w dzisiejszych czasach żeby dostać lepszą robotę, trzeba mieć porządne wykształcenie. A on zaraz po liceum poszedł do wojska, potem się poznaliśmy i nie było już czasu ani pieniędzy na studia.
I do tego moja mama, Bożena. Prawie co tydzień dzwoni i pyta, czy pojadę z nią do Zary, wybrać sukienkę na wieczór ze znajomymi. A ja mam w głowie tylko to, że nie stać mnie na świeże owoce dla córki. Wiecznie powtarza, że mamy być samodzielni, a najlepiej jeszcze pomagać im finansowo, bo przecież oni chcą zwiedzić świat Hiszpania, Grecja, zawsze mają kolejne plany na wyjazdy.
Taka postawa naszych rodziców mnie drażni, szczerze mówiąc. Mają wszystko mieszkania, emerytury, dochody z wynajmu ale za nic nie chcą nam ulżyć. Przecież nikomu nie sugeruję, żeby pozbawili się wszystkiego na naszą rzecz, ale jeśli mają możliwość, to dlaczego nie pomóc dzieciom? Kompletnie nie rozumiem takiego podejścia i wiem, że jeśli kiedyś będę miała podobną sytuację, to swoim dzieciom dam wszystko, co będę mogła.
A nasi znajomi, i moi, i Michała, próbują ciągle tłumaczyć, że przecież kiedyś wszystko odziedziczymy mieszkania, pieniądze. Ale dla mnie to już nie jest żadne pocieszenie. Mam naprawdę tak duży żal, że mogliby zabrać te mieszkania ze sobą do grobu, a ja na pewno nie będę o nie prosić.



